Выбрать главу

– Za każdym razem, kiedy dokonujemy przełomu – zauważył cicho Siergietow – oni łatają dziurę i kontratakują. Tego nie zakładaliśmy.

– Błyskotliwa uwaga – warknął Aleksiejew, ale natychmiast się opanował. – Sądziliśmy, że przełom przyniesie taki sam efekt jak podczas ostatniej wojny z Niemcami. Problem stanowią jedynie te nowe, lekkie pociski przeciw czołgom. Trzech ludzi w jeepie – generał użył nawet amerykańskiej nazwy samochodu – wyjeżdża na szosę, oddaje jeden lub dwa strzały i zanim zdążymy zareagować, wraca. Ich ogień obronny nigdy nie był tak silny, a my nie doceniliśmy ich grup osłaniających tyły. Niebywale zwalniają tempo naszego natarcia. Od początku przecież było jasne, iż bezpieczeństwo naszych jednostek leży w ich mobilności

– Aleksiejew cytował podstawową lekcję wyniesioną ze szkoły czołgistów. – Siły ruchome nie mogą dać się zatrzymać. Sam przełom nie wystarczy! Musimy wybić w ich liniach obronnych wielką dziurę i błyskawicznie wedrzeć się co najmniej dwadzieścia kilometrów w głąb terytorium wroga. Dopiero tam będziemy bezpieczni od tych ataków lekkimi pociskami przeciwczołgowymi. Tylko wtedy nasza doktryna oparta na mobilności zda egzamin.

– Mówicie, że nie możemy wygrać? – Siergietow już wcześniej żywił podobne obawy, ale nie spodziewał się, że podziela je jego dowódca.

– Mówię to, co mówiłem cztery miesiące temu. I miałem rację: to wojna na wyczerpanie. Na razie technologia bierze górę nad sztuką wojenną; u nas i u nich. Przegra ten, kto pierwszy wyczerpie swoje rezerwy ludzkie i sprzęt.

– Obu tych rzeczy mamy pod dostatkiem – odparł Siergietow.

– To prawda, Iwanie Michajłowiczu. Mam wielu młodych ludzi, których mogę poświęcić.

Do polowego szpitala przybywało coraz więcej rannych. Ciężarówki z nimi krążyły bez przerwy.

– Towarzyszu generale, otrzymałem właśnie list od mego ojca. Pragnie dowiedzieć się, jakie postępy poczyniliśmy na froncie. Co mam mu powiedzieć?

Aleksiejew oddalił się kilka kroków od adiutanta i przez minutę rozważał problem.

– Iwanie Michajłowiczu, powiadomcie proszę ministra, że obrona NATO jest dużo, dużo silniejsza, niż zakładaliśmy. Sprawą kluczową są obecnię dostawy. Potrzebujemy bardzo dokładnych informacji natemat uzupełnień wroga. Należy uczynić wszystko, by ich dokonywanie stało się jeszcze trudniejsze. Nie docierają do nas żadne wieści o operacjach morskich, których celem jest niszczenie amerykańskich konwojów. Dane te są mi niezbędne do oceny rzeczywistych możliwości Paktu Atlantyckiego. Nie potrzebuję wygładzonych analiz z Moskwy. Potrzebuję danych.

– Nie zadowalają was informacje przysyłane ze stolicy?

– Powiadomiono nas, że NATO jest politycznie skłócone i militarnie nie skoordynowane. Jak byście ocenili ten raport, towarzyszu majorze? – spytał ostro Aleksiejew. – Z takimi informacjami niewiele mogę zdziałać. Wypiszcie sobie rozkaz wyjazdu. Oczekuję was z powrotem za trzydzieści sześć godzin. Jestem przekonany, że nie ruszymy się stąd do tego czasu.

Islandia

– Będą u was za pół godziny.

– Przyjąłem, Brytan – odrzekł Edwards. – Jak mówiłem, w pobliżu nie widać żadnych Rosjan. Przez cały dzień nie zaobserwowaliśmy ani jednego helikoptera. Tylko sześć godzin temu drogą na zachodzie przejechały cztery pojazdy typu Jeep. Zbyt daleko, by określić, kto w nich był. Skierowały się na południe. Wybrzeże jest czyste.

– W porządku, jak dotrą, proszę nas powiadomić.

– Zawiadomimy natychmiast – Edwards wyłączył radio. – Słuchajcie, przybędzie do nas kilku przyjaciół.

– Kto i kiedy, szefie? – natychmiast spytał Smith.

