Выбрать главу

– Młot, tu Topór.

O'Malley uśmiechnął się pod nosem. W przeciwieństwie do Amerykanów, Anglicy lubili tworzyć dla swoich helikopterów nazwy nawiązujące do imienia macierzystych okrętów Tak właśnie helikopter HMS "Bezwstydnego" nosił nazwę Ladacznicy, a ten z "Battleaxe", "Siekiery Bojowej" – Topór.

– Przyjąłem, Topór. Gdzie jesteś?

– Dziesięć mil na południe od ciebie. Mam dwie torpedy głębinowe.

O'Malley włączył światła pozycyjne maszyny.

– Wyśmienicie. Czekaj w pogotowiu. Romeo, ty podasz Toporowi namiar radarowy na naszą pławę sonarową, a my zastosujemy hydrolokator i weźmiemy namiar krzyżowy. Słyszysz mnie?

– Słyszę. Masz zgodę – odparł Morris.

– Uzbroić pocisk – odezwał się O'Malley do drugiego pilota.

– Po co?

– Jeśli pierwszy atak nie wyjdzie, założę się, że Ruscy oderwą się od dna niczym łosoś podczas tarła – O'Malley zatoczył śmigłowcem koło i namierzył światła antykolizyjne angielskiego helikoptera Lynx. – Witaj Topór. Mam cię na godzinie dziewiątej. Utrzymuj pozycję. Willy, jakieś zmiany w lokalizacji celu?

– Żadnych, sir. Goguś ma nerwy ze stali.

Odważny jesteś, nieszczęsny skurczybyku – pomyślał O'Malley. Marker dymowy już się dopalał. Pilot zrzucił następny. Sprawdził ponownie wykres taktyczny, przesunął się kilometr na wschód od miejsca kontaktu i zatrzymał maszynę siedemnaście metrów nad powierzchnią wody. Spuścił sonar zanurzany.

– Jest tam. Współrzędne: dwa-sześć-osiem – zaanonsował podoficer.

– Topór, tu Młot. Jesteśmy gotowi do ataku kierunkowego. Bierz namiar od Romea.

Teraz kontrolę, nad brytyjskim helikopterem przejął radar "Reubena Jamesa. Angielska maszyna ruszyła prosto na północ. O'Malley obserwował zbliżającego się lynxa i cały czas uważał, by wiatr nie zepchnął jego śmigłowca z zajmowanej pozycji.

– Uważaj, Topór. Na moje polecenie będziesz zrzucał pociski po kolei.

– Przyjąłem – brytyjski pilot, lecąc z szybkością dziewięciu węzłów, uzbrajał rakiety. O'Malley ustawił swoją maszynę nad błyskającym markerem.

– Pierwsza ognia – Marki Druga ognia – Marki Obie poszły!

Pilot lynxa nie potrzebował zachęty. Gdy tylko drugi pocisk dotknął powierzchni wody, śmigłowiec gwałtownie nabrał wysokości i odleciał na północny wschód. Jednocześnie O'Malley delikatnie wyciągnął przetwornik sonarowy z wody.

Pod wodą rozbłysło dziwaczne światło. Potem drugie. Na powierzchni pojawiła się piana, po czym wystrzeliła fontanną w górę. O'Malley włączył światła lądowania. Woda pełna była szlamu i… ropy? Jak w kinie – pomyślał pilot i zrzucił kolejną pławę sonarową.

Z dna dobiegł łoskot, ale systemy filtrowały go, koncentrując się na dźwiękach o wyższej częstotliwości. Słychać było syk uciekającego powietrza i gwałtowny szum wody. Ktoś na pokładzie podwodnego okrętu mógł czynić ostatni rozpaczliwy wysiłek i próbować za pomocą urządzeń sterujących balastem wypchnąć jednostkę na powierzchnię. Potem dobiegł całkiem inny dźwięk, jak strumień wody lanej na rozpaloną blachę. O'Malleyowi wystarczyła chwila, by pojąć, co to znaczy.

– Co to za dźwięk, szefie? – zapytał przez interkom Willy. – Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem.

– Przedziurawiony reaktor. Słyszysz wodę wdzierającą się do stosu atomowego?

Jezu słodki – pomyślał. – Tak blisko brzegów! W ciągu najbliższych lat nikt już sobie nie ponurkuje do "Andrea Dorii"…

O'Malley uruchomił radio.

