– Twierdzisz więc, że przegrywamy?
– Nie. Twierdzę tylko, że nie potrafimy odnieść zwycięstwa – odparł Iwan. – Ale wychodzi na jedno.
Przekazał z kolei prośbę Aleksiejewa. Jego ojciec rozparł się w wybitym skórą siedzeniu.
– Przewidziałem to. Ostrzegałem ich. Wania, to głupcy!
Iwan wskazał głową na kierowcę. Jego ojciec roześmiał się tylko i wykonał lekceważący ruch ręką. Witali służył u niego od ładnych paru lat. Córka szofera dzięki poparciu ministra zdobyła już tytuł doktora. Syn, podczas gdy większość młodych mężczyzn powołano pod broń, studiował bezpiecznie na uniwersytecie.
– Zużycie ropy jest o dwadzieścia pięć procent wyższe od założeń mojego ministerstwa; o czterdzieści od przewidywań Ministerstwa Obrony. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, że lotnictwo NATO może wymacać nasze ukryte magazyny paliw. Obecnie moi ludzie od początku szacują narodowe zasoby. Wstępny raport powinien być gotowy dziś po południu. Sam popatrz, Wania. Rozejrzyj się.
W zasięgu wzroku na ulicach nie było widać żadnych pojazdów, nawet ciężarówek. Miasto, które nigdy nie tętniło zbytnio życiem, nawet jak na rosyjskie warunki, sprawiało wrażenie wymarłego. Opustoszałymi ulicami podążali przechodnie nie patrząc przed siebie, nie rozglądając się na boki. Tylu ludzi odeszło – uświadomił sobie naraz Iwan.
– Tak wielu nie wróci. Jak zwykle ojciec zdawał się czytać w myślach syna.
– Jakie są straty?
– Ogromne. O wiele, wiele wyższe od przewidywanych. Nie znam dokładnych liczb; jestem w wywiadzie, nie w administracji. Ale straty mamy olbrzymie.
– To był wielki błąd, Wania – odrzekł cicho minister.
Ale Partia przecież zawsze ma rację – pomyślał. – Ile lat w to wierzyłeś?
– Na razie nic się nie da zrobić, tato. Potrzebujemy danych o uzupełnieniach sił Paktu Atlantyckiego. Docierające na front informacje są… zbyt wygładzone. Potrzebujemy dokładnych danych. Na ich podstawie dopiero możemy przeprowadzić odpowiednie kalkulacje.
Na froncie – pomyślał Michaił. Jego gniew nie był w stanie jednak pokonać dumy na myśl, kim wreszcie stał się jego syn. Zbyt często żywił obawy, iż zrobi się z niego jeszcze jeden młody prominent z partyjnej rodziny. Aleksiejew nie należał do ludzi, którzy lekką ręką rozdają awanse. Ze swych prywatnych źródeł Siergietow dowiedział się, że Iwan wielokrotnie towarzyszył generałowi w wyprawach na pierwszą linię frontu. Chłopiec stał się mężczyzną. Szkoda tylko, że stało się to z powodu wojny.
– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział.
Rów Svyataya Anna stanowił ostatni odcinek głębokiej wody. Procesja okrętów podwodnych zatrzymała się prawie w miejscu, kiedy dotarła do granicy pływającego lodu. Kapitanowie spodziewali się spotkać tu dwie przyjazne jednostki, choć określenie "przyjazne" niezbyt współgrało z operacjami bojowymi. Amerykańskie okręty zajęły swe stanowiska. McCafferty sprawdził czas i lokalizację. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Zadziwiające – pomyślał.
Nie lubił pływać w pierwszej linii. Gdyby skraj paka patrolował jakiś Rosjanin… kapitan wiedział, że padłby pierwszy strzał. Pytanie tylko, on czy Rosjanin?
– Dowodzenie, tu sonar. Łapię pewne mechaniczne dźwięki na współrzędnych jeden-dziewięć-jeden.
– Pozycja się zmienia?
– Dopiero co namierzyłem. Jak dotąd – nie.
McCafferty odwrócił się do dyżurnego mata elektryka i poprosił o uruchomienie gertrudy, telefonu hydrolokacyjnego, tyleż przestarzałego, co skutecznego. Jedynymi dźwiękami, jakie usłyszał, były dobiegające od paka lodowego syki i trzaski. Za plecami dowódcy pierwszy oficer wraz z zespołem ogniowym programował torpedy na kolejny cel. Z głośnika dobiegło parę zniekształconych słów. McCafferty chwycił słuchawkę gertrudy i nacisnął guzik transmisji.
