– Sierżancie, proszę zabezpieczyć to miejsce.
– Robi się, szefie. Rodgers, rozpakuj plecaki. Garcia, ty i ja trzymamy pierwsi wartę. Cztery godziny. Zajmij pozycję na tym pagórku. Ja pójdę tam, w prawo – Smith popatrzył na Edwardsa. – Wreszcie sobie odsapniemy, szefie.
– Oj tak. Jeśli zobaczy pan coś interesującego, proszę natychmiast dać mi kopa.
Smith skinął głową i udał się na oddalony o jakieś sto metrów posterunek.
Rodgers już spał. Pod głową miał zrolowany płaszcz, karabin położył na piersi.
– Zostajemy tu? – spytała Vigdis.
– Bardzo chciałbym odwiedzić twego wujka, ale w mieście mogą być Rosjanie. Jak się czujesz?
– Zmęczona.
– Jak my wszyscy? – spytał z uśmiechem.
– Tak, jak wy wszyscy – przyznała. Położyła się obok Edwardsa. Była niesamowicie brudna. Wełniany sweter świecił dziurami, a buty nadawały się tylko na śmietnik. – Co teraz z nami będzie?
– Nie wiem. Ale z jakichś względów chcieli, byśmy tu doszli.
– Nie powiedzieli po co?
Potrzebują informacji wywiadowczych – pomyślał porucznik.
– Wiesz, ale nie wolno ci mówić? – spytała ponownie Vigdis.
– Nie, wiecie tyle samo co ja.
– Michael, dlaczego to się stało? Dlaczego Rosjanie nas napadli?
– Nie wiem.
– Przecież jesteś oficerem. Musisz wiedzieć.
Vigdis uniosła się i oparła na łokciu. Na twarzy malował się jej wyraz takiego zdumienia, że Edwards się uśmiechnął.
Wcale się dziewczynie nie dziwił. Policja stanowiła jedyne siły zbrojne na Islandii. Prawdziwe Królestwo Pokoju, kraj, w którym w ogóle nie mówiło się o wojsku. Kilka niewielkich, uzbrojonych okrętów chroniących flotę rybacką i policja; kraj niczego więcej nie potrzebował. Wojna kompletnie zburzyła porządek życia jego mieszkańców. Nie dysponująca armią i flotą wojenną Islandia przez tysiąc lat nie została ani razu zaatakowana. Stało się to dopiero teraz i to tylko dlatego, że po prostu była po drodze. Zastanawiał się, czy doszłoby do tego, gdyby NATO nie wybudowało bazy w Keflaviku. Oczywiście, że doszłoby. Idioto – myślał Edwards. – Przekonałeś się sam, jak miłymi ludźmi są Rosjanie! Z bazą czy bez bazy, Islandia leżała na ich drodze. Ale czemu w ogóle doszło do tej przeklętej wojny?
– Vigdis, jestem tylko meteorologiem synoptykiem. Przepowiadam pogodę dla sił powietrznych.
Po tym wyznaniu dziewczyna była jeszcze bardziej zaskoczona.
– Nie jesteś żołnierzem? Nie należysz do piechoty morskiej?
Mikę potrząsnął głową.
– Jestem oficerem amerykańskiego lotnictwa, ale takim żołnierzem jak sierżant Smith, to nie jestem. Moja praca polega na czymś innym.
– Ale to ty uratowałeś mi życie. Jesteś żołnierzem.
– No cóż, być może i jestem… przez przypadek.
– Kiedy to wszystko się skończy, co będziesz robił? – w oczach miała wyraz wielkiego zainteresowania.
Operował kategoriami godzin, nie dni czy tygodni. Jeśli przeżyjemy, co wtedy? Nie myśl o tym. Najpierw przeżyjmy. Jak będziesz myślał o "po wojnie", możesz szybko stracić życie.
– Powoli, nie wszystko od razu. Teraz jestem zbyt zmęczony, by o tym myśleć. Śpijmy.
Poddała się. Chciała wiedzieć rzeczy, o których Mikę świadomie nawet nie myślał. Była jednak bardziej zmęczona, niż się do tego przyznawała i po dziesięciu minutach spała już kamiennym snem. Chrapała. Mikę zauważył to po raz pierwszy. Nie była porcelanową lalką. Była silna i słaba zarazem, miała dobre i złe strony. Miała twarz anioła, ale i była w ciąży.
