– W tej chwili trudno to określić. Zamierzają pewnie mocno uderzyć…
– … uderzyć na całej linii i znaleźć nasze słabe punkty – wpadł mu w słowo dowódca wojsk sprzymierzonych.
– Co z ich siłami rezerwowymi?
– Trzy dywizje zlokalizowaliśmy tutaj, na południe od Fólziehausen, sir. To chyba jednostki kategorii A. Wiele jednak wskazuje na to, że atak przeprowadzą głównie jednostkami kategorii B.
– Czyżbyśmy zadali im aż takie straty? – zadumał się generał.
Pytanie czysto retoryczne. Oficerowie wywiadu ciężko pracowali nad oceną strat przeciwnika. Dzięki temu dowódca mógł każdego wieczoru mieć na biurku aktualny raport. Oddziały rezerwowe kategorii B zaczęły przybywać na front pięć dni temu i stanowiły zagadkę. Generał wiedział, że Rosjanie posiadają na południowej Ukrainie co najmniej sześć rezerwowych formacji kategorii A. Nic jednak nie wskazywało, by miały być przerzucone do Niemiec. Dlaczego? Dlaczego zamiast nich posyłają w bój rezerwistów? To pytanie zadawał sobie już od paru dni. Szef jego wywiadu wzruszył tylko ramionami. Nie mam powodu do narzekań – przekonywał się generał. – Tamte dwie armie przerwałyby front natychmiast.
– Gdzie najlepiej przeprowadzić kontratak?
– Sir, w Springe mamy dwie niemieckie brygady czołgów. Dziesięć kilometrów od nich Rosjanie trzymają dwie rezerwowe dywizje piechoty zmotoryzowanej. Wprawdzie Niemcy dwa dni temu zeszli z pola walki i nie w pełni jeszcze wypoczęli, ale…
– W porządku – przerwał oficerowi dowódca. – Proszę ich tam posłać.
O'Malley, który cały ranek tropił coś, czego chyba w ogóle nie było, krążył teraz nad fregatą. W ciągu ostatnich trzech godzin rosyjskie okręty podwodne zatopiły trzy statki handlowe; dwa za pomocą rakiet, które przedarły się przez zaporowy ogień SAM-ów i jeden przy użyciu torpedy. Obu Rosjan zniszczono. Tego, który dostał się już do środka konwoju, zapisał sobie na konto śmigłowiec z "Gallery". Flotylla wchodziła już w zasięg stacjonującego na kontynencie europejskim lotnictwa i w przekonaniu O'Malleya ta bitwa została wygrana. Konwój poniósł stosunkowo niewielkie straty, a do końca podróży brakowało jeszcze trzydziestu sześciu godzin.
Lądowanie było kwestią rutyny, toteż pilot wkrótce ruszył do mesy, by się czegoś napić i zjeść kilka kanapek. Czekał tam już Calloway. O'Malley znał go tylko z widzenia, dotychczas nie zamienił jeszcze z dziennikarzem ani słowa.
– Czy lądowanie na tym lilipucim okręciku jest tak niebezpieczne, jak na to wygląda?
– Na lotniskowcu pokład jest odrobinę większy. Nie pisze pan chyba o mnie reportażu?
– A czemu nie? Wczoraj zniszczył pan trzy okręty podwodne.
O'Malley potrząsnął głową.
– Dwie fregaty, dwa helikoptery plus posiłki z innych jednostek eskortowych. Leciałem tam, gdzie mnie skierowano. W takich łowach bierze udział wiele osób. Każda musi dać z siebie wszystko. W przeciwnym razie wygrywają ci inni chłopcy.
– Tak jak zeszłej nocy?
– Czasem i im się udaje. Właśnie spędziłem cztery godziny nad wodą i wróciłem z niczym. Może coś tam było, a może nie. Wczoraj po prostu dopisało mi szczęście.
– Czy nie dręczy pana to, że zatapia pan tylu ludzi? – spytał Calloway.
