Выбрать главу

– Ależ nie mamy na to sił ani paliwa – ostrzegł Aleksiejew. – Jeśli chcemy już atakować, sugerowałbym szturm dwiema dywizjami tutaj, na południe od Hameln. Jednostki są na miejscu. To, co wy proponujecie, jest stanowczo zbyt ambitne.

– Nie pora teraz na półśrodki, Pasza! – wykrzyknął dowódca zachodniego teatru.

Nigdy dotąd nie podnosił na Aleksiejewa głosu. Młodszy mężczyzna był ciekaw, jakie naciski wywierano na dowódcę.

– Pojedynczy atak pozwala na kontratak – ciągnął spokojnie już przełożony Aleksiejewa. – To, co proponuję, niebywale utrudni przeciwnikowi życie. Nie może być przecież silny wszędzie. Znajdziemy jego słabe punkty, przerwiemy front i przeprawimy przez Ren resztę oddziałów kategorii A.

USS "Reuben James"

– Zrzucaj teraz, natychmiast! – krzyknął, O'Malley. Ósma pława sonarowa oderwała się od seahawka. Pilot zawrócił śmigłowiec w miejscu i ponownie skierował się na wschód.

O'Malley, choć był już w powietrzu od trzech długich, wyczerpujących godzin, nie pokazywał po sobie zmęczenia. Samolot w miejscu, zrzut pław, nasłuch; samolot w miejscu, zrzut pław, nasłuch… Wiedział, że gdzieś w okolicy kręci się okręt podwodny, ale za każdym razem, kiedy wydawało się, że już go mają, cel wyślizgiwał się. Co tu jeszcze wymyślić? Topór miał ten sam problem, z tym tylko, że jego obiekt zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i o mały włos nie trafił w "Battleaxe". Choć rosyjska torpeda eksplodowała w gwałtownej turbulencji wodnej kilwatera fregaty, stało się to zbyt blisko. Co najmniej dwa razy za blisko. Śmigłowiec O'Malleya ponownie zawisł nad powierzchnią morza.

– Kopuła w dół!

Odczekali minutę. Nic. I od początku.

– Romeo, tu Młot. Masz coś?

– Młot, hałas umilkł przed sekundą. Ostatnia pozycja: trzy-cztery-jeden.

– Spryciarz. Czeka do chwili, kiedy kończysz sprint, i wyłącza silniki.

– Chyba masz rację, Młot – odparł Morris.

– W porządku. Na wypadek, gdyby skierował się na zachód, postawiłem tam barierę. Myślę jednak, że ruszy na południe. Tam teraz postawię kolejną linię pław.

O'Malley wyłączył transmiter.

– Masz coś Willy? – zapytał.

– Nic, sir.

– Przygotuj się do wciągnięcia kopuły.

Niebawem helikopter znów leciał. W ciągu kolejnych dwudziestu minut zrzucił sześć pław, ale te nic nie wykazały.

– Willy, od nowa. Przygotuj sonar. Tym razem na… ee… dwieście siedemdziesiąt metrów.

– Gotowe, sir.

– Opuszczaj kopułę – pilot wiercił się w fotelu. Choć na zewnątrz wcale nie było gorąco, wpadające do śmigłowca promienie słoneczne sprawiały, że w kabinie panował upał jak w cieplarni. O'Malley obiecywał sobie, że gdy tylko wróci na fregatę, natychmiast pójdzie pod prysznic.

– Poszukiwania na głębokości dwustu siedemdziesięciu, sir – odezwał się podoficer. Jemu też dokuczał upał, mimo że miał ze sobą dwa kartoniki zimnego napoju. – Coś jest, sir… chyba kontakt na współrzędnych jeden-osiem-pięć.

– Kopuła w górę! Romeo, mamy kontakt po południowej stronie. Lecimy tam.

– Młot, nie potwierdzamy niczyjej obecności w twojej okolicy. Bravo i Topór też pracują nad kontaktem. Wystrzelili dwie torpedy, ale bez rezultatu.

Nikt nie twierdził, że to jest proste – pomyślał pilot. Przesunął maszynę o trzy tysiące metrów i ponownie zanurzył sonar.

– Kontakt, teraz już naprawdę. Typ dwusilnikowy. Współrzędne: jeden-osiem-trzy.

O'Malley sprawdził stan paliwa. Czterdzieści minut. Musi się pospieszyć. Polecił wyciągnąć kopułę i przemieścił śmigłowiec o kolejne trzy tysiące metrów na południe. Pasy bezpieczeństwa boleśnie wpijały mu się w ramiona. Wydawało się, że opuszczanie sonaru trwa całą wieczność.

– Znowu, sir. Na północ od nas. Współrzędne: zero-jeden-trzy. Pozycja zmienna… teraz zero-jeden-pięć.

– Wprowadź w komputer.