Więc co z tego? – pomyślał Edwards. – Jej odwaga idzie w parze z urodą. Gdy odkrył nas helikopter, uratowała mi życie. Niejeden mężczyzna straciłby w takiej sytuacji głowę.
Porucznik zmusił się do snu. Nie mógł pozwolić sobie na jałowe spekulacje. Najpierw musiał przeżyć.
– Czy teren sprawdzony? – spytał major.
Nigdy by nie przypuszczał, że Edwards i jego ludzie, mając na karku osiem tysięcy rosyjskich żołnierzy, zdołają przedrzeć się tak daleko. Ilekroć myślał o tej piątce przemierzającej odkryte, skaliste tereny, o krążących nad jej głowami sowieckich helikopterach, cierpła mu skóra.
– Koło północy, tak sądzę – odparł człowiek z wydziału operacji specjalnych. Uśmiechnął się, a wokół oczu pojawiły mu się zmarszczki. – Wasi bonzowie powinni tego chłopaka odznaczyć. Sam kiedyś znalazłem się w jego sytuacji. Nie zdajecie sobie nawet sprawy z tego, jak trudnej sztuki ci ludzie dokonali. Mając w dodatku nad sobą te pieprzone hindy. Tych skurwieli naprawdę trzeba się wystrzegać.
– No dobrze, tak czy owak teraz wesprą ich prawdziwi zawodowcy.
– Niech lepiej nie zapomną zabrać dla nich żywności – doradził major amerykańskiego lotnictwa.
– W czym problem? – spytała Nakamura.
– Występują nieprawidłowości w osłonach silników niektórych rakiet – wyjaśnił inżynier.
– Są nieszczelne?
– Być może.
– Super – stwierdziła major Nakamura. – Mam zatem wynieść tego potwora na wysokość dwudziestu siedmiu kilometrów i tam się dopiero przekonać, kto poleci na orbitę, on czy ja?
– Kiedy ten rodzaj rakiet eksploduje, nic się wielkiego nie dzieje. Pękają na kilka części i palą się.
– W odległości dwudziestu siedmiu kilometrów może faktycznie nic się wielkiego nie dzieje. A jeśli tłok zadziała siedem metrów od mojego F-15?
Długa droga do ziemi – sama sobie odpowiedziała Buns.
– Przykro mi, pani major. Ten typ silnika to model sprzed dziesięciu lat. Od czasu, gdy zainstalowano go w głowicach antysatelitarnych, nikt go nie sprawdzał. Teraz tę broń poddaliśmy kompleksowej kontroli przy użyciu promieni Roentgena i ultradźwięków. Wydaje mi się, że są w porządku. Mogę się jednak mylić – odparł pracownik Lockheeda. Ostatnio osobiście cofnął atest na trzy z sześciu pozostałych pocisków antysatelitarnych ze względu na pęknięcia w pojemnikach na paliwo stałe. Reszta rakiet stanowiła znak zapytania. – Chce pani prawdy czy mydlenia oczu?
– Może pani nie lecieć, majorze – wtrącił zastępca dowódcy lotnictwa taktycznego. – To już zależy od pani.
– Czy można zrobić tak, by pocisk włączał silniki dopiero, kiedy znajdzie się daleko ode mnie?
– Jak daleko? – spytał inżynier.
Buns błyskawicznie przeliczyła w pamięci szybkość i zdolność manewrowania na tej wysokości.
– Powiedzmy po dziesięciu, piętnastu sekundach.
– Będę musiał dokonać pewnych korekt w systemie programowania, ale nie powinno to stanowić większego problemu. Musimy mieć pewność, że pocisk zachowa wystarczające przyspieszenie, by po wystrzeleniu utrzymał kurs. Myśli pani, że tyle sekund starczy?
– Nie. Ale sprawdzimy to na symulatorze. Ile mamy na to czasu?
– Od dwóch do sześciu dni. Wszystko zależy od marynarki – odparł generał.
– Cudownie.
– Mam dobrą wiadomość – oznajmił Toland. – Przelatujący nad dużym konwojem na północ od Azorów myśliwiec F-15 Eagle należący do sił powietrznych natknął się na dwa beary poszukujące statków. Oba zniszczył. Daje to nam ogólną liczbę trzech samolotów tego typu zestrzelonych w ciągu ostatnich czterech dni. Tak zatem nalot backfire'ów tym razem raczej się nie uda.