– Usłyszeli! Włączają silniki. Słyszę śruby, to foxtrot. Zwiększa szybkość do piętnastu. Zalewa wyrzutnie.
Amerykańska torpeda przyspieszyła, uruchamiając naprowadzający na cel sonar. Foxtrot wiedział już, że został wykryty i jego kapitan automatycznie zwiększył prędkość swego okrętu. Wprowadził jednostkę w gwałtowny skręt przez prawą burtę, po czym odpalił samosterującą torpedę w stronę, gdzie powinien znajdować się napastnik. Potem gwałtownie nabrał głębokości. Liczył na to, że zbliżający się pocisk straci kontakt. Ostry skręt w lewo i strefa turbulencyjna zmyliły na chwilę marka-48. Ale gdy torpeda przebyła już strefę i weszła w spokojną toń, ponownie odnalazła cel. Pomalowana na zielono śmiercionośna broń znurkowała za foxtrotem i dopadła go na głębokości stu trzydziestu metrów.
– Współrzędne obiektu gwałtownie się zmieniają – poinformował szef sonaru. – Minie nas z daleka… trafienie! Trafiliśmy w cel!
W stalowym kadłubie grzmot eksplozji odbił się niskim, gromowym echem. McCafferty nałożył na uszy słuchawki w chwili, gdyfoxtrot czynił rozpaczliwe wysiłki wydobycia się spod wody. Następnie kapitan usłyszał przeszywający zgrzyt metalu. To pod naporem wody pękały wewnętrzne grodzie rosyjskiego okrętu. Nie wiedział jednak o ostatniej rzeczy, jaką uczynił kapitan umierającej jednostki. Uruchomił on boję ratunkową umieszczoną w wyrzutni w tylnej części kiosku. Wyprysnęła na powierzchnię i zaczęła nadawać ciągłe sygnały.
Na pokładzie foxtrota nikt już nie żył, ale boja dostarczyła kwaterze głównej informację o miejscu zagłady okrętu. Kilka jednostek podwodnych i nawodnych natychmiast ruszyło w tamtą stronę.
O'Malley uruchomił wszystkie systemy i poderwał maszynę na wysokość stu siedemdziesięciu metrów. Stąd mógł już dostrzec po południowo-zachodniej stronie północną flankę konwoju. W powietrzu unosiło się kilka innych helikopterów – ktoś wreszcie wpadł na ten wyśmienity pomysł. Wiele wchodzących w skład konwoju statków handlowych wiozło wojskowe helikoptery, z których większość nadawała się do natychmiastowego użytku. Teraz maszyny te patrolowały okolicę w poszukiwaniu peryskopów. Załogi wszystkich okrętów podwodnych przyznawały, że najbardziej obawiają się właśnie śmigłowców. Zwalczanie tych jednostek za pomocą helikopterów określano mianem taktyki "czarnego nieba". Płynącym z konwojem żołnierzom polecono bacznie obserwować morze i informować o każdej podejrzanej rzeczy. Powodowało to wiele fałszywych alarmów, ale przynajmniej wojsko miałoczym zabić czas, a wcześniej czy później ktoś zauważy prawdziwy peryskop. Seahawk przemieścił się dwadzieścia mil na wschód, po czym zawrócił. Poszukiwał okrętu podwodnego, którego echo prawdopodobnie wykryła antena holowana sonaru podczas ostatniego dryfu fregaty.
– W porządku, Willy, zrzucaj LOFAR. Już, natychmiast!
Podoficer nacisnął w prawej konsoli guzik, zwalniając pławę sonarową. Helikopter zrzucił jeszcze cztery dalsze w dwumilowych odstępach, tworząc barierę dziesięciomilowej długości. Potem pilot wprowadził maszynę w szeroki skręt i zaczął obserwować morze, a podoficer z uwagą studiował ekran sonaru.
– Komandorze, czy to prawda, co słyszałem o kapitanie? Chodzi mi o tę noc przed wypłynięciem w rejs.
– Upiłem się kompletnie, a on nie pozwolił, bym zrobił to samotnie. Nigdy w życiu się nie spiłeś?
– Nie, sir. W ogóle nie używam alkoholu.
– Proszę, do czego to doszło w marynarce! Przejmij na chwilę stery – O'Malley zdjął ręce z drążków i zaczął poprawiać hełmofon. Był to nowy sprzęt i nie zdążył się jeszcze dopasować do głowy pilota. – Masz coś, Willy?
– Nie jestem pewien, sir. Jeszcze chwila.
