Выбрать главу

– Ma pan rację! Pamiętam ten film – odparł Morris.

– Może to wyjaśniać owe hałasy. Pływy oceaniczne i prądy morskie sprawiają, iż włoki hałasują.

O'Malley skinął głową.

– Może i tak. Ale chciałbym się temu bliżej przypatrzyć.

– Po co?

– Wszelkie jednostki wychodzące z Nowego Jorku muszą przepływać nad tamtym miejscem. Iwan na pewno wie o konwoju sformowanym właśnie w tym mieście, chyba że przestało funkcjonować KGB. To cholernie dobre miejsce, by zaczaił się w nim okręt podwodny polujący na nasz konwój. Niech pan pomyśli. Jeśli nawet detektor anomalii magnetycznych coś wykryje, zignoruje pan tę wiadomość. Hałas, jaki wytwarza reaktor pracujący na niskich obrotach, nie jest głośniejszy niż dźwięk przepływającej między sznurami wody. Zwłaszcza jeśli jednostka lokuje się tuż obok wraka. Gdybym był dobrym dowódcą okrętu podwodnego, na pewno tam bym się zaczaił.

– Pan już myśli jego kategoriami – zauważył Morris.

– No cóż, zajmijmy się tym miejscem.

Godzina druga trzydzieści nad ranem. Morris obserwował z wieży kontrolnej start helikoptera. Potem poszedł do centrum informacji. Fregata przyjęła pozycję bojową i z włączonym systemem Preria/Maska posuwała się z prędkością ośmiu węzłów. Gdyby nawet w odległości około piętnastu mil znajdował się rosyjski okręt podwodny, nie mógł fregaty usłyszeć. Wykres radaru prezentował przesuwanie się helikoptera na pozycję.

– Romeo, tu Młot. Sprawdzam radio – odezwał się O'Malley.

Z helikoptera dotarł na fregatę tekst próbnej depeszy. Zajmujący w śmigłowcu miejsce przy konsoli łączności podoficer mruknął z zadowoleniem. Morris chwilę myślał, po czym się uśmiechnął. Oczywiście, chrząka zadowolony, bo ma już "słodziutkie połączenie z radiostacją mamusi". Śmigłowiec rozpoczął poszukiwania w miejscu odległym o dwie mile od grobu "Andrea Dorii". O'Malley zatrzymał helikopter siedemnaście metrów nad spienionymi falami oceanu.

– Spuszczaj kopułę, Willy.

Podoficer uruchomił znajdującą się z tyłu maszyny wyciągarkę i przez otwór w brzuchu śmigłowca opuścił przetwornik hydrolokatora zanurzanego.

Seahawk dysponował ponad trzystoma metrami kabla, co umożliwiało mu dotarcie do najniżej, położonych warstw termoklinowych. Głębokość w tym miejscu wynosiła tylko siedemdziesiąt, toteż operator musiał uważać, by w zetknięciu z dnem przetwornik nie uległ uszkodzeniu. Podoficer z uwagą operował wyciągarką i zatrzymał bęben, kiedy urządzenie znalazło się trzydzieści metrów pod wodą. Jak zawsze na jednostkach nawodnych, odczyt sonaru prezentowany był zarówno wizualnie jak i dźwiękowo. Ekrany telewizyjne zaczęły przekazywać linie częstotliwości, podczas gdy wyznaczony marynarz prowadził nasłuch za pomocą słuchawek.

O'Malley wiedział, że to bardzo skomplikowana część operacji. Unoszący się nad falami w jednym miejscu helikopter wymagał nieustannej uwagi – nie było autopilota – ale polowanie na okręty podwodne zawsze wymagało ogromnej cierpliwości. Pasywnemu sonarowi potrzeba było kilku minut, by cokolwiek zaczął rejestrować, a systemów aktywnych nie mogli używać. Impulsy ultradźwiękowe hydrolokatora aktywnego zaalarmowałyby tylko przeciwnika.

Przez pięć minut napływały jedynie chaotyczne dźwięki. Wyciągnęli więc sonar i przenieśli się na wschód. I znów nic. – Cierpliwości – mruknął pod nosem pilot. Nie znosił takiego oczekiwania. Sonar penetrował kierunek wschodni. Cały czas bez skutku.

– Mam coś na zero-cztery-osiem. Nie jestem pewien co. Jakiś gwizd lub coś innego na wysokich częstotliwościach. Odczekali jeszcze dwie minuty, by przekonać się, czy nie był to fałszywy alarm.

– Kopuła w górę – O'Malley wzniósł helikopter i przesunął się trzysta metrów na północny wschód. Trzy minuty później znów spuścili sonar. I ponownie cisza. O'Malley jeszcze raz przemieścił maszynę. Jeśli kiedykolwiek napiszę piosenkę o tropieniu okrętów podwodnych – pomyślał – zatytułuję ją: "Znowu, znowu i jeszcze raz znowu".

Tym razem jednak sygnał wrócił – tak naprawdę to dwa sygnały.

