– Afrikanda, tu Orzeł Morski Dwa-Sześć. Mamy resztki paliwa i musimy natychmiast lądować. Możesz nas przyjąć?
– Możesz lądować, Dwa-Sześć. Pas masz wolny. Wiatr z kierunku dwa-sześć-pięć. Szybkość: dwadzieścia.
– Bardzo dobrze. Lądujemy – pilot zawrócił maszynę.
– Co to, do cholery, wszystko znaczy? – zapytał Wołodia.
– Centrum łączności zniszczone, pomieszczenie ogniowe zniszczone, opływki śrub zniszczone – wyliczał przez gertrudę kapitan USS „Providence”. – Przecieki już zatkaliśmy. Maszyny w porządku, możemy płynąć.
– To dobrze. Pozostawajcie na nasłuchu – obok pojawił się "Boston". – Todd, tu Danny. I co o tym myślisz?
– Nie może sam płynąć. Niech pozostałe jednostki wracają. My zostaniemy jako eskorta "Providence".
– Tak, masz rację. Wyprowadzić okręty, a my, najszybciej jak się da, uaktualnimy dane.
– Powodzenia, Danny. – "Boston" wysunął bicz anteny i nadał krótką transmisję. Minutę później sonar "Chicago” zarejestrował hałas umykających szybko na północ pozostałych okrętów podwodnych.
– "Providence", weźcie kurs zero-jeden-pięć płyńcie najszybciej jak potraficie. Będziemy osłaniali was od tyłu. "Boston" dołączy do nas później. Doeskortujemy was do granicy lodu pływającego.
– Nie wolno ci tak ryzykować. Możemy…
– Ruszaj swoją pieprzoną łódź! – krzyknął McCafferty w mikrofon.
Od trzech miesięcy był wyższy szarżą niż jego kolega dowodzący "Providence". Uszkodzony okręt podwodny zanurzył się i ruszył z prędkością piętnastu węzłów na północny wschód. Jego zdruzgotany kiosk powodował w wodzie hałas niczym wagon ze złomem. Na to jednak nie było rady. Jeśli jednostka chciała się uratować, musiała oddalić się od miejsca, z którego wypuściła rakiety, jak najdalej i jak najszybciej.
Michaił Siergietow popatrzył na pobladłe twarze otaczających go ludzi.
– Towarzyszu ministrze obrony – odezwał się sekretarz generalny. – Możecie nas poinformować, co się wydarzyło?
– Wygląda na to, że okręty podwodne ostrzelały pociskami samosterującymi dalekiego zasięgu niektóre z naszych północnych lotnisk. Celem naturalnie było zniszczenie jak największej liczby bombowców Backfire. Nie wiem jeszcze, na ile im się to powiodło.
– Skąd wystrzelono rakiety? – zapytał Piotr Bromkowskij.
– Na wschód od Murmańska, niecałe trzydzieści kilometrów od brzegu. Fregata zauważyła atak i złożyła o tym meldunek. Potem łączność z okrętem się urwała. Aktualnie poszukuje go samolot.
– Ale jak, do diabła, dostał się tam nieprzyjaciel? Jak długo musimy czekać na wiadomość o tym, że okręt podwodny odpala pociski balistyczne? – dopytywał się ostrym głosem Bromkowskij.
– W sześć do siedmiu minut.
– Cudownie! Nie jesteśmy w stanie reagować tak szybko. Jak w ogóle mogliście ich dopuścić tak blisko naszych brzegów?
– Pietia, nie wydostaną się już stamtąd. Obiecuję ci to – zapewnił żarliwie minister obrony.
Sekretarz generalny pochylił się do przodu.
– Wasza głowa w tym, by to się więcej nie powtórzyło!
– A na razie, towarzysze, skoro jesteśmy już razem – podniósł głos Siergietow – chciałbym prosić towarzysza ministra obrony, by poinformował nas o rozwoju wypadków na froncie niemieckim.
– Wyczerpanie NATO osiągnęło punkt krytyczny.Wedle informacji KGB ich dostawy są przeraźliwie nikłe, a z rozmów dyplomatycznych, jakie miały miejsce w ostatnich dniach, możemy spokojnie wnioskować, iż Pakt Atlantycki stoi już u progu politycznego rozpadu. Musimy tylko cały czas napierać, a NATO się zawali.
– My też zużywamy paliwo! – wtrącił Bromkowskij.
– Oferta niemiecka wydaje się być rozsądna.
– Nie – potrząsnął zdecydowanie głową minister obrony. – Nic na niej nie zyskujemy.
