– Zalaliśmy im sadła za skórę – osądził Toland.
Wprawdzie liczba zgłaszanych zestrzeleń była nienaturalnie wysoka, ale wśród pilotów myśliwskich stanowiło to normę.
– Jestem tego pewien – odparł dowódca formacji Jolly Rogers. Żuł w ustach cygaro. On sam zgłosił dwa zestrzelone migi. – Pytanie jednak, czy dostaną uzupełnienia? Raz się udało, ale drugi taki numer nie przejdzie. Niech pan powie, Toland, mogą załatać zrobioną przez nas dziurę?
– Chyba nie. Migi-29 to ich nieliczne myśliwce o tak dalekim zasięgu. Pozostałe zatrudnili w Niemczech. Tam też zdrowo je przetrzebiliśmy. Oczywiście, gdyby zwolnili trochę migów-31, te mogłyby tu dotrzeć. Ale osobiście nie sądzę, żeby Rosjanie wprowadzili do tego rodzaju zadania swe najlepsze myśliwce bombardująco-przechwytujące.
Dowódca formacji Jolly Rogers przytaknął skinieniem głowy.
– Okay. Teraz powinniśmy rozpocząć patrole bojowe w pobliżu Islandii i ukrócić wreszcie te naloty backfire'ów.
– Oni też mogą nas szukać – ostrzegł Toland. – Z całą pewnością dotarła już tam wieść o naszym wyczynie i wiedzą, skąd wysłaliśmy maszyny.
Dowódca myśliwców VF-41 wyjrzał przez okno, W odległości kilkuset metrów czaił się na pasie startowym skryty za workami z piaskiem jeden z jego tomcatów. Pod skrzydłami miał podwieszone cztery rakiety. Pilot dotknął palcem widniejącego na piersi emblematu, który przedstawiał asa pik.
– No cóż, jeśli pragną zwady na naszym terenie i w zasięgu naszych radarów – tym lepiej.
Na peryferiach miasteczka Aleksiejew przesiadł się z helikoptera do BMP. Towarzyszył mu dowódca 20. Dywizji Czołgów. Dwa mosty funkcjonowały. Po obu brzegach rzeki walały się szczątki pięciu poprzednich oraz trudna do ogarnięcia liczba wypalonych wraków czołgów i ciężarówek.
– Ataki lotnicze NATO są mordercze – oświadczył generał Bieriegowoj. – Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie widziałem. Nasze SAM-y są tutaj bezradne. Zdobywamy wprawdzie teren, lecz zbyt wolno. A im dalej, tym gorzej.
– Jak daleko posunęliście się dzisiaj?
– Obecnie główny opór stawiają Anglicy. Co najmniej brygada czołgów. Od świtu cofnęli się o dwa kilometry.
– Powinni tam być również Belgowie – wtrącił Siergietow.
– Belgowie zniknęli. Nie wiemy, gdzie są i… tak, mnie też to niepokoi. Na wszelki wypadek, gdyby próbowali kontratakować, umieściłem na lewej flance jedną z nowo przybyłych dywizji. Pozostałe dołączą do 20. Dywizji Czołgów i po południu ruszą do szturmu.
– Jakimi siłami dysponujecie? – spytał Aleksiejew.
– W Dwudziestej zostało tylko dziewięćdziesiąt sprawnych maszyn. Może nawet mniej – odparł generał. – To informacja sprzed czterech godzin. Z piechotą nieco lepiej, ale ogólnie straty dywizji wynoszą grubo ponad pięćdziesiąt procent.
Transporter zjechał na most pontonowy. Każdy, przypominający puszkę, segment konstrukcji połączony był z dwoma sąsiednimi, toteż jadący mostem transporter unosił się i opadał niczym łódź na fali. Trójka oficerów zachowywała kamienne twarze, ale każdy z nich czuł się niepewnie uwięziony nad wodą na sczepionych ze sobą stalowych pojemnikach. Wozy bojowe piechoty BMP teoretycznie mogły poruszać się w wodzie, ale podczas przeprawy wiele z nich nieoczekiwanie zatonęło i tylko nielicznym żołnierzom udało się wydostać z pojazdów.
Z oddali dobiegał grzmot artylerii. To lotnictwo atakowało Alfeld bez zapowiedzi.
Przeprawa trwała minutę.
– Jeśli jesteście ciekawi, ten most trzyma, się najdłużej – generał spojrzał na zegarek. – Już siedem godzin.
