– Jeśli żywicie jakieś podejrzenia, towarzyszu dyrektorze, nie powinniście zgłaszać się z nimi do mnie.
– Opowiem wam coś. Jeszcze w styczniu, kiedy miałem operację, obowiązki codzienne szefa KGB przeszły na mojego pierwszego zastępcę, Josefa Łarionowa. Poznaliście małego Józefa? – spytał Kosow.
– Nie, nigdy nie zajął miejsca w waszym fotelu na obradach Politbiura… a Rada Obrony? – Siergietow szybko odwrócił głowę. – Nie konsultowano z wami wszelkich ustaleń? Byliście wówczas rekonwalescentem.
– Przesada. Chorowałem po prostu dwa tygodnie, ale ta informacja była naturalnie zachowywana w tajemnicy. Dopiero po miesiącu podjąłem pracę w pełnym wymiarze. Członkowie Rady Obrony nie chcieli zakłócać mi powrotu do zdrowia i dlatego młody, ambitny Josef przejął oficjalne analizy danych wywiadu KGB. Jak zapewne wiecie, służby wywiadowcze stosują inne metody niż na przykład u was, gdzie wszystko ujęte jest w zgrabne statystyki i diagramy. Musimy zaglądać w myśli ludzi, którzy często sami nie wiedzą, co sądzić o takiej czy innej kwestii. Zastanawiam się często, czemu nie zatrudniamy wróżek cygańskich… ale odszedłem od tematu.
KGB prowadzi coś, co nazywamy Ocenami Wywiadu Strategicznego. Jest to aktualizowany codziennie dokument, który daje na bieżąco pełny obraz politycznej i militarnej potęgi naszych przeciwników. Ze względu na charakter tej pracy, jak też na poważne błędy, których dopuszczono się w przeszłości, powołaliśmy trzy zespoły, które dokonują oceny: Przypadku Najlepszego, Przypadku Najgorszego i Przypadku Średniego. Terminy tłumaczą się same przez się, prawda? Kiedy w Politbiurze prezentujemy wyniki naszych analiz, przedstawiamy zazwyczaj Przypadek Średni i z przyczyn oczywistych uzupełniamy ten raport adnotacjami pozostałych dwóch zespołów.
– Kiedy więc wezwano go, by przedstawił w Politbiurze swe szacunki…
– Zgadza się. Młody Josef, mały, ambitny skurwysynek, który pragnął mego stanowiska jak wilk owcy, okazał się na tyle przebiegły, iż zabrał ze sobą wszystkie trzy opracowania. Kiedy zorientował się, czego od niego chcą, przedstawił to, którego się domagali.
– Nie sprostowaliście tego po powrocie?
Kosow tylko ironicznie się uśmiechnął.
– Misza, Misza, czasami jesteś rozbrajająco naiwny. Powinienem zabić tę gadzinę, ale to było niemożliwe. Josef jest ciężko chory, choć jeszcze o tym nic nie wie. Jeszcze nie nadszedł jego czas – powiedział Kosow, jakby rozprawiał o wakacjach. – W tej chwili KGB jest rozbite na kilka frakcji. Jedną z nich kontroluje Josef. Ja przewodzę innej. Moja jest silniejsza, ale to nie wystarcza. Josef ma posłuch sekretarza generalnego i ministra obrony. Ja jestem tylko starym, schorowanym człowiekiem… tak mi powiedziano. Gdyby nie wojna, dawno bym już nie piastował mego stanowiska.
– Ależ on okłamał PoUtbiuro! – Siergietow prawie krzyknął.
– Nie tak do końca. Myślicie, że Josef jest głupcem? Przekazał oficjalne dane wywiadu KGB opracowane przez biuro mego wydziału i pod moim kierownictwem.
Po co mi to mówi? Boi się, że straci stanowisko i szuka poparcia innych członków Politbiura? Czy o to właśnie chodzi?
– Twierdzicie zatem, że popełniliśmy błąd?
– Właśnie to – odparł Kosow. – Niepowodzenie, słaba ocena przemysłu naftowego – to naturalnie nie wasza wina. Pewne niepokoje, jakie żywili w głębi serca członkowie partyjnej hierarchii, osobiste ambicje jednego z moich podwładnych, poczucie ważności kompletnie nie znającego Zachodu ministra obrony i proszę, mamy dzień dzisiejszy.
– Więc co waszym zdaniem powinniśmy zrobić? – spytał ostrpżnie Siergietow.
– Nic. Proszę tylko, byście mieli cały czas na względzie to, że następny tydzień przesądzi o losie tej wojny. Ech! – westchnął. – Popatrzcie, naprawili mój samochód. Możecie się tu zatrzymać, Witalij. Dziękuję za podwiezienie, Misza. Powodzenia.
Kosow schował urządzenie zagłuszające i wysiadł z samochodu.