– Topór, tu Młot. Odgłosy miażdżonego okrętu. Zniszczony. Czy potwierdzasz trafienie?

– Nasz lis, Młot. Dziękuję za naprowadzenie.

O'Malley roześmiał się.

– Bardzo dobrze, Topór. Jeśli rościsz sobie pretensje do trafienia, będziesz miał również adnotację o skażeniu środowiska.

Na pokładzie lynxa pilot i drugi pilot wymienili spojrzenia.

– O co ci, do diabła, chodzi?

Oba helikoptery zawróciły, zatoczyły koło nad amerykańską i brytyjską fregatą, celebrując w ten sposób zniszczenie atomowego okrętu podwodnego. Była to już druga unieszkodliwiona przez "Battleaxe". "Reuben James" mógł sobie na drzwiach sterowni wymalować połowę sylwetki okrętu podwodnego. Helikoptery wylądowały na macierzystych jednostkach i okręty kontynuowały podróż na zachód, do Nowego Jorku.

Moskwa, RSFRR

Michaił Siergietow rosyjskim zwyczajem objął powracającego z frontu syna i pocałował go w oba policzki. Potem członek Politbiura ujął młodzieńca pod rękę i zaprowadził do czekającego nie opodal ziła. Szofer natychmiast ruszył w kierunku Moskwy.

– Byłeś ranny, Wania?

– Rozciąłem sobie głowę szkłem – wzruszył ramionami Iwan. Ojciec podał mu niewielką szklaneczkę wódki. – Nie piłem od dwóch tygodni.

– Naprawdę?

– Generał surowo tego zabrania – wyjaśnił Iwan.

– To dobry oficer, prawda?

– Dużo lepszy niż myślisz. Widziałem go w akcji na froncie. To bardzo zdolny dowódca.

– Czemu więc nie możemy pokonać Niemców?

Iwan Michajłowicz Siergietow już jako dziecko widział, jak jego ojciec wspina się po szczeblach drabiny hierarchii partyjnej i dochodzi niemal na sam jej szczyt. Często bywał świadkiem przemiany, jaka zachodziła w starym Siergietowie, który nieoczekiwanie z miłego, przystępnego człowieka, stawał się ostrym aparatczykiem.

– Tato, Pakt Atlantycki okazał się dużo lepiej przygotowany do wojny, niż sądziliśmy. Po prostu jakby na nas czekali i ich pierwszy atak, zanim jeszcze przekroczyliśmy w ogóle granicę, był nieprawdopodobny – Iwan wyjaśnił szczegóły operacji "Kraina Marzeń".

– My tu nic o tym nie wiemy. Czy jesteś pewien tego, co mówisz?

– Widziałem niektóre mosty. Te właśnie samoloty dokonały nalotu na makiety punktu dowodzenia pod Stendal. Bomby spadły, nim ktokolwiek z nas zorientował się, że w ogóle nadleciały jakiekolwiek maszyny. Gdyby mieli lepszy wywiad, już by mnie tu nie było.

– Są tacy silni w powietrzu?

– To ich najmocniejsza strona. Obserwowałem atak amerykańskich myśliwców nurkujących na kolumnę czołgów. Przeszły niczym kombajn po polu pszenicy. Coś strasznego.

– A nasze rakiety?

– Obsługi naszych wyrzutni odbywały ćwiczenia raz czy dwa razy do roku, strzelając do celów, które nadlatywały wprost z kierunku, gdzie każdy się ich spodziewał. Myśliwce NATO lecą między drzewami. Gdyby pociski przeciwlotnicze działały tak, jak twierdzą ich twórcy z obu stron, żadna maszyna nie miałaby szans. Ale najgorsze straty powodują ich rakiety przeciwczołgowe; wiesz, podobne do tych, które i my mamy. Są niebywale skuteczne. – Młody człowiek rozłożył ręce. – Trzech ludzi w samochodzie: kierowca, ładowniczy i kanonier. Chowają się między drzewami przy szosie i czekają. Kiedy pojawia się nasza kolumna, oddają salwę mniej więcej z odległości… powiedzmy dwóch kilometrów. Wyszkolili się w niszczeniu czołgów dowódców, które łatwo rozpoznają po antenie radiowej. Strzelają raz, potem niszczą drugi czołg i, zanim zareagujemy, znikają. Pięć minut później historia się powtarza w innym miejscu. To właśnie nas niszczy – zakończył młody człowiek, powtarzając słowa dowódcy.