Krążący w odległości dwustu mil brytyjski nimrod przechwycił sygnał i retransmitował go do satelity komunikacyjnego.
Admirał Beattie starał się zachowywać spokój, ale przychodziło mu to z trudem. Od chwili wybuchu wojny coraz to spadały na niego jakieś nieszczęścia. "Operacja Doolittle" była jego wypieszczonym dzieckiem. Od dwóch godzin czekał na wiadomość z tomcata. Dwa już wróciły, ale nie napotkały Rosjan. Jeden nie wracał. Czy tropił jeszcze przeciwnika, czy też dawno już spadł do morza? Drukarka ustawiona w rogu pokoju zaniosła się mechanicznym szczękiem, który admirał zdążył dawno już znienawidzić:
O 1543 CZASU GREENWICH KONTAKT WZROKOWY Z ZAJĄCAMI NA 69/20 PŁN. 15/45 WSCH. KURS: 021 SZYBKOŚĆ: 580 W. WYS: 30.
Beattie wyrwał z drukarki przekaz i wręczył go oficerowi operacji powietrznych.
– Wylądują za trzydzieści siedem minut. Zakładając, że jest to już ostatnia grupa rozrzucona w zasięgu piętnastu minut lotu, pierwszy bombowiec dotknie ziemi za dwadzieścia dwie minuty.
– Więc od teraz za kwadrans?
– Tak, admirale.
– Przesłać rozkaz!
W ciągu trzydziestu sekund tuzinem odrębnych kanałów satelitarnych pomknęła ta sama wiadomość.
Trzy amerykańskie okręty podwodne spoczywały na dnie Morza Barentsa tak blisko radzieckich wybrzeży, że głębokość wynosiła tu zaledwie pięćdziesiąt osiem metrów. Wydawało się, iż nim dotarł do nich sygnał informujący, że mają przesunąć się na południe, upłynęło pół życia. McCafferty uśmiechnął się z ulgą. Trzy brytyjskie jednostki podwodne, w tym HMS "Torbay", wykonały już swoje zadanie.
Podkradły się w pobliże radzieckiej fregaty i czterech okrętów patrolowych kontrolujących wybrzeże rosyjsko-norweskie, a następnie przeprowadziły na nie atak torpedowy. Rosjanie doszli do przekonania, że przeciwnik przygotowuje w tamtych rejonach zakrojoną na większą skalę akcję, i przesunęli na zachód swe siły patrolowe do walki z flotą podwodną. "Chicago" oraz towarzyszące mu jednostki miały wolną drogę. Taką przynajmniej McCafferty żywił nadzieję.
W miarę zbliżania się do lądu technicy elektroniki nanosili na nakresy współrzędne celu. Przed wystrzeleniem rakiet okręty miały zająć precyzyjnie wyliczone pozycje.
– Kiedy otworzymy ogień? – spytał pierwszy oficer.
– Powiadomią nas – odparł McCafferty.
I wtedy zaterkotała drukarka. Pierwsze rakiety miały wystrzelić w niebo o szesnastej zero dwa czasu Greenwich.
– Peryskop w górę – McCafferty obrócił instrument. Na powierzchni lał deszcz, a fale sięgały prawie półtora metra.
– Moim zdaniem okolica jest pusta – odezwał się pierwszy oficer, obserwując monitor na grodzi.
Kapitan złożył uchwyty instrumentu i urządzenie opadło do studzienki.
– Wykrywacz radarów?
– Masa sprzętu radiolokacyjnego, kapitanie – odparł technik. – Naliczyłem dziesięć czynnych nadajników.
McCafferty skontrolował tablicę rozdzielczą tomahawków znajdującą się po prawej stronie centrum bojowego. W wyrzutniach torpedowych drzemały dwa marki-48 i dwie rakiety Harpoon. Zegar odliczał czas brakujący do szesnastej zero dwa.
– Zaprogramować kolejność wyrzutni.
Wciśnięto przełączniki dwustabilne i lampki gotowości bojowej zapłonęły krwistą czerwienią. Kapitan i oficer ogniowy wsadzili klucze w tablicę rozdzielczą, po czym przekręcili je jednocześnie. Podoficer przy konsoli systemów rakietowych przełożył dźwignię ogniową w lewo – pociski zostały uzbrojone. W dziobach dwunastu rakiet samosterujących Tomahawk włączyły się systemy samonaprowadzania. Komputer zaprogramował je na cel.
– Ognia! – rozkazał McCafferty.