– A co z majorem, którego rekomendowaliście do Złotej Gwiazdy? – spytał Aleksiejew.
– Został ranny podczas ataku lotniczego. Ale żyje.
– Więc mu to dajcie. Niech szybko wraca do zdrowia.
Aleksiejew wyjął z kieszeni pięcioramienną, złotą gwiazdę na krwistoczerwonej wstędze i wręczył ją generałowi. Major saperów od tej chwili był Bohaterem Związku Radzieckiego.
Przy granicy lodu pływającego okręty podwodne zwolniły. McCafferty zlustrował barierę przez peryskop – cienka, biała linia odległa o niecałe dwie mile. Nic innego nie dostrzegł. Parę jednostek zatrzymało się tuż przy lodowej barierze. W zasięgu wzroku nie pojawił się żaden samolot. Hydrolokacja informowała wyłącznie o dobiegającym od strony paka hałasie. Postrzępioną krawędź bariery tworzyły tysiące luźnych, ponad metrowej grubości odłamków kry o powierzchni od kilku do kilkuset metrów kwadratowych. Każdej wiosny topiły się i rozdzielały dryfując swobodnie aż do chwili, kiedy znów nadchodziły mrozy. Podczas krótkiego arktycznego lata bryły pływającego lodu kruszyły się nawzajem przy wtórze donośnego trzasku. Hałasy te oraz nieustanny huk i głuche pomruki dobiegające z terenów pokrytych wiecznym lodem niosły się ponad biegunem przez całą Arktykę, docierając aż do północnych wybrzeży Alaski.
– A cóż to takiego? – McCafferty zwielokrotnił powiększanie peryskopu.
Dostrzegł coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak wysunięty z wody peryskop. Po chwili zagadkowy kontur zniknął – i znów się pojawił. Przypominająca kształtem sztylet płetwa grzbietowa samca miecznika. Oddech stworzenia znaczył strumień wyrzucanej w górę wody. Po chwili kapitan spostrzegł kilka następnych zwierząt. Orki? Było ich tam całe stado. Zapewne polowały na foki. Zastanawiał się chwilę, czy to dobry znak, czy zły. Naukowa nazwa: Orcinus orca – Niosący Śmierć.
– Sonar, macie coś na jeden-trzy-dziewięć?
– Jedenaście mieczników. Trzy samce, sześć samic i dwa małe. Są bardzo blisko. Współrzędne: zmienne – odparł jakby z urazą w głosie szef hydrolokacji. Jeśli nie było innych rozkazów, panował ścisły zakaz meldowania o "zoologii".
– Doskonale – McCafferty mimowolnie uśmiechnął się pod nosem.
Pozostałe okręty podwodne biorące udział w "Operacji Doolittle" rozciągnięte były na przestrzeni ponad dziesięciu mil. Jeden po drugim zanurzały się i kierowały pod pokrywę lodową. Godzinę później procesja dotarła już pięć mil w głąb terenu wiecznego lodu. Cztery tysiące metrów niżej ścieliło się dno Wielkiej Głębiny Barentsa.
– Nie widzieliśmy dziś ani jednego helikoptera – zauważył sierżant Smith.
Edwards spostrzegł, że rozmowa stanowi miłe odwrócenie uwagi od faktu, że jedzą surową rybę. Popatrzył na zegarek. Należało połączyć się ze Szkocją. Doszedł już do takiej wprawy, że mógł radio składać i rozkładać we śnie.
– Brytan, tu Ogar. Sytuacja nieco się unormowała.
– Zrozumiałem, Ogar. Gdzie jesteście?
– Około czterdziestu sześciu kilometrów od celu – odparł Edwards. Popatrzył na mapę i podał współrzędne. Z mapy wynikało, że musieli jeszcze przekroczyć jedną szosę i przebyć pasmo wzgórz. – Poza tym nic nowego. Może tylko to, że dzisiaj nie zaobserwowaliśmy żadnego helikoptera.
Edwards popatrzył w górę. Niebo było nadal czyste. Przeważnie raz czy dwa razy dziennie widywali przelatujące myśliwce.
– Przyjąłem, Ogar. Jeśli chcesz wiedzieć, dziś o świcie marynarka wysłała myśliwce, które spuściły Rosjanom tęgie lanie.
– To pięknie. Od chwili tamtego spotkania z helikopterem nie widzieliśmy Rosjan.
Kontrolerowi w Szkocji przeszedł po krzyżu dreszcz, a Edwards ciągnął dalej: