Выбрать главу

– Twierdzą, że nie zestrzelili żadnego backfire'a.

– Do diabła – mruknął Morris. Pułapka zawiodła, a on nie wiedział dlaczego.

Nie miał też pojęcia, czemu w Stornoway całą akcję uważano za niebywały sukces.

Stornoway, Szkocja

Klucz do całej operacji, jak to zazwyczaj bywało przy tego rodzaju militarnych przedsięwzięciach, stanowiła łączność, toteż Toland każdą wolną chwilę wykorzystywał na kontrolę urządzeń komunikacyjnych. Samoloty radarowe z lotniskowca "America" tak długo tropiły wracające do domu backfire'y, aż te zniknęły z ekranów amerykańskich radarów. Wszelkie dane przekazywano bezpośrednio do macierzystej jednostki. Stamtąd informacje szły drogą satelitarną do Norfolk i znów przez satelitę do Northwood, a potem drogą lądową do głównej kwatery marynarki królewskiej. Najważniejsza akcja NATO w tej wojnie zależała bardziej, od sprawności tranzystorów i linii telefonicznych niż od broni, jaką Pakt Atlantycki dysponował.

– W porządku, ostatnio mieliśmy je na kursie zero-dwa-dziewięć. Leciały z szybkością sześciuset dziesięciu węzłów.

– To znaczy, że nad północnymi wybrzeżami Islandii znajdą się za dwie godziny i siedemnaście minut. Jak długo leciały na dopalaczach? – zapytał komandor Winters.

– Zgodnie z tym, co twierdzi "America", około pięciu minut – Toland nachmurzył się. Była to bardzo skąpa informacja wywiadu.

– Tak czy siak, zapas paliwa mają już bardzo ograniczony… No dobrze. Trzy maszyny znajdują się osiemdziesiąt mil od nich – rzucił okiem na najświeższą mapę meteorologiczną wykonaną przez satelitę. – Doskonała widoczność. Namierzymy Rosjan. Jeśli któraś z maszyn ich dostrzeże, niech rozpocznie pościg. Wszystkie inne samoloty wracają do domu.

– Życzę szczęścia, komandorze.

Północny Atlantyk

Trzy tomcaty, sunąc ze Stornoway kursem północno-zachodnim, zdobywały powoli wysokość i na pułapie prawie dwunastu tysięcy metrów połączyły się z tankowcami powietrznymi. Oddalone od nich o kilkaset mil backfire'y uczyniły dokładnie to samo. Olbrzymia ilość amerykańskich myśliwców nad konwojem stanowiła dla Rosjan potężne zaskoczenie, ale czas i odległość działały na ich korzyść.

Tym razem udało się uciec bez strat. Załogi radzieckie prowadziły ze sobą ożywione rozmowy. Emocje związane z kolejną niebezpieczną misją powoli słabły. Rosyjskie maszyny wracały najprostszą drogą do Kirowska. Mimo nieprzyjacielskich SAM-ów, wedle oceny sowieckich pilotów, co trzecia wystrzelona przez nich rakieta trafiła w cel. Tego dnia zresztą nie pojawiło się wiele rakiet ziemia-powietrze. Jednomyślnie przypisywali sobie zniszczenie jedenastu okrętów. Wiedzieli też, że ich towarzyszom z łodzi podwodnych tym razem poszło fatalnie. Załogi samolotów rozluźniły się, popijały z termosów herbatę i snuły plany ponownej wizyty, jaką złożą liczącemu osiemdziesiąt jednostek konwojowi.

Gdy góry Islandii znalazły się w polu widzenia, toccaty rozdzieliły się. Piloci przesłali sobie pozdrowienie machnięciem ręki, bo radia zostały wyłączone, i ruszyli na wyznaczone stanowiska bojowe. Lotnicy wiedzieli, że tutaj nie dosięgną ich żadne radary. Komandor Winters popatrzył na zegarek. Backfire'y powinny pojawić się za pół godziny.

– Jaka piękna wyspa – odezwał się prowadzący backfire'a do drugiego pilota.

– Może i pięknie wygląda, ale nie jestem pewien, czy pięknie się na niej mieszka. Ciekawe, czy islandzkie kobiety są rzeczywiście tak śliczne, jak o nich mówią. Któregoś dnia musimy zafundować sobie "usterki techniczne". Wtedy wylądujemy i sami sprawdzimy.

– Musimy cię ożenić, Wołodia.

Drugi pilot wybuchnął śmiechem.

– Zbyt wiele popłynęłoby łez. Nie mogę unieszczęśliwiać tylu dziewcząt na świecie!

Pilot włączył radio.

