Выбрать главу

– Pozwoli pan, bym pił samotnie?

– Mnie już wystarczy.

– Nie, nie wystarczy. Mnie też mało. Upłynął cały rok, nim się z tego otrząsnąłem. Pan nie ma roku. Pan ma tylko tę jedną noc. Musimy o tym porozmawiać, kapitanie. Wiem, myśli pan, że nie jest z panem dobrze. Otóż będzie jeszcze gorzej.

Pociągnął ze szklanki. Ostatecznie pijemy bardzo dobry alkohol – pomyślał O'Malley. Obserwował Morrisa. Ten przez pięć minut milczał, pociągał ze szklanki i zastanawiał się, czy nie powinien po prostu wstać i bez słowa wrócić na okręt. Dumny kapitan. Jak wszyscy kapitanowie skazany na samotność. Ale Morris był dużo bardziej samotny niż reszta. Obawia się, że mam rację – stwierdził w myślach O'Malley. – Obawia się, że będzie jeszcze gorzej. Och, stary! Gdybyś tylko wiedział!

– No – odezwał się cicho pilot. – Przeanalizujmy wszystko po kolei.

– Pan już to za mnie zrobił.

– Jestem gadułą. Ale pan, Ed, robi to przez sen. Proszę więc uczynić to świadomie.

Kapitan zaczął powoli opowiadać. O'Malley wypytywał o wszystko. O warunki pogodowe, o kurs okrętu, o jego szybkość. O to, jakie urządzenia działały. Po godzinie opróżnili trzy czwarte butelki. Kiedy dotarli w końcu do torped, głos Morrisa zaczął się łamać.

– Nie mogłem już nic więcej zrobić! Te kurwy szły na nas. Mieliśmy tylko jedną nixie. Odciągnęła jeden z rosyjskich pocisków. Próbowałem manewrować, ale…

– Miałeś do czynienia z torpedą samosterującą. Przed taką ani nie uciekniesz, ani nie zmylisz jej manewrem.

– Ale nie wolno mi było dopuścić…

– Ach, pieprzysz! – pilot napełnił szklanki. – Myślisz, że tylko ty straciłeś swą łajbę? Grałeś kiedyś w piłkę, Ed? Są dwie strony i każda chce wygrać. Myślisz, że rosyjski kapitan powinien wystawić ci się na strzał i wołać: "Zatop mnie! Zatop mnie!" Chyba jesteś głupszy, niż myślałem.

– Ale moi ludzie…

– Paru zginęło, lecz większości nic się nie stało. Żałuję tych, którzy polegli. Ale żałuję też śmierci Ricky'ego. Nie miał nawet dziewiętnastu lat. Ale to nie ja go zabiłem. I ty też nie zabiłeś swoich ludzi. Uratowałeś okręt. Doprowadziłeś go do portu. Przywiozłeś prawie całą załogę.

Morris jednym haustem opróżnił szklankę. Jerry, nie przejmując się już brakiem lodu, ponownie ją napełnił.

– To był mój obowiązek. Posłuchaj, kiedy wróciłem do Norfolk, odwiedziłem… myślałem, że muszę odwiedzić ich rodziny. Jestem kapitanem. Miałem… tam była mała dziewczynka… Jezu, O'Malley, o czym ty w ogóle mówisz?

Jerry zauważył, że kapitan ma prawie łzy w oczach.

– O tym w książkach nie piszą – zgodził się pilot.

A myślisz, że to by coś dało? – dodał w myślach.

– Śliczna dziewczynka. Co można powiedzieć takiemu dziecku? – teraz już po policzkach Morrisa płynęły łzy. Rozmawiali blisko dwie godziny.

– Powiesz małej dziewczynce, Ed, że jej tata był świetnym człowiekiem i zrobił wszystko, co mógł, i ty też zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy. Nic więcej nie dało się już zrobić. Uczyniłeś wszystko, co należało, ale czasami tak już bywa, że to nie wystarcza.

O'Malley nie pierwszy raz trzymał w ramionach płaczącego mężczyznę. Pamiętał, że on też wypłakiwał się innym w klapę marynarki. Ale to życie parszywe – pomyślał. – Doprowadzić do takiego stanu człowieka tego pokroju.

Kapitan po kilku minutach opanował się i dokończyli butelkę. Obaj byli kompletnie pijani. O'Malley pomógł wstać dowódcy i ruszyli w stronę drzwi.

– Marynarka ma problemy? – spytał stojący samotnie przy barze marynarz z floty handlowej. Powiedział to w najmniej odpowiednim momencie.

