Kiedy ponownie spotkali się w mesie, Morris wyglądał już lepiej. Zadziwiające, ile może zdziałać zwykły prysznic. Kapitan miał gładko uczesane włosy i wyprasowany mundur. Dwójka oficerów przeszła na rufę, minęła helikopter i po trapie zeszła na ląd.
HMS "Battleaxe" pozornie wyglądał na okręt większy niż fregata amerykańska. Choć w rzeczywistości był o cztery metry krótszy, to ważył siedemset ton więcej i znacznie różnił się wyglądem od "Reubena Jamesa". Z całą pewnością miał bardziej wdzięczny kształt niż jego amerykański kolega. Posiadał smuklejszy kadłub i bardziej strzelistą nadbudówkę. Morris cieszył się, iż kolacja nie będzie przyjęciem oficjalnym. U stóp trapu przywitał ich młody marynarz i zaprowadził na pokład. Wyjaśnił, że kapitan w tej chwili rozmawia przez radio. Kiedy mężczyźni oddali zwyczajowe honory banderze i oficerowi wachtowemu, marynarz poprowadził ich przez klimatyzowane wnętrza do mesy oficerskiej.
– O cholera, mają nawet pianino! – wykrzyknął O'Malley, wskazując otwarty instrument przymocowany do lewej grodzi pięciocentymetrowej grubości linką. Od stołu wstało kilku oficerów. Nastąpiła wzajemna prezentacja.
– Czego się panowie napijecie? – spytał steward.
O'Malley wziął puszkę piwa i niezwłocznie ruszył do instrumentu. Minutę później brawurowo grał standardy Scotta Joplina. Drzwi mesy otworzyły się.
– Jerr-O! – wykrzyknął mężczyzna z czterema paskami na mankietach munduru.
– Doug! – O'Malley zeskoczył z taboretu i zaczął potrząsać wyciągniętą w swoją stronę dłonią. – Do licha, to ty?
– Poznałem twój głos w radiu, Młocie. Marynarka amerykańska szukała doświadczonych pilotów i wygrzebała ciebie, tak?
Obaj mężczyźni roześmiali się głośno. O'Malley przywołał kapitana gestem ręki.
– Kapitan Ed Morris, a to kapitan Doug Perrin z marynarki brytyjskiej, kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego i wielu innych odznaczeń. Niech pan popatrzy, kapitanie, na tego kurczaczka. Dowodził okrętami podwodnymi, kiedy jeszcze nie umiał chodzić.
– Widzę, że się panowie znacie.
– Jakiś idiota posłał go na HMS "Dryad" z wykładem na temat zwalczania okrętów podwodnych, kiedy przechodziłem tam szkolenie dla zaawansowanych. Znamy się chyba od stu lat.
– Czy Lis i młot są znów razem? – spytał O'Malley. – Kapitanie, kilometr od naszego miejsca znajdował się taki jeden bar i pewnej nocy z Dougiem…
– Nie wspominaj tamtej nocy, Jerr-O. Susan całymi tygodniami suszyła mu łeb. – Przeszli do barku, gdzie Perrin nalał sobie drinka. – Z tym victorem poszło nam znakomicie! Kapitanie Morris, słyszałem, że dowodząc swym poprzednim okrętem odniósł pan duże sukcesy.
– Jeden charlie i dwie połówki.
– Kiedy płynęliśmy z ostatnim konwojem, trafiliśmy na echo. Stary typ, ale doskonale dowodzony. Zajęło to nam sześć godzin. Ale dwa inne okręty o napędzie klasycznym – zapewne tanga – wdarły się w obręb konwoju i zatopiły pięć statków oraz jednostkę eskortową. Któryś z nich dostał, chyba "Diomede", ale nie jesteśmy tego pewni.
– Echo szedł za wami? – spytał Morris.
– Najprawdopodobniej – odrzekł Perrin. – Okazuje się, że Iwan z rozmysłem atakuje eskortę. Podczas ostatniego nalotu backfire'ów Rosjanie wystrzelili w nas dwie rakiety. Jedna przepadła w chmurze aluminiowych pasków, a drugą na szczęście przechwycił nasz sea wolf. Niestety pocisk eksplodował tak blisko rufy, że odciął holowaną antenę sonarową i pozostał nam tylko hydrolokator typu 2016.
– I dlatego macie pełnić rolę naszej śrutówki?
– Na to wygląda.
Kapitanowie pogrążyli się w rozważaniach na temat polowania na rosyjskie okręty podwodne. O'Malley odnalazł pilota brytyjskiego śmigłowca i zaczął z nim rozmawiać, grając przy tym na pianinie, podczas gdy załoga nakrywała stoły. Najwidoczniej w marynarce królewskiej obowiązywała zasada, by oficerów z marynarki amerykańskiej przyjmować wcześnie, potem częstować alkoholem, a o sprawach zawodowych mówić na samym końcu.
