Toland miał ochotę na herbatę. Pijał ją tylko podczas pobytów w Anglii i od kilku tygodni zastanawiał się, czemu nie robi tego również u siebie w domu.
– Pańskie tomcaty w Szkocji świetnie się sprawiły – powiedział Beattie.
– To dzięki radarom, sir. Ponad połowy strąceń dokonały samoloty RAF-u.
– W ubiegłym tygodniu przesłał pan do naszego wydziału operacji powietrznych wiadomość, że pańskie toccaty są w stanie namierzyć wizualnie backfire'y z bardzo daleka.
Toland chwilę grzebał w pamięci.
– Ach, tak. To system wideokamer, admirale. Potrafią zlokalizować samolot rozmiarów myśliwca z odległości ponad trzydziestu mil. W sprzyjających warunkach atmosferycznych tak wielkie maszyny jak backfire'y mogą "zobaczyć" nawet z pięćdziesięciu.
– Podczas gdy backfire'y jeszcze o tym nie wiedzą?
– Dokładnie tak, sir,
– Jak daleko mogą ścigać te backfire'y?
– To pytanie powinien pan zadać pilotom. Przy wsparciu tankowców powietrznych moje myśliwce mogą przebywać w powietrzu prawie cztery godziny; dwie w jedną stronę i dwie z powrotem. Znaczy to, że są w stanie towarzyszyć Rosjanom prawie do ich baz.
Beattie po raz pierwszy popatrzył na Tolanda. Sir Charles był w przeszłości pilotem, jak również ostatnim dowódcą ostatniego prawdziwego lotniskowca Wielkiej Brytanii, staruszka "Ark Royal".
– Co pan wie o lotniskach Iwana?
– Chodzi panu o te dla backfire'ów? Dysponuje czterema w rejonie Kirowska. Zakładam, że posiada już pan zdjęcia satelitarne tych okolic, sir.
– Tutaj są – Beattie wręczył Tolandowi teczkę.
Wszystko to jakieś nieprawdopodobne – pomyślał Bob. Czterogwiazdkowy admirał nie marnuje czasu na pogwarki ze świeżo upieczonym komandorem, jeśli ma inne sprawy na głowie. A Beattie miał kłopotów co niemiara. Toland otworzył teczkę.
– Aha – mruknął, oglądając zestaw zdjęć przedstawiających lotnisko w Umboziero na wschód od Kirowska. Na czas przelotu satelity Rosjanie postawili zasłonę dymną i pasy startowe spowijały kłęby czarnego tumanu. Z kolei zdjęcia robione w podczerwieni zniekształcone zostały flarami. – No cóż, widać tu chyba wzmocnione hangary i jakieś trzy maszyny. Pozostałe widocznie gdzieś poleciały.
– Zgadza się. Bardzo dobrze, komandorze. Trzy godziny przed pojawieniem się satelity backfire'y taktyczne opuściły lotnisko.
– O, i ciężarówki… cysterny? – Admirał przytaknął skinieniem głowy. – Czy samoloty tankują natychmiast po powrocie z akcji?
– Chyba tak. Potem dopiero kierują je do hangarów. Nie chcą tankować w środku i wcale się temu nie dziwię. W ubiegłych latach Iwan niejednokrotnie doświadczył przypadkowych eksplozji.
Toland skinął głową. Pamiętał wybuch, jaki nastąpił w magazynach broni Rosyjskiej Floty Północnej w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym.
– To wspaniała myśl, by zniszczyć je w chwilę po tym, jak wylądują. Ale nie dysponujemy samolotami taktycznymi o tak dalekim zasięgu. Mogłyby tego ewentualnie dokonać B-52, lecz za straszną cenę. Przekonaliśmy się o tym w Islandii.
– Ale tomcaty mogą je ścigać prawie do ich baz. Czy byłby pan w stanie wyliczyć dokładny czas lądowania rosyjskich maszyn? – napierał Sir Charles.
Toland popatrzył na mapę. Backfire'y wrócą pod osłoną myśliwców trzydzieści minut przed dotarciem do bazy.
– Z dokładnością do kwadransa… chyba tak, admirale. Myślę, że należy tego spróbować. Ciekaw jestem, ile czasu zajmie tankowanie backfire'ów.
Toland zauważył, że admirał nad czymś intensywnie rozmyśla. Mówił o tym dobitnie wyraz jego błękitnych oczu.
– Komandorze, moi oficerowie operacyjni zapoznają pana z czymś, co nosi nazwę "Operacja Doolittle" Prowadzi ją jeden z najbystrzejszych ludzi z waszej marynarki. Na razie jest to wiadomość wyłącznie dla pańskich uszu. Proszę stawić się u mnie za godzinę. Pragnąłbym usłyszeć pański pogląd na to, jak usprawnić jeszcze podstawową koncepcję operacji.
