Kapitan "Ametista" próbował ocenić, czy jego pierwsza salwa dosięgnęła celu i zupełnie ignorował radio. Ostatni pocisk eksplodował wcześniej od pozostałych i dowódca miał właśnie wydać rozkaz, by powtórzyć salwę, gdy oficer z hydrolokacji doniósł o dwóch zbliżających się od strony rufy obiektach. Kapitan natychmiast wydał odpowiednie dyspozycje sternikowi. Okręt pędził już z pełną szybkością, a z radia dobiegały nieustanne wezwania.
– Obie torpedy odnalazły cel!
– Peryskop w górę!
Maksymalne powiększenie sprawiło, że obraz grishy wypełnił sobą niemal cały wizjer. W tej samej chwili oba pociski trafiły w lewą burtę. Tysiąctonowa fregata patrolowa rozpadła się na oczach McCafferty'ego. Kapitan zatoczył peryskopem pełny okrąg w poszukiwaniu kolejnych wrogich okrętów.
– W porządku, okolica czysta.
– Długo to nie potrwa. Rosjanin strzelał do "Providence", sir.
– Sonar, co masz na pozycji zero-dziewięć-zero? – zapytał McCafferty.
– Masa odgłosów torped, sir, ale myślę, że mamy też na współrzędnych zero-dziewięć-osiem dźwięk przetłaczanego powietrza.
– Płyniemy tam – McCafferty trzymał wysunięty peryskop, a pierwszy oficer kierował okręt w stronę "Providence". Grisha został kompletnie zniszczony. Obie torpedy niosły blisko siedemset pięćdziesiąt kilogramów materiału wybuchowego. Na fali unosiły się wprawdzie dwie automatycznie wypchnięte łodzie ratunkowe, ale żadnych rozbitków nie było widać.
– Kapitanie, "Boston" łączy się na gertrudzie. Chcą wiedzieć, co się dzieje.
– Proszę im powiedzieć… – kapitan lekko przestroił peryskop. – W porządku, jest tam, wypływa… o cholera!
Kiosk podwodnego okrętu został zmiażdżony, brakowało prawie jednej trzeciej konstrukcji, a reszta była w strzępach. Jeden ze sterów głębokościowych zwisał niczym skrzydło zranionego ptaka, peryskopy i maszty umieszczone na nadbudowie przypominały kształtem nieokreśloną bliżej, modernistyczną rzeźbę.
– Próbujcie złapać "Providence" na gertrudzie.
W powietrzu szybowało sześćdziesiąt tomahawków. Po wyjściu rakiet z wody silniki na paliwo stałe wyniosły je na wysokość ponad trzystu metrów. Tam wysunęły się skrzydła i dysze silników odrzutowych. Kiedy napęd odrzutowy rozpoczął pracę, pociski obniżyły lot do wysokości dziesięciu metrów. Zainstalowane w cielskach rakiet systemy radiolokacyjne badały nieustannie przestrzeń przed pociskami i porównywały wszelkie szczegóły topografii z danymi zawartymi w komputerowej pamięci. Sześć radzieckich radarów niezależnie od siebie wykryło wzbijające się w niebo rakiety. Kiedy te jednak obniżyły radykalnie lot, rosyjskie urządzenia natychmiast straciły je ze swych ekranów.
Rosyjscy technicy, których zadanie w głównej mierze polegało na wykrywaniu ewentualnego ataku atomowego skierowanego przeciw ich ojczyźnie, byli równie spięci psychicznie jak ich zachodni koledzy. Trwający od tygodni konflikt zbrojny oraz nieustanne napięcie nerwowe sprawiały, że znajdowali się u kresu wytrzymałości. Kiedy więc nadeszła wiadomość, iż z morza wynurzyły się tomahawki, błyskawicznie przekazali do Moskwy meldunek o ataku rakiet balistycznych. W tej samej niemal chwili do kwatery głównej marynarki wojennej w Siewieromorsku dotarło z "Ametista" ostrzeżenie o ataku rakietowym. Natychmiast przesłano do Ministerstwa Obrony wiadomość zakodowaną pod słowem GROM, które dawało depeszy absolutne pierwszeństwo. Mimo iż kilka minut wcześniej ku zadowoleniu Moskwy powiadomiono stolicę, że rakiety, nie wchodząc na trajektorię balistyczną, zniknęły z ekranów radarowych, rozrzucone wokół miasta jednostki do zwalczania ataków atomowych postawiono w stan najwyższej gotowości bojowej. To samo dotyczyło myśliwców przechwytujący ch obrony powietrznej, stacjonujących na lotniskach w całej północnej Rosji.