– Bardzo interesujący kontakt – zauważył na "Reubenie Jamesie" oficer dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych. – Jak daleko do wraka?

– Bardzo blisko – odparł Morris. – Współrzędne prawie się nakładają.

– To może być dźwięk przetłaczanej wody – odezwał się Willy do O'Malleya. – Tak jak poprzednio, bardzo słaby.

Pilot przełączył słuchawki na nasłuch wskazań sonaru. Poszukujesz bardzo cichej jednostki – napomniał się w duchu,

– Może to być też dźwięk silników. Wyciągnij kopułę. Przemieścimy się nieco na wschód i dokonamy pomiarów triangulacyjnych.

Dwie minuty później przetwornik sonaru po raz szósty znalazł się pod wodą. Teraz już w helikopterze kontakt był nanoszony na nakres taktyczny, który mieścił się na tablicy kontrolnej między pierwszym i drugim pilotem.

– Tutaj mamy dwa sygnały – oznajmił Ralston. – W odstępie sześciuset metrów.

– Chyba tak. Przypatrzmy się temu bliżej, Willy.

– Koniec kabla. Gotów do wyciągnięcia, szefie.

– Do góry. Romeo, tu Młot. Widzisz to samo co my?

– Potwierdzam, Młot – odparł Morris. – Sprawdźcie teraz ten drugi sygnał, bardziej na południu.

– Właśnie to robimy. Proszę się nie wyłączać.

O'Malley skupił całą uwagę na prowadzeniu maszyny, która nadlatywała na bliższy kontakt. Zatrzymał śmigłowiec.

– Kopuła w dół.

– Kontakt! – zameldował po minucie podoficer. Zbadał linie dźwiękowe na wykresie i porównał je w myślach z danymi o radzieckich jednostkach podwodnych. – Oceniam ten hałas jako dźwięk silników okrętu podwodnego o napędzie atomowym. Współrzędne: dwa-sześć-jeden.

O'Malley nasłuchiwał namierzonego dźwięku przez pół minuty, po czym uśmiechnął się lekko.

– Tak, to atomowy okręt podwodny! Romeo, tu Młot, prawdopodobnie mamy kontakt z obcą jednostką. Współrzędne względem naszej pozycji: dwa-sześć-dwa. Zaraz się upewnimy.

Dziesięć minut później mieli już precyzyjny namiar. O'Malley skierował śmigłowiec dokładnie na cel.

– To victor – oznajmił sonarzysta na pokładzie fregaty.

– Widzi pan tę linię częstotliwości? To victor, którego silniki pracują na najniższych obrotach.

– Młot – wywołał przez radio Morris. – Tu Romeo. Ma pan jakieś sugestie?

O'Malley oddalił się od miejsca kontaktu, zostawiając marker dymowy. Okręt podwodny, zapewne ze względu na panujące na powierzchni oceanu warunki atmosferyczne, nie wykrył jeszcze ich obecności. A jeśli nawet załoga połapała się w sytuacji, wiedziała, iż najbezpieczniej jest siedzieć cicho. Amerykanie posiadali torpedy samosterujące, które były bezradne wobec spoczywającej na dnie jednostki.

Wystrzelona albo krążyłaby aż do zużycia paliwa, albo uderzyłaby w dno. Mogli wprawdzie próbować sonaru aktywnego, ale to urządzenie na płytkich wodach nie spisywało się najlepiej. A gdyby Iwan w ogóle nie ruszył się z miejsca? Seahawk miał jeszcze paliwa na godzinę. Pilot podjął więc decyzję.

– "Battleaxe", tu Młot. Słyszysz mnie?

– Słyszę, Młot – natychmiast zgłosił się kapitan Perrin. Brytyjska fregata śledziła poszukiwania za pomocą swoich urządzeń.

– Czy macie marki-11?

– Możemy je przygotować za dziesięć minut.

– Czekamy więc. Romeo, czy zezwalasz na atak kierunkowy?

– Wyrażam zgodę – odparł Morris. W tym przypadku była to optymalna forma ataku, lecz kapitan miał trochę za złe O'Malleyowi, że zwrócił się o pomoc do Brytyjczyków, nie do niego. – Możecie użyć broni.

Pilot czekając, zataczał kręgi na wysokości trzystu metrów. Wszystko to było czystym wariactwem. Czy naprawdę w wodzie czaił się Iwan? Czy oczekiwał na przybycie konwoju? Czy był w stanie wykryć obecność helikoptera? Jeśli wykrył jego obecność, to czy czekał teraz, żeby fregata zbliżyła się na tyle blisko, by mógł zaatakować? Operator systemów cały czas obserwował bacznie wskazania sonaru. Czy rosyjska jednostka zmienia pozycję? Trwała bez ruchu. Nie zwiększała obrotów silnika, żadnych mechanicznych dźwięków. Nic, tylko cichy syk reaktora pracującego na małych obrotach; hałas nie do wykrycia nawet z odległości dwóch mil. Nic dziwnego, że tylu tropiących go ludzi nie było w stanie niczego namierzyć. O'Malley podziwiał zimną krew radzieckiego kapitana.