Выбрать главу

– Helikopter jest już gotów, kapitanie. Do zobaczenia.

Morris skinął głową i ruszył na inspekcję okrętu. Prowadząca na mostek drabinka znajdowała się metr od drzwi centrum informacji bojowej i w takiej samej odległości od wejścia do kajuty kapitana. Wspiął się po szczeblach. Był zmęczony, niewyspany, a nogi miał jak z waty.

– Kapitan na mostku – oznajmił podoficer dyżurny.

Morris nie był zdumiony. Był przerażony, widząc, że "koło" sterowe okrętu było po prostu mosiężną tarczą wielkości tarczy w telefonie. Sternik siedział nieco z boku, a po prawej stronie miał duże, plastikowe pudło zawierające kierowaną bezpośrednio przepustnicę połączoną z turboodrzutowymi silnikami okrętu. Pod sufitem sterowni ciągnęła się metalowa poręcz. Gdy "Reuben James" płynął po wzburzonym morzu, można się było jej przytrzymać. Wymowny dowód stateczności okrętu.

– Czy służył pan kiedyś na takiej jednostce? – spytał pierwszy oficer.

– Nawet nie byłem na pokładzie – odparł Morris. Głowy czterech wachtowych na mostku, jak na komendę, odwróciły się w jego stronę. – Ale systemy broni znam. Parę lat temu pracowałem w zespole, który je projektował i wiem z grubsza, jak się tę jednostkę prowadzi.

– Jest szybka niczym sportowy samochód, sir – zapewnił Ernst. – Po wyłączeniu silników porusza się bezszelestnie jak kłoda drewna. Szybkość trzydziestu węzłów osiąga w dwie minuty.

– Kiedy możemy wypłynąć?

– W dziesięć minut po pańskim rozkazie, kapitanie. Olej smarowy nieustannie jest podgrzewany. A holownik, który wyprowadzi nas z portu, już czeka.

– Dowódca nawodnych sił atlantyckich na pokładzie – zadudniło w głośniku.

Dwie minuty później w sterowni pojawił się admirał.

– Pańskie rzeczy są już na okręcie. Co pan sądzi o "Reubenie Jamesie"?

– Proszę nadzorować zaprowiantowanie – odezwał się Morris do pierwszego oficera. – Admirale, mogę pana prosić do swej kajuty?

Na dole czekał już steward z kawą i kanapkami. Morris nalał do kubków płyn, ale jedzenia nie tknął.

– Admirale, nigdy jeszcze takim okrętem nie kierowałem. Nie znam silników…

– W maszynowni masz wspaniałego szefa, a okręt prowadzi się jak marzenie. Sterują nim stare wygi. Ed, ty jesteś tylko od taktyki i rakiet. Twoje stanowisko będzie w centrum informacji bojowej. Tam jesteś potrzebny.

– Cóż, skoro tak pan uważa, sir…

– Odbijamy – dwie godziny później polecił Morris pierwszemu oficerowi. Kapitan obserwował każdy ruch Ernsta i czuł lekkie skrępowanie, że musi polegać na kimś innym.

Wszystko jednak odbyło się zadziwiająco prosto. Wiatr wiał od brzegu, a fregata miała duże pole manewru. Kiedy zdjęto cumy, wiatr oraz potężne holowniki ustawiły dziób "Reubena Jamesa" w odpowiednim kierunku. Napędzany turbinami gazowymi silnik skierował go w kanał wodny. Ernst nie śpieszył się, choć mógł rozkaz wykonać dużo szybciej. Morris to zauważył. Najwyraźniej nie chciał sprawiać kapitanowi jeszcze większej przykrości. Ed Morris miał sporo czasu, by obserwować swą nową załogę przy pracy. Słyszał wiele opowieści o flocie kalifornijskiej – wspaniali chłopcy. Podoficerowie przy stole nakresowym, mimo iż nie znali nowojorskiego portu, pozycję okrętu nanosili z wielką wprawą. Fregata prześlizgnęła się cicho obok pirsów bazy morskiej. Wiele przystani było pustych, w innych stały okręty, których lśniące kadłuby nosiły na sobie ślady walki. Był tam również "Kidd". Radziecki pocisk, który przedarł się przez zmasowaną obronę powietrzną, trafił jednostkę w nadbudówkę. W stronę uszkodzonego "Kidda" spoglądał również jeden z marynarzy Morrisa. Prawie nastolatek. Zaciągnął się właśnie papierosem, po czym wyrzucił niedopałek za burtę. Morris w pierwszym odruchu chciał go spytać, co o tym wszystkim sądzi, ale przecież sam nie potrafił dobrze sprecyzować własnych myśli.

Płynęli szybko do przodu. Przy pustych pirsach dla lotniskowców skręcili na wschód, minęli suwnice w Hampton, a potem zatłoczony basen w Little Greek. Otwarte morze, w które wyszli pod zachmurzonym niebem, było złowieszczo szare.