"Ametist" nie należał do regularnej floty wojennej Związku Radzieckiego. Owa fregata patrolowa klasy Grisba przeznaczona była głównie do operacji związanych z bezpieczeństwem, toteż obsługiwała ją załoga rekrutująca się z szeregów KGB. Kapitan jednostki przez ostatnich dwanaście godzin przyspieszał i zwalniał, zanurzając sonar, jakiego używały helikoptery. Tego rodzaju nasłuch był bardziej w stylu amerykańskim niż rosyjskim. Pracujące na najniższych obrotach silniki diesla nie powodowały żadnego hałasu, a krótką sylwetkę okrętu trudno było wyśledzić już z odległości jednej mili. "Ametist" wykrył zbliżające się amerykańskie okręty podwodne.
Pierwszy tomahawk rozciął powierzchnię Morza Barentsa o godzinie szesnastej zero jeden i pięćdziesiąt osiem sekund. Wystrzelił w powietrze w odległości dwóch tysięcy metrów od fregaty. Radziecki okręt zareagował po dwóch sekundach. Gdy obserwator ujrzał cylindryczny kształt popychany przez dodatkowy napęd i kierujący się łukiem na południowy zachód, poczuł lodowatą kulę w żołądku.
– Kapitanie! Rakieta z prawej burty!
Dowódca w jednej chwili znalazł się na prawym skrzydle mostka i ze zdumieniem obserwował, jak powierzchnię wody rozcina kolejny pocisk. Kapitan rzucił się do sterowni.
– Tu stanowisko bojowe! Centrala radiowa. Natychmiast wezwijcie kwaterę główną floty! W kwadracie 451/679 nieprzyjaciel wystrzelił rakiety! Cała naprzód! Ster w prawo!
Silniki fregaty ryknęły całą mocą.
– Cóż to jest, do diabła? – spytał szef hydrolokacji. Okrętem co cztery sekundy wstrząsały salwy startujących rakiet, ale… – Dowództwo, tu sonar, mamy kontakt na współrzędnych zero-dziewięć-osiem. Silniki diesla. Jednostka nawodna – zapewne grisha. Jest bardzo blisko, sir.
– Peryskop w górę! – McCafferty nastawił instrument na maksymalne powiększenie i zatoczył nim pełny okrąg. Dostrzegł rosyjską fregatę, która dokonywała właśnie ostrego skrętu. – Gotowość ogniowa! Ustawić celowniki. Ceclass="underline" jednostka nawodna. Współrzędne: zero-dziewięć-siedem. Odległość… – wyregulował odległościomierz -…tysiąc sześćset metrów. O cholera! Odwraca się… – okręt był zbyt blisko, by używać rakiet. Musieli strzelać torpedami.
– Peryskop w dół!
Pochylony nad komputerem sterującym ogniem marynarz wprowadził dane. Urządzenie potrzebowało jedenastu sekund, by przetrawić informacje.
– Wyrzutnie gotowe. Kolejność: jeden, trzy.
– Zalać wyrzutnie, otworzyć zewnętrzne luki.
– Gotowe! – odparł pierwszy oficer. – Jedynka ognia! Trójka ognia! – pierwszy oficer starał się zapanować nad nerwami. Skąd nagle ten grisha? – Ponownie załadować marki-48.
– Ostatnia poszła – oznajmił technik od tomahawków.
– Wyrzutnie zabezpieczone.
– Ster, cała w lewo!
"Ametist" nie zauważył wystrzelonych z tyłu torped. Ludzie biegli właśnie jak oszalali na stanowiska, kapitan rozpędzał okręt, a oficer ogniowy gorączkowo programował wyrzutnie. Nie potrzebowali hydrolokatora. Zbyt dobrze wiedzieli, gdzie znajduje się okręt podwodny odpalający pociski w kierunku ich Ojczyzny!
– Jak będziecie gotowi, strzelać! – krzyknął kapitan.
Kciuk porucznika powędrował do spustu. W powietrze wyleciało łukiem dwanaście rakiet do zwalczania okrętów podwodnych.
– "Ametist" – zaskrzeczało radio. – Powtórzcie wiadomość. Jakie rakiety? Jaki rodzaj rakiet?
W chwili, gdy fregata otworzyła do niego ogień, okręt podwodny USS "Providence" wystrzelił ostatnią rakietę. Kapitan zarządził ostry skręt i pełne obroty silników. Rosyjskie pociski spadły szeroko, pokrywając maksymalnie rozległy teren. Dwa eksplodowały w odległości stu metrów, wprawiając wprawdzie okręt w drżenie, ale nie czyniąc żadnych szkód. Ostatni uderzył w wodę dokładnie nad kioskiem. W sekundę później dwudziestotrzykilogramowa głowica bojowa eksplodowała.