Kolacja była wyśmienita, lecz niezupełnie odpowiadała amerykańskim gustom. O'Malley uważnie wysłuchał relacji swego kapitana o tym, jak ten utracił "Pharrisa", o zastosowanej przez Rosjan taktyce i o tym, jak Morris nie zdołał precyzyjnie namierzyć przeciwnika. Pilot odnosił wrażenie, że dowódca opowiada nie o utracie okrętu, lecz o śmierci własnego dziecka.
– W takiej sytuacji trudno stwierdzić, co należałoby robić inaczej – pocieszał Doug Perrin. – Victor to trudny przeciwnik, a ponadto musiał dobrze obliczyć moment, kiedy pański okręt wyjdzie ze sprintu.
Morris potrząsnął głową.
– Nie, zwolniliśmy daleko od niego, co z całą pewnością pomieszało mu wyliczenia. Ale gdybym to wszystko wykonał lepiej, moi ludzie by żyli. Byłem kapitanem. Popełniłem błąd.
– Wie pan, służyłem i na okrętach podwodnych – powiedział Perrin. – Miał nad wami przewagę, bo tropił was od dłuższego czasu.
Popatrzył przeciągle na O'Malleya.
Kolacja skończyła się o dwudziestej. Na następny dzień po południu zaplanowano odprawę dowódców okrętów eskortowych. O zachodzie słońca konwój miał ruszyć w drogę.
Kiedy O'Malley i Morris zeszli już z okrętu, pilot zatrzymał się.
– Zapomniałem czapki. Za sekundę wracam – powiedział i pobiegł z powrotem do mesy. Czekał tam już kapitan Perrin.
– Doug, i co o nim myślisz?
– W takim stanie nie powinien wracać na morze. Wybacz, Jerry, ale naprawdę tak uważam.
– Masz rację. Zastosuję jeszcze jeden chwyt.
O'Malley dokonał niewielkiego zakupu i dwie minuty później dołączył do Morrisa.
– Kapitanie, czy musi pan od razu wracać na okręt? – spytał cicho. – Chciałbym o czymś porozmawiać, niezręcznie mi to robić na pokładzie. To sprawa osobista. Zgoda?
Pilot sprawiał wrażenie bardzo zakłopotanego.
– Możemy się trochę przejść – wyraził zgodę Morris.
Dwaj oficerowie skierowali się ku wschodniej części portu. O'Malley dostrzegł w pewnej chwili szyld baru, którego okna wychodziły na wodę. Przed wejściem kręciło się kilku marynarzy.
Poprowadził kapitana w tamtą stronę. Kiedy znaleźli ustronny stolik, O'Malley skinął na barmankę.
– Dwie szklanki proszę – powiedział, rozpinając suwak kieszeni na udzie, z której wyciągnął flaszkę irlandzkiej whisky "Black Bush".
– Jak chcecie tu pić, to musicie tutaj kupić.
O'Malley wręczył jej dwa dwudziestodolarowe banknoty i powiedział nie znoszącym sprzeciwu tonem:
– Poproszę dwie szklanki z lodem. A potem niech nas pani zostawi samych.
Obsłużyła ich błyskawicznie.
– Przeglądałem dziś po południu swój dziennik pokładowy – powiedział O'Malley kiedy przełknął pierwszy łyk trunku. – Cztery tysiące trzysta sześćdziesiąt godzin w powietrzu. Razem z ostatnią nocą, trzysta jedenaście godzin spędzonych w akcjach bojowych.
– Wietnam. Mówił pan, że pan tam walczył – Morris pociągnął ze swojej szklanki.
– Ostatni dzień, ostatnie zadanie. Poszukiwałem pilota A.-7 zestrzelonego trzydzieści kilometrów na południe od Hajfongu – tej historii pilot nie opowiedział nawet własnej żonie. – Ujrzałem błysk, ale go zlekceważyłem. To był błąd. Myślałem po prostu, że to refleks w szybie jakiegoś domu, może w wodzie potoku lub jeszcze coś innego. Poleciałem dalej. Okazało się, że było to światło odbite w celowniku lub lornetce. Minutę później trafił w nas pocisk ze stumilimetrowego działa przeciwlotniczego. Helikopter zaczął spadać, wyrównałem jakoś lot i próbowałem lądować. Płonęliśmy. Patrzę w lewo – drugi pilot rozerwany. Miałem na kolanach jego mózg. Z tyłu siedział szef trzeciej klasy imieniem Ricky. Obejrzałem się. Miał urwane obie nogi. Chyba jeszcze żył, ale nic nie mogłem zrobić; w naszą stronę już biegły trzy osoby. Po prostu uciekłem. Może mnie nie dostrzegły, a może wcale ich nie interesowałem. Dwanaście godzin później znalazł mnie inny helikopter. – Lotnik nalał sobie kolejnego drinka i uzupełnił szklankę Morrisa.