Michaił Edwardowicz Siergietow obserwował, jak limuzyna KGB znika za rogiem ulicy. W życiu brał udział w niejednej rozgrywce politycznej o władzę. Jego awans w hierarchii partyjnej brał się nie tylko z kompetencji zawodowych. Miał ludzi, którzy go popierali. Wyeliminował wielu innych pretendentów do kariery, dzięki czemu jechał teraz tym ziłem i miał nadzieję na jeszcze większą władzę w swoim kraju. Nigdy jednak nie podjął gry tak niebezpiecznej. Nie znał jej reguł, nie wiedział, do czego naprawdę zmierza Kosow. Czy w ogóle we wszystkim, co powiedział, tkwiło choć ziarno prawdy? Być może pragnął jedynie zatrzeć własne błędy, obwiniając nimi Josefa Łarionowa?
Siergietow nie przypominał sobie twarzy pierwszego zastępcy dyrektora KGB.
– Prosto do biura, Witalij – polecił minister.
Był zbyt zamyślony, by zajmować się pozasłużbową działalnością szofera.
Toland z ogromnym zainteresowaniem oglądał zdjęcia satelitarne. Satelita KH-11 przelatywał nad Kirowskiem w cztery godziny po ataku rakietowym i na bieżąco przekazywał informacje do centrum dowodzenia NATO. Przesłał po trzy ujęcia filmowe każdej z baz backfire'ów. Oficer wywiadu wyciągnął notatnik i zaczął prowadzić obliczenia. Starał się być jak najbardziej ostrożny w formułowaniu osądów. Jako samoloty zniszczone klasyfikował tylko te maszyny, które były bądź rozerwane na strzępy, bądź kompletnie strawione ogniem.
– Wedle naszych ocen dysponowali około osiemdziesięcioma pięcioma maszynami. Moim zdaniem całkowicie zniszczyliśmy dwadzieścia jeden bombowców, a około trzydziestu poważnie uszkodziliśmy. Wielkich szkód doznały również same bazy. Jedyną niewiadomą stanowi liczba ofiar wśród personelu. Jeśli udało się nam wybić sporo załóg, backfire'y wyłączone są z akcji na okres co najmniej tygodnia. Sowieci posiadają naturalnie badgery, ale te mają mniejszy zasięg i dużo łatwiej je zestrzelić. Admirale zaczynamy nowy mecz.
Admirał Sir Charles Beattie uśmiechnął się. Szef jego wywiadu stwierdził prawie to samo.
Myśliwiec przechwytujący F-75 przemknął nad pasem na wysokości trzydziestu kilku metrów. Kiedy mijał wieżę kontrolną, major Nakamura zatoczyła maszyną szaleńczy łuk w powietrzu, po czym skręciła i spokojniej już wylądowała. Była Asem! Trzy zestrzelone badgery i dwa satelity! Pierwsza kobieta-As w historii lotnictwa Stanów Zjednoczonych. Pierwszy As przestrzeni kosmicznej. Zatrzymała maszynę przed hangarem i zsunęła się energicznie po drabince. Pobiegła do oczekujących nie opodal oficerów. Twarz zastępcy dowódcy lotnictwa taktycznego była czerwona ze złości.
– Majorze, jeszcze jeden taki numer, a dostanie pani kopa w dupę i wyląduje w obsłudze naziemnej.
– Tak jest, sir. Przepraszam, sir – wyszczerzyła zęby. Tego dnia nic nie było w stanie zepsuć jej humoru, – To się już nigdy nie powtórzy, sir. Ale tylko raz w życiu zostaje się Asem, sir!
– Wywiad twierdzi, że Iwan posiada jeszcze jednego satelitę RORSATt który w każdej chwili może opuścić wyrzutnię. Ale teraz Rosjanie zapewne dwa razy się zastanowią, nim go wystrzelą – powiedział generał spokojnym już głosem.
– Nie mają innych ptaszków? – spytała Buns.
– Mają dwa, ale do końca tygodnia powinniśmy je zdjąć. Wtedy pani następnym celem będzie rekonesansowy satelita, przesyłający zdjęcia na bieżąco. Do tego czasu rozpoznawcze radiolokacyjne satelity morskie mają bezwzględne pierwszeństwo – generał uśmiechnął się przelotnie. – I proszę nie zapomnieć wymalować sobie na maszynie piątej gwiazdki.
Tak czy owak wypłynęłyby w morze.
Zniszczenie radzieckiej sieci radiolokacyjnych rozpoznawczych satelitów morskich sprawiło, że przedsięwzięcie stało się bezpieczniejsze. Pierwsze przybyły niszczyciele i fregaty, ustawiły się w wachlarzu i pod parasolem tworzonym przez lotnictwo przystąpiły do namierzania okrętów podwodnych, które mogły czaić się w okolicy. Potem pojawiły się krążowniki i lotniskowce. Na samym końcu nadpłynęły statki z Littl Greek: "Tarawa", "Guam", "Nassau", "Inchon" oraz dwadzieścia innych. Ponad sześćdziesiąt jednostek uformowanych w trzy grupy popłynęło na północny wschód z szybkością dwudziestu węzłów. Czekała je sześciodniowa podróż.