Выбрать главу

– Chyba o mnie pan mówi, kapitanie. O'Malley. Mam kierować seahawkiem-foxtrot.

– Miał pan rację z tym victorem. Jeden z tych skurwysynów przeciął mi okręt prawie na pół.

– To przykre, ale muszę pana pocieszyć, że Iwan powierza victory swoim najlepszym dowódcom. To wyśmienite jednostki i wyśmienici kapitanowie. Miał pan do czynienia z fachowcem. Czy był na zewnątrz konwoju?

Morris potrząsnął głową.

– Wykryliśmy go zbyt późno. Warunki akustyczne nie były najlepsze. Wyszliśmy ze sprintu. Znajdował się nie dalej niż pięć mil. Posłaliśmy za nim helikopter. Maszyna zlokalizowała jego pozycję, ale Rosjanin zerwał kontakt i dostał się do środka konwoju.

– Victory są w tym dobre. Nazywam je lisami. Zaczyna z jednej strony, potem gwałtownie skręca, zostawiając za sobą wodny wir i zapewne generator szumów. Następnie zanurza się pod interklinę i rusza całą prędkością. Ostatnio bardzo usprawnili tę technikę i mamy niejakie kłopoty z jej rozpracowaniem. Tak. By walczyć z victorem trzeba dobrej załogi śmigłowca i wyśmienitego zespołu na pokładzie okrętu.

– Jeśli nie czytał pan mego raportu, przyjacielu, uwierzę, że potrafi pan czytać w myślach.

– Bo tak jest, kapitanie. Ale umysły, w których czytam, myślą po rosyjsku. W tej lisiej taktyce, victory są najlepsze i musi pan zawsze uwzględniać ich zdolność do nagłych przyspieszeń i raptownych skrętów. Zawsze tłumaczę swej załodze, że kiedy wydaje się, iż victor robi skręt w lewo, naprawdę zakręca w prawo. Należy wtedy prześlizgnąć się jeszcze jakieś dwa tysiące metrów i odczekać minutę czy dwie. Potem przypieprzyć sukinsynowi rakietą, zanim on wystrzeli swoją.

– A jeśli się pan pomyli?

– To się pomylę, kapitanie. Ale ruchy Iwana łatwo przewidzieć. Jeśli naturalnie myśli pan kategoriami podwodniaka i patrzy na wszystko nie ze swego punktu widzenia, ale z punktu widzenia taktyki przeciwnika. Zawsze oczywiście może uciec, ale Rosjanie mają już taką naturę, że z uporem atakują cel, a to pan może zawsze wykorzystać.

Morris popatrzył O'Malleyowi w oczy. Kapitan nie mógł pogodzić się z tym, że tragedia, jaka spotkała "Pharrisa", daje się tak łatwo wytłumaczyć. Ale nie było czasu na jałowe rozmyślania. O'Malley był zawodowcem i jeśli ktoś mógł się odpowiednio zająć następnym victorem, tym kimś był właśnie on.

– Jest pan gotów?

– Maszyna czeka. Przylecimy, gdy tylko okręt minie przylądki. Na razie chciałbym omówić parę rzeczy z pańską ekipą do zwalczania okrętów podwodnych. Mamy pełnić rolę zewnętrznej pikiety?

– Chyba tak. Z holowaną anteną sonarową raczej nie będziemy trzymać się blisko konwoju. Towarzyszyć nam będą Brytyjczycy.

– Wspaniale. Dysponuje pan wyśmienitym zespołem do zwalczania jednostek podwodnych. Mocno utrudnimy życie złym chłopcom. Czy to nie pan służył kilka lat temu na "Rodgersie"?

– A pan był na "Moose'ie"? Współdziałaliśmy ze sobą dwukrotnie, choć nigdy się nie spotkaliśmy. W walce przeciwko "Skate'owi" byłem "X-Ray Mikę".

– Chyba sobie pana przypominam – O'Malley podszedł do Morrisa i spytał cicho:

– Naprawdę jest tak paskudnie?

– Bardziej niż paskudnie. Utraciliśmy linię Grenlandia-Islandia-Wyspy Brytyjskie. Mamy wprawdzie potężne wsparcie nawodnych jednostek z holowanymi antenami, ale mogę iść o zakład, że Iwan mocno weźmie się za te tuńczykowce. Grozi nam niebezpieczeństwo zarówno z powietrza jak i spod wody.

Wyraz jego twarzy mówił znacznie więcej niż słowa. Stracił tylu przyjaciół. Jego pierwszy okręt został rozcięty na pół. Morris był zmęczony, ale najdłuższy nawet sen nie mógł postawić go na nogi.

O'Malley skinął głową.