– Powiedzieli tylko, że zjawią się za pół godziny. Kto, nie wiem. Prawdopodobnie spadochroniarze.

– Zabiorą nas stąd? – zapytała Vigdis.

– Nie, tutaj żaden samolot nie wyląduje. Sierżancie, a jaka jest pańska opinia?

– Obawiam się, że taka sama.

Samolot pojawił się wcześniej i tym razem pierwszy zauważył go Edwards. Ponad sto metrów nad wschodnimi stokami wzgórza, na którym się znajdowali, przemknął czterosilnikowy transportowiec C-130 Hercules. Kiedy z luku towarowego maszyny wyskoczyły cztery postacie, zawiał ostry, wschodni wiatr. Samolot dokonał ostrego skrętu i zniknął po północnej stronie. Edwards z uwagą obserwował skoczków. Zamiast kierować się ku dnu doliny, spadochroniarze opadali prosto na pokryty skałami stok.

– O cholera, źle ocenił siłę wiatru. Chodźmy!

Kiedy zbiegali zboczem, spadochrony opadały na ziemię. Skoczkowie, jeden po drugim dotykali gruntu i niknęli w zalegającym okolicę mroku. Edwards i jego ludzie biegli najszybciej, jak mogli, starając się zanotować w pamięci miejsce lądowania poszczególnych żołnierzy. Spadochrony o maskujących barwach znikały z pola widzenia natychmiast, gdy skoczkowie osiągali ziemię.

– Stać!

– W porządku, w porządku. Czekamy tu na was – odparł Edwards.

– Kim jesteś? – głos zdradzał silny angielski akcent.

– Mój kod: Ogar.

– Nazwisko?

– Porucznik Edwards. Siły powietrzne Stanów Zjednoczonych.

– Zbliż się, ale powoli, kolego.

Mikę samotnie wysunął się do przodu. W półmroku majaczył przed nim do połowy zakryty przez skałkę cień – cień lufy pistoletu maszynowego.

– Kim jesteś?

– Sierżant Nichols, Królewska Piechota Morska. Wybrałeś sakramenckie miejsce do lądowania, poruczniku.

– To nie ja! – zaprzeczył Edwards. – Jeszcze godzinę temu nie wiedzieliśmy, że przylecicie.

– Burdel, cholera, ciągle ten sam burdel. – Z mroku wynurzył się silnie utykający człowiek. – Już samo spadochroniarstwo jest wystarczająco ryzykowne, a tu jeszcze ten pierdolony skalny ogródek!

Pojawiła się kolejna postać.

– Znaleźliśmy porucznika. Chyba nie żyje!

– Potrzebujecie pomocy? – spytał Edwards.

– Potrzebuję obudzić się z tego snu i znaleźć się ponownie we własnym łóżku.

Edwards natychmiast pojął, że grupę, która przybyła im z odsieczą – czy na czym tam jej zadanie miało polegać – spotkała fatalna przygoda. Dowodzący oddziałem porucznik upadł na skałkę, przewrócił się na plecy i uderzył o sąsiednią. Głowę miał nienaturalnie odchyloną do tyłu. Nichols mocno zwichnął kostkę. Dwaj pozostali spadochroniarze byli cali, ale zszokowani. Przez godzinę zbierali rozrzucony sprzęt. Nie mieli czasu na sentymenty. Porucznika zawinęli w spadochron i nakryli stosem kamieni| Edwards zaprowadził pozostałych do kryjówki na szczycie wzgórza. Brytyjczycy przywieźli ze sobą baterie do radia.

– Brytan, tu Ogar. Wylądowali.

– Dlaczego to tak długo trwało?

– Powiedzcie temu pilotowi herculesa, by sprawił sobie lepszego okulistę. Dowódca desantu zginął przy lądowaniu. Sierżant ma skręconą nogę.

– Czy ktoś was widział?

– Nikt. Wylądowali na skałach. To cud, że się wszyscy nie pozabijali. Wróciliśmy na szczyt wzgórza. Wszelkie ślady pozacieraliśmy. -

Sierżant Nichols był palaczem. Razem ze Smithem wynaleźli dobrą kryjówkę i zapalili.

– Ten twój porucznik sprawia wrażenie pobudliwego.

– To odsunięty od lotów pilot. Ale sprawuje się świetnie. Jak twoja kostka?

– Tak czy siak, będę się musiał na niej wlec. Czy zdaje sobie sprawę z sytuacji, w jakiej jesteśmy?

– Kto? Szef? Osobiście widziałem, jak zarżnął nożem trzech ruskich komandosów. Wystarczy?