– A gdzie teraz są? – spytał kapitan grupy.
Toland przeciągnął ręką wzdłuż mapy, wskazując zgodnie z zawartymi w depeszy danymi długość i szerokość geograficzną.
– Chyba dokładnie w tym miejscu. Informacja pochodzi sprzed dwudziestu minut.
– Nad Islandią więc będą za niecałe dwie godziny?
– A co z tankowcami powietrznymi? – myśliwców marynarki. – W depeszy nic o nich nie wspomniano.
– Tak daleko możemy wysłać dwa myśliwce w towarzystwie dwóch innych w charakterze tankowców. Ale to da im tylko dodatkowe dwadzieścia minut na stanowisku, niecałe pięć minut na lot na dopalaczach oraz dziesięciominutową rezerwę paliwa na powrót. – Szef myśliwców zagwizdał. – Za mało. To stanowczo za mało. Musimy coś wymyślić.
Zadzwonił telefon. Dowódca brytyjskiej bazy podniósł słuchawkę.
– Kapitan Mallory. Tak… bardzo dobrze, zaraz tam będę.
W oddalonych o kilkaset metrów koszarach rozległy się klaksony alarmowe. Piloci myśliwców biegli do maszyn.
– Iwan potwierdził swoją obecność, komandorze. Samoloty radiolokacyjne informują o potężnych źródłach zagłuszania. Zbliżają się do nas od północy.
Dowódca wybiegł z pomieszczenia i wskoczył do jeepa.
Jazda z siedziby dowództwa lotnictwa strategicznego na Atlantyku trwała dziesięć minut. Pełniący u głównej bramy straż żołnierze piechoty morskiej skrupulatnie sprawdzali wszystko i wszystkich. Chevrolet trójgwiazdkowego admirała nie stanowił wyjątku. Na przylegających do wybrzeża terenach panował nieustanny ruch. Po biegnących na środku jezdni szynach toczyły się pociągi, zakłady naprawcze i remontowe działały na okrągło, dzień i noc. Nawet bar McDonalda, usytuowany tuż przed bramą portu pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę, zapewniając hamburgery i frytki ludziom, którzy potrzebowali kilku minut wytchnienia. Choć to pozornie trywialne i mało istotne, dla załóg, które dzień czy dwa spędzały na lądzie, było to niebywale ważne.
Przy dokach samochód skręcił w prawo. Minął pirsy z zacumowanymi okrętami podwodnymi i skierował się w stronę niszczycieli.
– Okręt niedawno opuścił stocznię i na wodzie przebywa zaledwie od miesiąca. Tyle czasu zajęło wykalibrowanie elektroniki. Ponadto załoga musiała się dotrzeć – poinformował admirał. – Kapitan Wilkens uporał się z tym wszystkim w drodze z San Diego. Nic jednak nie zdziałał w kwestii helikopterów, których Flota Pacyfiku strzeże bardzo zazdrośnie. Mogłem panu zapewnić tylko jedną maszynę typu Seahawk-F. To prototyp śmigłowca, prosto z Jacksonville.
– Jeśli jest to maszyna z sonarem zanurzanym, poradzę sobie – odparł Ed Morris. – Co z pilotem? Musi się na tym znać.
– To też załatwiłem. Komandor-porucznik O'Malley. Ściągnęliśmy go z ośrodka szkoleniowego w Jax.
– Znam to nazwisko. Był operatorem systemów na "Moosbruggerze", podczas gdy ja pełniłem funkcję oficera taktycznego na "Johnie Rodgersie". Tak, ten facet zna swój fach.
– W takim razie zostawiam pana samego. Wrócę za godzinę. Muszę zobaczyć, co zostało z "Kidda".
"Reuben James". Skośny dziób jednostki z wymalowanym numerem 57 wisiał nad przystanią niczym ostrze gilotyny. Morrisa natychmiast odeszło całe zmęczenie. Wysiadł z chevroleta i zaczął przyglądać się okrętowi z radością ojca, który widzi pierwszy raz własne, nowo narodzone dziecko.
Fregaty FFG-7 widywał nieraz, ale nigdy nie był na pokładzie żadnej z nich. Drapieżny kształt dziobu przywodził mu na myśl wrzecionowate kadłuby jachtów wyścigowych Cigarette. Między okrętem a pirsem przeciągnięto sześć cum o grubości piętnastu centymetrów każda. Przy swoich trzech tysiącach dziewięciuset ton wyporności "Reuben James" nie był dużym okrętem, ale za to niebywale szybkim.