Pod grubą kurtką lotniczą nie widać było, że O'Malley jest potężnie zbudowanym mężczyzną. Podtrzymując lewą ręką Morrisa, prawą chwycił marynarza za gardło i oderwał od baru.

– Nie podoba ci się mój przyjaciel, szczylu? – wzmocnił uścisk.

– Powiedziałem tylko, że nieco za dużo wypił – wychrypiał ostatkiem tchu marynarz.

– W takim razie, dobranoc – O'Malley rozluźnił chwyt.

Manewrowanie kapitanem w drodze na okręt nastręczało wiele trudności. Częściowo dlatego, że sam O'Malley był urżnięty, ale głównie dlatego, że Morris zasypiał. Stanowiło to wprawdzie część planu pilota, ale Młot też trochę przesadził. Trap wydawał się być przeraźliwie stromy.

– Jakieś kłopoty?

– Dobry wieczór, szefie.

– Dobry wieczór, komandorze. Czy jest z panem kapitan?

– Niebawem zacznie sobie pomagać rękami.

– Widzę, że pan nie żartuje.

Szef zbiegł po schodni i pomógł wtransportować kapitana na pokład. Wielki problem stanowiła drabinka wiodąca do jego kajuty. Tutaj do pomocy włączył się kolejny marynarz.

– Cholera, wie jak chwycić się szczebla – mruknął.

– Trzeba też marynarza, aby go od niego oderwać – przyznał główny szef.

We trójkę jakoś wwindowali Morrisa na górę. Potem O'Malley zaniósł go do kajuty i rzucił na koję. Kapitan spał już jak zabity, a lotnik miał nadzieję, że koszmar nie wróci. Ale jego koszmar nieustannie wracał.

Northwood, Anglia

– I co, komandorze?

– Myślę, sir, że plan może się udać. Prawie wszystkie jednostki są już na miejscu.

– Pierwotny plan miał mniejsze szansę powodzenia. Oczywiście, z pewnością ściągną na siebie uwagę, ale to jedyny sposób, by mocno zredukować siły Rosjan.

Toland popatrzył na mapę.

– Nie ustaliliśmy jeszcze czasu, ale sam plan nie różni się specjalnie od planu ataku, który przeprowadziliśmy na tankowce powietrzne. Podoba mi się ten pomysł, sir. A z tymi kilkoma problemami sobie poradzimy. Co z konwojami?

– W porcie nowojorskim czeka już osiemdziesiąt statków. Wypłyną za dwadzieścia cztery godziny. Potężna eskorta, wsparcie lotniskowców, a nawet nowy krążownik z systemem Aegis. Następnym krokiem oczywiście będzie… – ciągnął Beattie.

– Tak jest, sir. A klucz do tego wszystkiego stanowi "Doolittle".

– Właśnie. Proszę teraz wracać do Stornoway. Wyślę tam też jednego z moich ludzi z wydziału operacyjnego. Będziemy pana informować o wszystkim na bieżąco. I proszę nie rozmawiać o tym z nikim nie związanym bezpośrednio z tą operacją.

– Rozumiem, sir.

– Zatem do zobaczenia.

PRZESZPIEGI

USS "Reuben James"

Godzina siódma rano stanowiła dla Jerry'ego O'Malleya porę zdecydowanie zbyt wczesną. W dwuosobowej kajucie, którą dzielił z drugim lotnikiem, pilot zajmował niższą koję. Tego ranka pierwszą świadomą czynnością, jaką wykonał O'Malley, było zażycie trzech aspiryn. To śmieszne – pomyślał. – "Młot". – Czuł go właśnie we własnej głowie. Nie – poprawił się po chwili, to nie młot, a automatyczne impulsy ultradźwiękowe sonaru. Odczekał dziesięć minut, aż lekarstwo zacznie działać, a następnie powlókł się do łazienki pod prysznic. Zimna, a potem gorąca woda postawiła go na nogi.

W zapełnionej ludźmi mesie oficerskiej panowała cisza. Oficerowie grupowali się według wieku i prowadzili półgłosem rozmowy. Młodzi, którzy nie poznali jeszcze prawdziwej walki – gdy minęło pierwsze uniesienie sprzed kilku tygodni, kiedy opuszczali San Diego – spoglądali teraz na wszystko dużo trzeźwiej. Jednostki tonęły. Ginęli ludzie, których znali. Dla tych dzieciaków strach był rzeczą dużo bardziej egzotyczną niż technologia, jakiej zostali wyuczeni. Albo się z nim oswoją, albo nie. Dla O'Malleya walka nie miała żadnych tajemnic. Wiedział, że się boi, ale potrafił ten lęk w sobie tłumić. Nie było sensu się nad tym rozwodzić. Strach niebawem pojawi się sam.