– Zulu, X-Ray.
Po kilku sekundach dobiegła niewyraźna odpowiedź:
– Hotel Bravo.
To zgłaszał się HMS "Sceptre".
McCafferty dyskretnie wziął głęboki oddech. Nikt ze zgromadzonych w centrali bojowej tego nie spostrzegł; każdy też oddychał głęboko.
– Jedna trzecia naprzód – polecił kapitan. Po dziesięciu minutach znalazł się w zasięgu radiowym gertrudy i "Chicago" zatrzymał się.
– Witam na rosyjskim podwórku, staruszku. Lekkazmiana planów. Graniczny Klucz – była to nazwa kodowa HMS "Superb" – znajduje się na południu, w odległości dwudziestu mil i sprawdza waszą dalszą drogę. Od trzydziestu godzin nie napotkaliśmy śladu przeciwnika. Wybrzeże czyste. Dobrych łowów!
– Dzięki, Klucz do Kłódki. Wszyscy już tu są – McCafferty odwiesił słuchawkę. – Panowie, przystępujemy do wypełnienia zadania. Dwie trzecie naprzód!
Atomowy okręt podwodny zwiększył prędkość do dwunastu węzłów i wziął kurs jeden-dziewięć-siedem. HMS "Sceptre" policzył mijające go jednostki, po czym wrócił na swoją pozycję i podjął patrolowanie skraju paka lodowego.
– Powodzenia, chłopcy – westchnął kapitan.
– Wszystko powinno się udać.
– Nie tym się martwię, Jimmy – zwrócił się kapitan po imieniu do pierwszego oficera brytyjskiego okrętu. – Problem stanowi droga powrotna.
– Teleks do pana, komandorze – powiedział sierżant RAF-u, wręczając Tolandowi wydruk.
– Dziękuję.
Bob przeczytał depeszę.
– Opuszcza nas pan? – zapytał kapitan Mallory.
– Mam lecieć do Northwood. To tuż pod Londynem, prawda?
Mallory skinął głową.
– Łatwo tam trafić.
– To bardzo dobrze. Tu jest napisane: natychmiast.
W Anglii bywał wielokrotnie, wysyłany do mieszczącej się pod Chaltenham kwatery głównej brytyjskiej łączności rządowej, z którą Amerykanie utrzymywali stały kontakt. Tak się zawsze składało, że przylatywał tu nocą. Teraz też była noc i coś nie w porządku. Coś oczywistego… Zaciemnienie. Na dole widział bardzo niewiele świateł. Czy powodowały to wymyślne urządzenia nawigacyjne samolotu, czy też stanowiło to po prostu psychologiczny chwyt, aby przypomnieć ludziom, co się naprawdę na świecie dzieje? Ale telewizja przecież, w której część programów szła "na żywo" z linii frontu, w wystarczającym chyba stopniu ludziom to uświadamiała. Jak większość osób w mundurach, Toland nie miał czasu ogarniać myślą całości. Koncentrował się wyłącznie na przeznaczonym sobie wycinku. Wydawało mu się, że to samo dotyczy Eda Morrisa i Dannyego McCafferty'ego. Uprzytomnił sobie nieoczekiwanie, że pomyślał o nich po raz pierwszy od tygodnia. Co robią? Z pewnością zagrażało im większe niebezpieczeństwo niż jemu; swoje przejścia na "Nimitzu" z drugiego dnia wojny zapamięta dobrze do końca życia. Toland nie wiedział jeszcze, że rutynową depeszą teleksową, jaką był wysłał przed tygodniem, po raz drugi w tym roku wpłynął bezpośrednio na losy przyjaciół.
Samolot pasażerski Boeing 737 wylądował dziesięć minut później. Na pokładzie znajdowało się tylko dwadzieścia osób, prawie wszystkie w mundurach. Na Tolanda czekał już samochód z szoferem. Natychmiast ruszyli do Northwood.
– Komandor Toland, tak? – spytał porucznik królewskiej marynarki. -Proszę za mną, sir. Pragnie pana widzieć dowódca floty na Wschodnim Atlantyku.
Admirał Sir Charles Beattie stał przed olbrzymią mapą Wschodniego i Północnego Atlantyku i ssał wygasłą fajkę,
– Sir, melduje się komandor Toland.
– Dziękuję – odparł admirał, nie odwracając nawet głowy. – Kawę i herbatę znajdzie pan w kącie, komandorze.