Miał smukłą nadbudówkę zwieńczoną biczami anten i masztów radarowych, jakby stworzoną przez dzieci z klocków "lego". Morrisa zachwyciła funkcjonalna prostota tej konstrukcji. Na dziobie, w stojakach widniało czterdzieści rakiet stanowiących uzbrojenie fregaty. Na rufie były miejsca dla dwóch groźnych helikopterów – niszczycieli okrętów podwodnych. Smukły kadłub sprawiał, że jednostka mogła rozwinąć dużą szybkość. Nadbudówka była kanciasta, bo taka musiała być. "Reuben James" to okręt wojenny i swoją urodę zawdzięczał wyłącznie przypadkowi.
Ubrani w błękitne bluzy i jeansy marynarze w pośpiechu przemierzali schodnie i przejścia w nadburciu, dźwigając pakunki z zaopatrzeniem. Strzegący pirsu marines oddali Morrisowi honory, a oficer pokładowy gorączkowo przygotowywał wszystko do powitania nowego dowódcy. Gdy okrętowy dzwon zadzwonił cztery razy, komandor Ed Morris wkroczył na fregatę.
– "Reuben James" gotowy!
Morris oddał honory banderze, a następnie oficerowi pokładowemu.
– Sir, myśleliśmy, że pojawi się pan…
– Jak przygotowania? – przerwał mu Morris.
– Jeszcze dwie godziny, sir.
– Wspaniale – uśmiechnął się Morris. – O Myszce Miki porozmawiamy później. Niech pan wraca do swoich zajęć, panie…?
– Lyles, sir. Oficer kontroli okrętu.
Cóż to, do licha, za funkcja? – pomyślał Morris.
– W porządku, panie Lyles. Gdzie pierwszy oficer?
– Tutaj, kapitanie. – Pierwszy miał usmarowaną towotem koszulę i smugę brudu na policzku. – Byłem w generatorach. Przepraszam za mój wygląd.
– W jakiej fazie przygotowań jest okręt?
– Paliwo zatankowane. Załadowana broń. Holowany sonar wykalibrowany…
– Tak szybkoście to wszystko załatwili?
– Nie było to proste. Jak czuje się kapitan Wilkens?
– Lekarze twierdzą, że wyjdzie z tego… no cóż, na razie jest wyłączony. Nazywam się Ed Morris – potrząsnął dłonią pierwszego oficera.
– Frank Ernst – przedstawił się oficer i dodał ze wstydliwym uśmiechem: – Po raz pierwszy we Flocie Atlantyckiej. Trafiłem tu, kiedy już zrobiło się gorąco. Ale wszystko idzie dobrze. Wszystko działa. Pilot helikoptera odbywa właśnie naradę z chłopakami z taktyki w centrum informacji bojowej. To Jerry "Młot"; grałem z nim w piłkę w Annapolis. Fajny gość. Mamy trzech doskonałych szefów. Oficer pokładowy to doświadczony marynarz. Załoga jest młoda, ale myślę, że przygotowana na najgorsze sytuacje. Za dwie, trzy godziny możemy wypływać. Gdzie ma pan swoje rzeczy, sir?
– Będą tu za pół godziny. Jakieś problemy na dole?
– Żadnych. W generatorze diesla numer trzy nie funkcjonował system olejowy. Błąd ekipy lądowej. Niedokładnie przyspawali. Już naprawione. Maszynownia w porządku, kapitanie. Przy półtorametrowych falach możemy rozwijać prędkość trzydziestu jeden i pół węzła – Ernst uniósł brwi. – Wystarczy?
– A stabilizatory?
– W porządku, kapitanie.
– Ekipa do zwalczania okrętów podwodnych?
– Chodźmy do nich.
Morris udał się za pierwszym oficerem do nadbudówki. Przeszli między dwoma hangarami dla helikopterów, minęli pomieszczenia oficerskie i zeszli po drabince do centrum informacji bojowej, które przylegało do reprezentacyjnego pomieszczenia okrętu.- Centrum było mroczne, większe i dużo nowocześniejsze niż na "Pharrisie" ale równie zatłoczone. Ponad dwadzieścia osób zajmowało się właśnie grą symulacyjną.
– Kurwa, nie tak! – krzyknął ktoś. – Musisz reagować szybciej. To jest victor i nie będzie czekał aż się zdecydujesz!
– Baczność, kapitan w centrum informacji bojowej! – zawołał Ernst.
– Właśnie – odezwał się Morris. – Kto tak ładnie mówi?
Z cienia wyłonił się potężnie zbudowany mężczyzna. Oczy otaczały mu zmarszczki od częstego spoglądania w nisko stojące słońce. Jerry "Młot" O'Malley. Kapitan znał jego głos ze skrzekliwych komunikatów w krótkofalówkach i wiedział, iż człowiek ten bardziej dba o sławę łowcy okrętów podwodnych niż o awanse.