Paliwa miał na pół godziny. Czas pracował na korzyść przeciwnika. Ralston uruchomił główną wyrzutnię i wybrał program poszukiwania.

– Willy, aktywnym!

Sonar wysłał pięć impulsów.

– Zero-jeden-dziewięć. Odległość: trzysta!

Ralston wprowadził w komputer polecenie poszukiwań głębinowych i wzór kursu torpedy. O'Malley wystrzelił pocisk.

Kiedy torpeda opadła na głębokość dwustu siedemdziesięciu metrów, zaczęła penetrację. Okręt podwodny, jak spięty ostrogą, ruszył pełną parą i skręcił w lewo, oddalając się od helikoptera. O'Malley skarcił się w duchu, że zrzucił pocisk pod niewłaściwym kątem, ale dokładne programowanie zajęłoby zbyt wiele czasu. Trzymał helikopter nieruchomo nad wodą i wsłuchiwał się w skowyt silników torpedy wabionej głębokim dudnieniem dwóch potężnych śrub charlie'ego. Podwodny okręt atomowy manewrował jak oszalały. Próbował nawet zwrotu w stronę nacierającej torpedy.

– Są na tych samych współrzędnych – poinformował Willy. – Myślę, że dostanie ją… trafienie!

Ale charlie nie zginął. Usłyszeli hałas przetłaczanego powietrza, lecz ten szybko ucichł. Przy akompaniamencie wściekłej kakofonii mechanicznych dźwięków okręt oddalał się na północ. Potem jednostka podwodna zwolniła i wszystko umilkło. O'Malley nie miał już paliwa, by prowadzić dalszy pościg. Ruszył na zachód, w stronę "Reubena Jamesa".

– Młot, tu Romeo, co się stało?

– Trafiliśmy, ale przetrwał. Bądź w gotowości, Borneo, wracamy na oparach paliwa. Mamy go jeszcze na pięć minut.

– Przyjąłem. Czekamy. Skierujemy na charlie'ego inny helikopter. Ty dołączysz do Topora.

– Jak to się stało, że nie został zniszczony? – zapytał Ralston.

– Prawie wszystkie rosyjskie okręty podwodne mają podwójne kadłuby i tak urocza pięćdziesięciokilogramowa głowica jak mark-46 jest często zbyt słaba, by zniszczyć jednostkę. Jeśli zaatakujesz od rufy, zniszczysz, ale w tym przypadku nie mogliśmy tego zrobić. Jeśli trafisz w rufę, rozbijasz uszczelniacze wałów i woda zalewa maszynownię. Taki strzał rozwali każdy okręt podwodny. Nie uczyli cię w szkole, że zawsze należy celować w tył?

– Niespecjalnie.

– Mądrale – warknął O'Malley.

Miło było po czterech godzinach znów ujrzeć "Reubena Jamesa". A jeszcze lepiej byłoby znaleźć się już w kwaterze oficerskiej – pomyślał z żalem pilot. Zatrzymał seahawka nad lewym skrajem rufy fregaty i poruszał się równolegle z okrętem. Siedzący z tyłu Willy otworzył przesuwane drzwi i zrzucił linkę pomocniczą. Załoga fregaty przymocowała do niej końcówkę węża do tankowania, a podoficer wciągnął ją, po czym wetknął w otwór zbiornika. Procedura ta nosiła nazwę tankowania helikoptera w locie. Podczas gdy O'Malley walczył z wirami powietrznymi powodowanymi ruchem okrętu, do zbiorników maszyny płynęła benzyna. Dzięki temu systemowi śmigłowiec mógł pozostać w powietrzu kolejne cztery godziny. Ralston w tym czasie doglądał wskaźników paliwa, a O'Malley pilotował.

– Baki pełne, Willy.

Podoficer opuścił szlauch i wciągnął linkę z powrotem. Z ulgą zatrzasnął drzwi śmigłowca, a następnie przypiął się pasami. Wyżsi oficerowie stworzeni są do wyższych rzeczy niż te, które ja robię – pomyślał.

– Bravo, tu Młot. Dokąd mamy lecieć?

– Młot, tu Bravo, leć prosto kursem jeden-trzy-zero. Osiem mil stąd czeka Topór.

– Lecę – O'Malley okrążył fregatę i ruszył na południowy wschód.

– Młot, tu Romeo. Sea sprite z "Simensa" wykończył twojego charlie'ego. Dowódca eskorty przesłał nam przez radio słowa: "dobra robota".

– Przekaż dowódcy moje uszanowanie. Bravo, tu Młot. Co teraz?

– Gdzieś tam powinien się czaić dwuśrubowy okręt podwodny, ale nie jesteśmy tego do końca pewni – włączył się do rozmowy Perrin. – Wystrzeliliśmy już trzy torpedy, lecz żadna nie znalazła celu. Tamci wypuścili w nas jedną. Wybuchła przedwcześnie w naszym kilwaterze.