– Zyskujemy pokój, towarzysze – powiedział cicho Bromkowskij. – Jeśli będziemy ciągnąć tę wojnę… przypomnijcie sobie, przyjaciele, przypomnijcie sobie, cośmy wszyscy czuli parę godzin temu, gdy przyszła wiadomość o ataku rakietowym.
Siergietow pomyślał, że po raz pierwszy wszyscy zgodnie przyznali starcowi rację. Po tygodniach i miesiącach przyrzeczeń, planów i zapewnień, że sytuacja jest pod całkowitą kontrolą, jeden fałszywy alarm sprawił, iż ujrzeli, co znajduje się za krawędzią otchłani. Przez dziesięć minut wszyscy byli święcie przekonani, że stracili panowanie nad biegiem wydarzeń i obecnie cała fanfaronada ministra obrony nie mogła wpłynąć na to, by o tym zapomnieli.
Członkowie Politbiura pamiętali tamte chwile. Po krótkim namyśle odezwał się sekretarz generalny.
– Za parę godzin nasi przedstawiciele spotkają się z Niemcami. Jutro minister spraw zagranicznych powiadomi nas o nowych propozycjach.
Na tym narada się skończyła. Siergietow wsunął dokumenty do skórzanej teczki, samotnie opuścił salę i ruszył na dół, do służbowego samochodu. Przechodził właśnie przez otwarte usłużnie przez pracownika personelu drzwi, kiedy usłyszał głos:
– Michaile Edwardowiczu, mogę się z wami zabrać? Mam zepsuty samochód.
Był to Borys Kosow, przewodniczący Komitetu do Spraw Bezpieczeństwa Państwa, w skrócie KGB.
POJEDYNEK NA 31° DŁUGOŚCI ZACHODNIEJ
– Pojedziemy razem, Michaile Edwardowiczu? Porozmawiamy?
Choć Siergietow nie pokazał tego po sobie, serce w nim zamarło. Czy to możliwe, by szef KGB nie wyglądał groźnie? – pomyślał.
Kosow, podobnie jak Siergietow, pochodził z Leningradu. Był to niski, pękaty mężczyzna, który szefem KGB został po wejściu w skład tajemniczej agendy Komitetu Centralnego, zwanej Wydziałem Generalnym. Gdy chciał, potrafił się śmiać serdecznie, a w odpowiednim przebraniu mógł z powodzeniem odgrywać rolę Dziadka Mroza, akceptowaną przez państwo wersję Świętego Mikołaja. Ale teraz nie przypominał Dziadka Mroza.
– Naturalnie, Borysie Georgijewiczu – odparł Siergietow i wskazał na kierowcę. – Możecie mówić swobodnie. Witalij to człowiek zaufany.
– Wiem – odparł Kosow. – Pracował dla nas ostatnie dziesięć lat.
Siergietowowi wystarczył jeden rzut oka na plecy kierowcy, by pojąć, że Kosow nie kłamie.
– O czym będziemy rozmawiać?
Dyrektor KGB sięgnął do teczki, wyjął jakieś urządzenie wielkości kieszonkowej książki i nacisnął widniejący w nim guzik. Rozległo się nieprzyjemne buczenie.
– To nowe i bardzo sprytne urządzenie wyprodukowane w Holandii – wyjaśnił. – Wydaje dźwięk, który zagłusza wszelkie mikrofony. Moi ludzie wyjaśnili mi, że ma to jakiś związek ze składową harmoniczną – jego zachowanie uległo raptownej zmianie. – Michaile Edwardowiczu, zdajecie sobie sprawę ze znaczenia amerykańskiego ataku na nasze lotniska?
– To z pewnością nieoczekiwany rozwój wypadków, ale…
– Nie sądzę. Na morzu znajduje się kilka konwojów Paktu Atlantyckiego. Największy z nich opuścił Nowy Jork przed kilkoma dniami. Wiezie do Europy dwa miliony ton podstawowych materiałów wojennych plus pełną amerykańską dywizję. Eliminując dużą liczbę naszych bombowców, Pakt Atlantycki w znaczący sposób ograniczył nasze możliwości niszczenia konwojów. Utorował sobie przy okazji drogę do bezpośrednich ataków na ziemię radziecką.
– Ale Islandia…
– Wyłączona z gry – Kosow wyjaśnił, co stało się z radzieckimi myśliwcami w Keflaviku.
– Mówicie, że wojna idzie źle? Czemu więc Niemcy próbują rokowań pokojowych?
– Tak, to bardzo dobre pytanie.