Выбрать главу

USS "Prevail"

Stateczek nawet przy szybkości trzech węzłów nie płynął najlepiej. Liczył mniej więcej siedemdziesiąt metrów długości i każda fala była dlań tym, czym dla wyścigowego rumaka przeszkoda. Załoga po części składała się z marynarzy floty wojennej, a po części – cywilnej. Cywile prowadzili jednostkę, zaś wojskowi zajmowali się sprzętem elektronicznym. Wszyscy zgadzali się, że to cud, iż jeszcze żyją. "Prevail" był statkiem rybackim dostosowanym do połowów na otwartym morzu, lecz zamiast sieci na końcu długiego na dwa kilometry kabla zaopatrzonego w czujniki hydrolokacyjne ciągnął izolowaną antenę sonarową. Komputer pokładowy przetwarzał otrzymywane sygnały i via satelita przesyłał je do Norfolk z szybkością trzydziestu dwóch tysięcy bitów na sekundę. Jednostka zaopatrzona była w ciche silniki elektryczne oraz system Preria/Maska, który eliminował i tak niewielkie powodowane przez nią hałasy mechaniczne. Partie nad górnym pokładem wykonano z włókna szklanego, które myliło cechy charakterystyczne. Była to pierwsza jednostka typu Stealth i choć nie posiadała uzbrojenia poza karabinami do zwalczania rekinów, stanowiła najgroźniejszą broń przeciw okrętom podwodnym. "Prevail" wraz z trzema takimi samymi statkami krążył po Północnym Atlantyku, po ogromnym łuku między Nową Fundlandią a Irlandią, nasłuchując dźwięków wytwarzanych przez przepływające w głębinach okręty podwodne. Dwa statki miały już na mostkach wymalowane sylwetki wrogich jednostek. Każdemu bowiem towarzyszył orżon, a radzieckie okręty podwodne dwukrotnie już miały nieszczęście zbliżyć się raz do jednego statku z holowaną anteną sonarową i raz do drugiego. Generalnie jednak tuńczykowce nie służyły niszczeniu radzieckich jednostek, a tylko odstraszaniu ich od konwojów.

W centrum operacyjnym "Prevaila" zespół techników oceanografii obserwował monitory lamp oscyloskopowych, podczas gdy inni członkowie załogi tropili bez przerwy wszystko, co mogło znajdować się na tyle blisko, by stanowić zagrożenie.

Podoficer przebiegł palcem po postrzępionej linii na ekranie.

– To musi być ten konwój z Nowego Jorku – stwierdził.

– Zgadza się – odparł siedzący obok technik. – A tam czają się goście, którym strasznie zależy na spotkaniu z nim.

USS "Reuben James"

– Na pewno nie będziemy się tu uskarżać na samotność – zauważył O'Malley.

– Czy pan zawsze ma tak pozytywny stosunek do życia? – spytał Frank Ernst.

– Nasi rosyjscy przyjaciele muszą mieć wyśmienity wywiad. Chodzi mi o to, że wasze siły powietrzne zniszczyły im satelitę – kapitan Perrin postawił na stoliku filiżankę z kawą.

W kabinie Morrisa odbywała się właśnie narada pięciu oficerów. Na amerykańską fregatę Perrin dostał się helikopterem.

– Znają więc nasz skład – odparł Morris. – I chcą zniszczyć tyle jednostek, ile się da.

Norfolk poinformowało, że w stronę konwoju kieruje się co najmniej sześć rosyjskich okrętów podwodnych. Cztery nadpływały z północy. To była strefa ich działania.

– Musimy więc cały czas być bardzo czujni – stwierdził Morris. – Jerry, ty już od trzech dni bez przerwy latasz?

O'Malley roześmiał się.

– Jeśli powiem "tak", czy to coś zmieni?

– Myślę, że powinniśmy się trzymać blisko siebie – dodał Perrin. – Najdalej pięć mil. Najtrudniej pójdzie zgranie nam sprintów. Konwój chce płynąć możliwie najprostszą drogą, tak?

– Zgadza się – kiwnął głową Morris. – Ale trudno tu winić dowódcę. Gdyby te statki płynęły zygzakiem, mogłoby powstać takie samo zamieszanie jak wtedy, gdyby zostały zaatakowane.

– Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że chwilowo nie zagrażają nam backfire'y – odezwał się O'Malley. – Musimy zatem uważać na niebezpieczeństwo tylko z jednej strony.

Ruch okrętu zmienił się, kiedy zmniejszono prędkość. Fregata wychodziła właśnie z dwudziestoośmiowęzłowego sprintu i przez kilka minut posuwać się miała z szybkością pięciu węzłów, co powinno zapewnić funkcjonowanie biernego sonaru.

USS "Chicago"

– Kontakt na hydrolokatorze. Współrzędne: trzy-cztery-sześć.

Jeszcze siedemset mil do granicy pływającego lodu – pomyślał McCafferty. – Z szybkością pięciu węzłów! Znajdowali się na głębokich wodach. Przy hałasie, jaki powodowała "Providence", ucieczka od rosyjskich brzegów z szybkością piętnastu węzłów była ryzykowna, ale się opłacała. Dopiero po czterech godzinach dopłynęli do stuosiemdziesięciometrowej głębiny. Były to chwile pełne niepewności i napięcia. Nikt nie wiedział, jak Rosjanie zareagują na atak rakietowy. Przede wszystkim Sowieci wysłali patrol lotniczy. Wszędobylskie beary zaczęły zrzucać pławy sonarowe, ale tych na szczęście amerykańskim okrętom udało się uniknąć. Większość systemów sonarowych "Providence" funkcjonowała, toteż jednostka, jakkolwiek nie mogła się bronić, była w stanie wykryć nadchodzące niebezpieczeństwo.

Podczas trwającej cztery godziny ucieczki uszkodzony okręt podwodny wydawał dźwięki przypominające hałas czyniony przez wagon załadowany żelaznymi rurami. McCafferty wolał nawet nie myśleć, jak sterowało się jednostką, której opływki zachowywały się niczym targana wiatrem bielizna na sznurze. Ale to już mieli za sobą. Obecnie znajdowali się w głębokiej na dwieście trzydzieści metrów wodzie. Za pomocą anten holowanych sonaru mogli wykryć każde zbliżające się niebezpieczeństwo. Po obu stronach swego rannego brata, w odległości trzech mil każdy, płynęły okręty "Chicago" i "Boston". Siedemset mil z prędkością pięciu węzłów – myślał McCafferty. – Prawie sześć dni…

– W porządku. Co my tu mamy, szefie?

– Nadchodzi wolno, więc zapewne w linii prostej, sir. Współrzędne zmieniają się bardzo nieznacznie. Na pierwszy rzut oka powiedziałbym, że to okręt o napędzie konwencjonalnym, poruszający się na bateriach. Jest blisko – szef sonaru nie wykazywał żadnych emocji.

Kapitan odchylił się i zajrzał do centrum bojowego.

– W prawo na zero-dwa-pięć.

Sternik przekręcił ster w prawo o pięć stopni, zmieniając tym lekko kurs okrętu na północno-wschodni. Przy szybkości pięciu węzłów "Chicago" stanowił tylko "dziurę w oceanie" i nie emitował prawie żadnych hałasów. Kontakt jednak zachowywał się równie cicho. McCafferty zauważył, że mimo iż upłynęło już dobrych kilka minut, linie na ekranie w niewielkim tylko stopniu zmieniły pozycje.

– No dobrze, drobna zmiana współrzędnych kontaktu. Teraz trzy-cztery-jeden.

– Joe? – zwrócił się McCafferty do swego pierwszego oficera.

– Szacuję odległość na plus minus osiem tysięcy metrów. Kurs zbliżony do naszego. Przypuszczalna prędkość cztery węzły.

Za blisko – pomyślał kapitan. – Ale jeszcze nie odkrył naszej obecności.

– Ognia!

Torpeda Mark-48 wyskoczyła z wyrzutni z najmniejszą prędkością, skręciła od razu w lewo pod kątem czterdziestu stopni i, wlokąc za sobą przewody kierujące, które łączyły ją z okrętem, ruszyła w stronę kontaktu. Podczas gdy sonarzyści kierowali pocisk na cel, "Chicago" wycofywał się powoli z miejsca, z którego oddał salwę. Nagle szef hydrolokacji uniósł gwałtownie głowę.