– Kapitanie, mamy nowiutką fregatę, wspaniały nowy helikopter i sonarową antenę holowaną. Dopłyniemy do celu.

– Cóż, niebawem wychodzimy. Do Nowego Jorku dotrzemy za dwie godziny, a we środę ruszamy z konwojem.

– Sami? – zapytał O'Malley.

– Nie, do Nowego Jorku będzie nam towarzyszyć HMS "Battleaxe". Nie mam jeszcze potwierdzenia, ale wygląda na to, że będziemy z nim współdziałać przez całą drogę.

– To bardzo dobrze – odezwał się Ernst. – Chodźmy na rufę, kapitanie. Wszystko panu pokażę.

Pomieszczenie sonaru mieściło się za centrum informacji bojowej. W przeciwieństwie do mrocznej, oświetlonej czerwonymi lampami centrali, było tam niezwykle jasno.

– Jezu słodki! Nikt mnie nie poinformował! – wykrzyknął na widok dowódcy młody komandor-porucznik.

– Witam, kapitanie. Jestem Lenner, oficer systemów bojowych.

– Czemu nie jest pan przy aparaturze?

– Zatrzymaliśmy grę, kapitanie, i przeglądamy zapis.

– Osobiście dostarczyłem tę taśmę – wyjaśnił O'Malley.

– To zapis victora-III, który w zeszłym roku na Morzu Śródziemnym zmylił jeden z naszych lotniskowców. Widzi pan? To jest właśnie ta lisia taktyka. Kontakt znikł, po czym znów się pojawił. Ale to już tylko generator szumów w wirze wodnym. Okręt w tym miejscu zszedł pod interklinę i poszedł sprintem w środek ekranu. Mógł spokojnie trafić w lotniskowiec; przez kolejnych dziesięć minut go nie wykryto. Tego właśnie pan szuka – puknął palcem w ekran. – Świadczy to o tym, że dowódca okrętu podwodnego dobrze zna swój fach. Zaszedł pana od tyłka.

Morris bacznie obserwował ekran. Raz już to widział.

– A jeśli zacznie manewrować, by zerwać kontakt? – spytał Lenner.

– Jeśli zechce zerwać kontakt, to czemu nie ma zrywać go, przedzierając się w stronę celu? – spytał cicho Morris, zdając sobie sprawę, iż oficer systemów bojowych jest jeszcze bardzo młody.

– Racja, kapitanie – pokiwał ponuro głową O'Malley.

– Jak już mówiłem, jest to ich standardowa taktyka. Ale wymaga ostrych dowódców. Agresywny kapitan zawsze tak postąpi. Jeśli zerwie kontakt, odda celny strzał. My musimy znów go namierzać. Ale jeśli przyspieszymy do dwudziestu węzłów, musi nas gonić. A wtedy powoduje hałas. Kapitan, który ucieka, zapewne nie podejmie takiego ryzyka. A jeśli to zrobi, to go złapiemy. Nie, taka taktyka jest dobra wyłącznie dla tych, którzy chcą podejść rzeczywiście blisko. Pytanie tylko, ilu z ich dowódców jest aż tak agresywnych?

– Mają ich dosyć – Morris odwrócił głowę. – A co z załogą helikoptera?

– Mój drugi pilot wprawdzie jest jeszcze zupełnie zielony, ale operator systemów pokładowych to bardzo doświadczony podoficer pierwszej klasy. Zespół techniczny i remontowy to zbieranina z Jax. Rozmawiałem już z nimi. Sądzę, że są w porządku.

– Mamy dla nich koje? – spytał Morris.

– Nie bardzo – potrząsnął głową Ernst. – Wszędzie tłok.

– Panie O'Malley, czy pański drugi pilot służył w lotnictwie morskim?

– Tak, ale nie na fregacie. Ja służyłem w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym. W drodze do Nowego Jorku nabierzemy rutyny. Wie pan, kapitanie, zespół zebrany na łapu capu. Moja maszyna nawet nie wchodziła w skład żadnej eskadry operacyjnej.

– Przed chwilą pan twierdził, że pan ufa tym ludziom.

– Bo ufam – odparł O'Malley. – Moi ludzie umieją posługiwać się sprzętem. Są bardzo dobrzy. I pojętni. Rozumiemy się w pół słowa.

O'Malley uśmiechnął się od ucha do ucha. Dla pilotów pewne rzeczy były bardzo istotne. Kiedy O'Malley użył zwrotu "moi ludzie", znaczyło to, że nie pozwoli, by ktokolwiek wtrącał się w sprawy helikoptera. Morris pominął to milczeniem. Nie chciał się spierać. Nie w tej chwili.

– Dobrze. A teraz, Pierwszy, chciałbym obejrzeć okręt. A z panem, O'Malley, spotkamy się za przylądkami.