– Doskonale – pilot zlustrował instrumenty, po czym znów skierował wzrok na wodę. – Czy opowiadałem ci o tym dziesięciometrowym jachcie w wyścigu Bermuda-Newport? Przyszedł sztorm, który go uszkodził. Załogę jachtu stanowiły same dziewczęta i kiedy zaczął nabierać wody, straciły…
– Szefie, mam słaby sygnał na czwórce.
– Dały nam wszystko za to, że je uratowaliśmy – O'Malley zwrócił helikopter na północny zachód. – A pan, panie Ralston też nic z tych rzeczy?
– Wielkie picie, sir, można nazwać przeniewiercą miłości; bo ją rodzi i uśmierca – odparł drugi pilot. – Jeszcze dwie mile, sir.
– Zna nawet Szekspira. Może nie jest tak do końca stracony. Co, powiesz, Willy?
– Ciągle słaby na czwórce. Nic ponadto. Jedna mila – poinformował Ralston, obserwując wykres taktyczny.
O'Malley obrzucił wzrokiem powierzchnię wody, poszukując pionowej kreski peryskopu lub zostawianej przez niego smugi piany.
– Teraz na czwórce sygnał średniej mocy, sir. Pojawia się na piątce.
– Romeo, tu Młot. Chyba coś tu mamy. Między czwartą a piątą zrzucę jeszcze jedną pławę LOFAR. Oznaczcie ją jako numer sześć. Zrzucaj – teraz!
Od maszyny oderwała się kolejna pława sonarowa.
– Młot, tu Romeo – odezwał się kontroler. – Wygląda na to, że kontakt znajduje się na północ od linii pław. Powtarzam: na północy.
– Tak, zgadzam się. Niebawem powinniśmy już coś wiedzieć.
– Kapitanie – zawołał Willy. – Na szóstce średni.
– Romeo, tu Młot, spuszczamy sonar zanurzany.
Na pokładzie "Reubena Jamesa" dokładnie zaznaczono pozycję śmigłowca i rzędu pław.
O'Malley pchnięciem drążków sterowych zatrzymał maszynę w miejscu, a następnie ostrożnie obniżył ją do wysokości siedemnastu metrów. Willy zanurzył kopułę na głębokość siedemdziesięciu.
– Kontakt na sonarze, sir. Zapewne okręt podwodny. Współrzędne: trzy-pięć-sześć.
– Kopuła w górę – polecił O'Malley.
Seahawk wzbił się w niebo i przeleciał milę na północ. Tam, unosząc się nad powierzchnią fal, O'Malley ponownie spuścił sonar zanurzany.
– Kontakt! Współrzędne: jeden-siedem-pięć. Dźwięk podwójnych śrub, szybkość około dziesięciu węzłów.
– Wzięliśmy go w kleszcze – odezwał się pilot. Proszę zaprogramować.
Ralston wprowadził dane do komputera taktycznego.
– Współrzędne zmienne. Wygląda na to, że skręca w lewo… tak – potwierdził Willy. – Zakręca w lewo.
– Usłyszał nas? – spytał Ralston.
– Może usłyszał konwój i wykonuje zwrot, by nawiązać z nim kontakt? Willy, kopuła w górę – rozkazał O'Malley.
– Romeo, tu Młot. Mamy manewrujący cel, prawdopodobnie okręt podwodny. Prosimy o zezwolenie na użycie broni.
– Przyjąłem, Młot. Macie pozwolenie. Powtarzam: możecie użyć broni.
Pilot przemieścił maszynę o tysiąc metrów na południowy wschód. Śmigłowiec zawisł pod wiatr i ponownie spuszczono sonar.
– Znów go mam, sir – odezwał się podekscytowanym głosem Willy. – Współrzędne: trzy-pięć-pięć. Zmienne, trochę w lewo, trochę w prawo, sir.
– Właśnie nas mija – oznajmił Ralston znad wykresu taktycznego.
– Romeo, tu Młot. Stwierdzamy obecność jednostki podwodnej i przystępujemy do ataku – O'Malley utrzymywał maszynę w bezruchu, a podoficer oznajmił kolejną zmianę pozycji celu. – Sekwencja ataku.
– Główna wyrzutnia – Ralston przebiegł palcami po tasterach. – Program poszukiwania: pierwszy.
– Wstępne poszukiwania na głębokości osiemdziesięciu. Kurs wybierze torpeda. Wężem – Ralston programował komputer.
– Gotowe.
– W porządku, Willy, przygotuj system wyszukiwania Yankee – polecił O'Malley, mając na myśli przeczesywanie wody sonarem aktywnym.
– Gotowe, sir. Współrzędne kontaktu: dwa-zero-zero. Gwałtownie oscyluje między lewą a prawą.