– Keflavik, tu Orzeł Morski Dwa-Sześć. Jaka sytuacja?

– Orzeł Morski, mamy kontakt tylko z twoją grupą. Jesteście na właściwym kursie. Urządzenia rozpoznania swój-wróg niczego nie wykazują.

– Przyjąłem – pilot wyłączył nadajnik. – Jak widzisz, Wołodia, nasi ciągle tu jeszcze siedzą. Samotne miejsce.

– Jeśli są tam kobiety, a ty jesteś kulturny, wcale samotny nie będziesz – rozległ się w głośniku czyjś głos.

– Czy moglibyście uciszyć tego napalonego sukinsyna? – spytał nawigator.

– Chcecie zostać oficerem politycznym? – odparł pytaniem drugi pilot. – Jak daleko do domu?

– Dwie godziny, dwadzieścia pięć minut.

Backfire'y kontynuowały lot na północny wschód z szybkością sześciuset węzłów. Przelatywały nad niezamieszkaną częścią wyspy.

– Na nich! – wykrzyknął cicho pilot. – Godzina pierwsza, poniżej nas.

Na ekranie telewizyjnym na pokładzie tomcata pojawiła się charakterystyczna sylwetka rosyjskiego bombowca. Cokolwiek powiedziałoby się o Rosjanach – pomyślał Winters – samoloty budują ładne.

Wprowadził maszynę w skręt i skierował zamontowaną w przodzie myśliwca kamerę na cel. Zajmujący tylne siedzenie oficer namierzył przez lornetkę dwa następne, lecące w luźnym szyku. Jak się spodziewano, rosyjskie bombowce utrzymywały północno-wschodni kurs i znajdowały się na wysokości około dziesięciu tysięcy metrów. Winters wyszukał dużą chmurę i skrył w niej maszynę. Widoczność natychmiast spadła do kilku metrów. Jeśli jest tu jeszcze jakiś backfire – pomyślał – i też lubi latać w takich warunkach, to może zepsuć wszystko. Z chmury wyłonił się chwilę później, przechylił samolot ostro na skrzydło i ponownie zniknął w nieprzejrzystej mgle. Szybko przeliczył czas i odległości. Backfire'y powinny już ich minąć. Pchnął drążki i wyszedł w czyste niebo.

– Są tam! – pierwszy odezwał się oficer siedzący za pilotem. – Nasza wysokość. Na godzinie trzeciej. Jest ich więcej.

Pilot ponownie skrył samolot w chmurach na kolejne dziesięć minut. W końcu odezwał się:

– Na południe od nas nie ma już nikogo. Chyba wszystkie nas minęły. Jak pan sądzi?

– Zobaczymy.

Przez jedną straszną minutę Winters myślał, że pozwolił maszynom wroga zanadto się oddalić. Na urządzeniach telewizyjnych przeczesujących przestrzeń niczego nie widział. Spokojnie – napominał się w duchu i przyspieszył do sześciuset dziewięćdziesięciu węzłów. Pięć minut później na ekranie pojawił się punkcik. Potem dwa kolejne. Z obliczeń wynikało, że amerykański myśliwiec znajduje się czterdzieści mil za backfireami a mając za plecami słońce, pozostaje dla nich niewidoczny. Siedzący z tyłu oficer włączył odbiornik radaru wczesnego ostrzegania, by sprawdzić, czy z tyłu nie kryje się jakieś niebezpieczeństwo. Czynność tę powtórzył w ciągu minuty trzykrotnie. Jeśli mógł tu być myśliwiec amerykański, to dlaczego nie rosyjski?

Pilot omiótł wzrokiem wskaźniki systemów nawigacji inercyjnej, sprawdził poziom paliwa, po czym z uwagą obserwował, czy radziecka formacja nie zacznie się przegrupowywać. Było to w równej mierze ekscytujące, co nużące. Znał doniosłość tego, co robił, ale samo wykonywanie czynności nie było wiele ciekawsze niż prowadzenie pasażerskiego boeinga 747 na trasie Nowy Jork-Los Angeles. W niewiele ponad godzinę pokonali siedemset mil dzielące Islandię od wybrzeży Norwegii.

– Tu musimy bardzo uważać – odezwał się drugi pilot. – Przed nami radar przeszukujący przestrzeń powietrzną. To chyba Andoya. Odległość: trochę ponad sto mil. Za dwie lub trzy minuty wykryją naszą obecność.

– To miło – mruknął pierwszy. Tam, gdzie znajdowały się przeczesujące niebo radary, były i myśliwce. – Wyliczył już pan pozycję?

– Naturalnie.

– Proszę więc nadawać.

Winters zawrócił przez skrzydło i ponownie odleciał w stronę morza.