Pociski nie dbały o zamęt, jaki wywołały. Rosyjskie wybrzeże w tym miejscu pełne było skalistych wzgórz i urwisk ustępujących z kolei miejsca płaskiej, bagnistej tundrze, charakterystycznej dla północnych klimatów. Dla pędzących tuż nad trawiastymi moczarami z prędkością dziewięciuset kilometrów na godzinę pocisków samosterujących dalekiego zasięgu teren był idealny. Pierwszy punkt nawigacyjny stanowiło Baboziero. Nad tym jeziorem amerykańskie rakiety zmieniły kurs.
Piloci radzieckich myśliwców, które natychmiast wzbiły się w niebo, nie mieli pojęcia, co ścigają. Informacje radarowe zawierały wprawdzie kurs i szybkość celów, ale jeśli były to pociski samosterujące dalekiego zasięgu, mogły dolecieć nawet do wybrzeży Morza Czarnego. Albo też, wycelowane w Moskwę, leciały kursem okrężnym, daleko od bezpośredniej trasy do stolicy. Na rozkaz kontrolerów naziemnych myśliwce przechwytujące pognały na południe od Morza Białego. Tam uruchomiły skierowane w dół radary. Próbowały wyśledzić mknące tuż nad płaską powierzchnią ziemi rakiety.
Tomahawki wcale na Moskwę nie leciały. Klucząc między nielicznymi pagórkami, mknęły kursem dwa-jeden-trzy, aż dotarły do granicy lasów iglastych. Tam dokonały raptownego skrętu w prawo, zmieniając tor na dwa-dziewięć-zero. Jedna z rakiet doznała jakiejś usterki i spadła na ziemię. Inna nie dokonała zwrotu i w dalszym ciągu pędziła na południe. Pozostałe jednak dążyły ku wyznaczonym celom.
Ostatni backfire zatoczył łuk nad Umboziero-Południe i czekał na zezwolenie na lądowanie. Pilot sprawdził poziom paliwa. Pozostało mu benzyny na trzydzieści minut lotu. Nie miał więc powodu do zbytniego pośpiechu. Ze względów bezpieczeństwa trzy pułki bombowców rozmieszczone zostały na czterech lotniskach skupionych na południe od górniczego Kirowska. Posterunki radarowe i baterie SAM-ów na otaczających miasto wzgórzach skutecznie chroniły je przed atakiem z powietrza. Pilot zauważył, że huty stali pracują pełną parą – z wysokich kominów wydobywały się kłęby dymu.
– Orzeł Morski Dwa-Sześć, możesz lądować – poinformowała w końcu wieża kontrolna.
– Wołodia, kto ma dzisiaj dyżur?
– Kąt wychylenia dwadzieścia stopni. Szybkość dwieście. Podwozie wypuszczone. Myślę, że Irina Pietrowna. Ta wysoka, chuda, z centrali telefonicznej.
– A to co? – spytał pilot. Przed nimi, nad pasem startowym pojawił się niewielki, biały kształt.
Pierwszy z dwunastu tomahawków wycelowanych w Umboziero-Południe, opadając w dół pod niewielkim kątem, przeciął pas startowy. W tępym nosie pocisku otworzyła się klapa i od kadłuba oderwało się kilkaset bombek, które rozprysnęły się nad całym terenem. Na ziemi stało siedemnaście backfire'ów. Dziesięć tankowano właśnie z cystern, pozostałe czekały już uzbrojone i gotowe do kolejnej akcji. Każda bombka stanowiła odpowiednik pocisku z moździerza. Kiedy tomahawk zrzucił już cały ładunek, nabrał gwałtownie wysokości, zawrócił, po czym z impetem wyrżnął w ziemię. Eksplozja pozostałego w zbiornikach paliwa dopełniła obrazu zniszczeń. Pierwszy wybuchł gotowy do startu backfire. Spadły na niego dwie bombki. W miejscu tym pojawiła się bijąca w niebo kula ognia. Pilot Dwa-Sześć otworzył przepustnicę, wzbił się w górę i ze zgrozą obserwował, jak eksploduje dziesięć bombowców. Obłoki białego dymu mówiły o uszkodzeniu wielu innych. Wszystko trwało dwie minuty. Lotniskowe wozy ratunkowe, niczym dziecięce samochodziki, pędziły po betonowych pasach startowych, a ludzie próbowali ratować płonące ciężarówki i samoloty za pomocą gaśnic. Pilot skierował maszynę na północ, na alternatywne lotnisko. Tam również przywitały go kłęby dymu.
– Mamy jeszcze paliwa na kwadrans. Jak najszybciej szukaj miejsca do lądowania – ostrzegł Wołodia.
Skręcili w lewo, w stronę Kirowska-Południe. Historia się powtórzyła. Amerykańskie rakiety spadły jednocześnie na wszystkie cztery lotniska.