HMS "Battleaxe" czekał na nich trzy mile od brzegu. Posiadał nieco inny kształt kadłuba niż "Reuben James", a na maszcie powiewała mu flaga Brytyjskiej Marynarki Królewskiej. Jednostka natychmiast zaczęła błyskać w ich kierunku lampami sygnalizacyjnymi.

KIM, DO LICHA, BYŁ REUBEN JAMES? – chciał dowiedzieć się okręt brytyjski.

– Co im na to odpowiemy, sir? – spytał sygnalista.

Morris roześmiał się. Opuściły go już wszelkie lęki.

– Proszę sygnalizować: My, w końcu, nie nazywamy naszych okrętów imieniem teściowej.

– W porządku – odpowiedź najwyraźniej przypadła podoficerowi do gustu.

Stornoway, Szkocja

– Blindery nie przenoszą przecież rakiet – powiedział Toland, ale to, co ujrzał, zadało kłam informacjom wywiadu. Sześć pocisków przedarło się przez osłonę myśliwską i wylądowało na terenie bazy RAF-u. Osiemset metrów od niego płonęły dwa samoloty. Jeden z radarów został zniszczony.

– Ha, cóż, teraz przynajmniej wiemy, dlaczego w ostatnich dniach tak osłabła ich aktywność. Po prostu przerabiali bombowce na coś, co mogłoby zmierzyć się z naszymi myśliwcami – odezwał się kapitan Mallory, próbując wzrokiem oszacować straty, jakie poniosła baza. – Akcja – reakcja. Uczymy się my, uczą się oni.

Wracały myśliwce. Kiedy przelatywały nad ich głowami, Toland przeliczył maszyny. Brakowało dwóch tornado i jednego tomcata. Samoloty, gdy tylko dotknęły ziemi, błyskawicznie odkołowywały do hangarów. RAF nie posiadał tych pomieszczeń zbyt wiele i trzy amerykańskie maszyny musiały stać pod gołym niebem, osłonięte wyłącznie workami z piaskiem. Załogi naziemne natychmiast zaczęły uzupełniać paliwo i podwieszać nowe rakiety. Piloci zeszli po drabinkach do czekających jeepów i odjechali na odprawę.

– Skubańcy, zastosowali przeciw nam naszą własną sztuczkę! – oznajmił pilot tomcata.

– W porządku. Jak to wyglądało?

– Były dwie grupy oddalone od siebie o dziesięć mil. Pierwszą formację stanowiły migi-23 floggery, a za nimi posuwały się blindery. Migi otworzyły ogień wcześniej niż my. Zagłuszyły nam kompletnie radary, a niektóre z nich posiadały zupełną nowinkę techniczną, z którą zetknęliśmy się pierwszy raz – zwodnicze radiostacje zagłuszające. Musiało im się już kończyć paliwo, bo nie nawiązały z nami kontaktu bojowego. Myślę, że po prostu chciały nas utrzymać z dala od bombowców, dopóki te nie wystrzelą swoich pocisków. Do licha, prawie im się udało. Tornada uderzyły na nie od lewej strony i strąciły jakieś cztery blindery. Dorwaliśmy kilka migów – nie blinderów – a resztę tomcatów dowódca skierował przeciw rakietom. Zestrzeliłem dwie. Niemniej Iwan zmienił taktykę. Straciliśmy jeden myśliwiec. Nie zauważyłem nawet jak i kiedy.

– Następnym razem – odezwał się kolejny pilot – zabierzemy kilka rakiet zaprogramowanych wcześniej na radiostacje zagłuszające. Teraz nie mieliśmy czasu ich przestrajać. Jeśli na początku rozprawimy się z samolotami zagłuszającymi, z myśliwcami pójdzie nam dużo łatwiej.

A wtedy Rosjanie ponownie zmienią taktykę – pomyślał Toland. – No cóż, przynajmniej utrudnimy im życie, zmuszając do ciągłych zmian.

Folziehausen, Republika Federalna Niemiec

Po ośmiu godzinach zażartych walk w nieustannym ogniu artylerii wroga, bombardującej wysunięty posterunek dowódcy, Bieriegowoj i Aleksiejew zatrzymali ostatecznie kontratak Belgów. Ale samo odparcie ataku nie wystarczało. Przesunęli się jeszcze sześć kilometrów do przodu i ponownie trafili na zaporę czołgów i rakiet. Od czasu do czasu Belgowie zasypywali gradem pocisków Rosjan posuwających się główną drogą na Hameln. Z pewnością szykują kolejny atak – myślał Aleksiejew. – Musimy uderzyć pierwsi. Ale czym? By runąć na broniące Hameln formacje angielskie, potrzebował trzech dywizji.