– Tak jest, sir.
Stali w nowojorskim porcie. O'Malley w pomieszczeniach oficerskich kończył właśnie sporządzać raport o zniszczeniu radzieckiego okrętu podwodnego, kiedy odezwał się umieszczony na lewej grodzi telefon. Oficer rozejrzał się i zobaczył, że jest sam, co znaczyło, iż to on musi podnieść słuchawkę.
– Tu kwatera oficerska. Komandor-porucznik O'Malley.
– Tu "Battleaxe". Czy mogę rozmawiać z waszym dowódcą?
– Właśnie śpi. Czy to bardzo ważne? Może ja w czymś pomogę?
– Nasz kapitan prosi go na kolację. Za pół godziny. Zaprasza też waszego pierwszego oficera i pilota śmigłowca.
Lotnik roześmiał się.
– Pierwszy oficer jest na plaży, ale pilot, jeśli tylko okręt Jej Królewskiej Mości podtrzymuje zaproszenie, jest do dyspozycji.
– Naturalnie, komandorze.
– W takim razie idę budzić kapitana. Oddzwonię za kilka minut – O'Malley ruszył do drzwi, gdzie zderzył się z Willym.
– Przepraszam, sir. Czy mamy ładować torpedy?
– Idę właśnie do kapitana – odparł O'Malley. Willy poskarżył się, iż ostatnim razem załadunek przebiegał zbyt wolno. Pilot wręczył podoficerowi ukończony raport. – Proszę zanieść to do kancelarii okrętu. Niech przepiszą na maszynie.
O'Malley odnalazł kajutę kapitańską. Nad jej drzwiami paliło się światełko "nie przeszkadzać". Lotnik zapukał, wszedł do środka i stanął zdumiony.
– Czy nie widzisz tego? – dobiegł go zduszony głos kapitana.
Morris leżał na plecach i kurczowo zaciskał palce na kocu. Twarz miał zlaną potem i oddychał ciężko, jakby właśnie ukończył maraton.
– Jezu słodki! – W pierwszej chwili O'Malley nie wiedział co zrobić. Nie znał przecież prawie wcale tego człowieka.
– Popatrz tylko! – zawołał głośno kapitan.
Jeśli krzyk ten usłyszał ktoś przechodzący korytarzem, pomyślał zapewne, że jego dowódca… pilot musiał jakoś zareagować.
– Kapitanie, zbudź się – Jerry chwycił Morrisa za ramiona i podniósł go do pozycji siedzącej.
– Czy nie widzisz tego? – znów wrzasnął nie rozbudzony jeszcze kapitan.
– Spokojnie, kolego. Jesteśmy bezpieczni w nowojorskim porcie. Okrętowi nic nie zagraża. Wstawaj, kapitanie. Wszystko w porządku.
Morris chyba z dziesięć razy zamrugał oczyma. Kilkanaście centymetrów nad sobą ujrzał twarz O'Malleya.
– Co się dzieje?
– Dobrze, że przyszedłem. Z panem już wszystko w porządku? – pilot zapalił papierosa i podał go Morrisowi.
Ten odmówił. Wstał, podszedł do umywalki i nalał sobie wody do kubka.
– Miałem okropny sen. Co pan robi w mojej kajucie?
– Za pół godziny mamy iść do sąsiadów na kolację… Sądzę, że chcą nam podziękować za podprowadzenie tego victora. Prosiłbym też, by pańska załoga uzbroiła helikopter w torpedy. Mój podoficer skarżył się, że ostatnim razem za długo to trwało.
– Kiedy mają zacząć?
– Jak tylko zapadnie zmrok, kapitanie. Niech się uczą robić to w trudnych warunkach.
– W porządku. Kolacja za pół godziny?
– Tak, sir. Na pewno sobie popijemy.
Morris uśmiechnął się, ale bez zbytniego entuzjazmu.
– Chyba sobie popijemy. Muszę się umyć. Do zobaczenia w mesie. Czy to spotkanie oficjalne?
– Nic nie wspominali. Nie będzie panu przeszkadzać, jeśli pójdę w tym ubraniu?
O'Malley miał na sobie mundur, w którym latał. Bez tylu kieszeni czułby się nieswojo.
– Za dwadzieścia minut.
Lotnik wrócił do swej kabiny i wyglansował buty. Mundur był nowy i pilot doszedł do przekonania, że wygląda w nim wystarczająco elegancko. Niepokoił go Morris. Ten człowiek mógł się kompletnie rozkleić, a na to dowódca prowadzący okręt do boju nie mógł sobie pozwolić. W tym właśnie tkwił problem. Bo poza tym – myślał O'Malley – kapitan to bardzo fajny gość.