– Proszę pana, służę w marynarce siedemnaście lat i nie spotkałem człowieka, którego bawiłoby zabijanie bliźnich. Nawet tak tego nie nazywamy, chyba, że po pijanemu. Zatapiamy okręty i mówimy, że to wyłącznie okręty; martwe przedmioty bez ludzi na pokładzie. Nie jest to uczciwe, ale tak właśnie robimy. Do licha, po raz pierwszy w życiu naprawdę wykonuję zawód, do którego zostałem przyuczony. Dotąd moim zajęciem były wyprawy ratunkowe. Aż do wczoraj nie zrzuciłem ani jednej prawdziwej torpedy na prawdziwy okręt podwodny. Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym, czy mi się to podoba, czy nie… – urwał. – To paskudny dźwięk – podjął po chwili. – Słyszy pan syk uchodzącego powietrza. Podobnie, jeśli przebije się kadłub na dużej głębokości, nagła zmiana ciśnienia wewnątrz okrętu powoduje samozapłon i ludzie się palą. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi ktoś kiedyś opowiadał. Tak czy owak, słyszy pan syk powietrza, potem straszny pisk – jakby opon przy gwałtownym hamowaniu. To puszczają grodzie. Następnie dźwięk rozdzieranego kadłuba, głuchy huk… coś w tym rodzaju. I koniec. Setka ludzi nie żyje. Nie. Niespecjalnie to lubię. Do licha, a jednak jest to w jakiś sposób ekscytujące – ciągnął dalej O'Malley. – Robi pan coś niebywale skomplikowanego. Wymaga to koncentracji, wprawy i masy abstrakcyjnego myślenia. Trzeba wejść w skórę tych drugich, a jednocześnie myśleć po swojemu o zniszczeniu martwego tworu, jakim jest obcy okręt podwodny. Niewiele to ma sensu, prawda? Słowem, nie zastanawiam się nad tymi aspektami swojej pracy. W przeciwnym razie nie wykonałbym roboty.
– Czy wygramy?
– To już zależy od chłopców na lądzie. My ich tylko wspieramy. Po to są te konwoje.
– Powiedziano mi, że nie żyjecie – odezwał się Bieriegowoj.
– Tym razem nie spadł mi nawet włos z głowy. Tylko Wania sobie nie pospał. Co z atakiem?
– Pierwsze doniesienia są obiecujące. Tutaj wdarliśmy się sześć kilometrów w głąb terytorium przeciwnika i prawie tyle samo w Springe. Jutro być może otoczymy Hanower.
Aleksiejew zastanawiał się chwilę, czy jego przełożony miał rację. Może faktycznie linie NATO są już tak słabe, że przeciwnik musi oddawać teren.
– Towarzyszu generale – pojawił się oficer wywiadu armii. – Otrzymałem meldunek o niemieckich czołgach w Eldagsen.
– Gdzie, do diabła, jest to Eldagsen? – Bieriegowoj popatrzył na mapę. – Toż to dziesięć kilometrów za linią frontu! Zweryfikujcie, proszę, ten meldunek!
Pod nogami zatrzęsła im się ziemia. W sekundę później ogłuszył ich ryk silników odrzutowych i huk wyrzutni rakiet.
– Trafili w radiostację! – poinformował oficer łączności.
– Natychmiast uruchomić zastępczą! – krzyknął Aleksiejew.
– Ależ to była zastępcza! Pierwszą zniszczyli zeszłej nocy – odparł Bieriegowoj. – Montują właśnie następną. Musimy zaczekać.
– Nie – sprzeciwił się Aleksiejew. – Dowodzić będziemy w ruchu.
– W ten sposób trudno o dobrą koordynację.
– Jak będziecie martwi, tym bardziej niczego nie skoordynujecie.
Piekielnie trudno było się wyrwać. Jak w złym śnie – pomyślał McCafferty. Ale ze snu człowiek zawsze się kiedyś obudzi. W górze krążyły co najmniej trzy patrolowe maszyny Bear-F, zrzucając wokół pławy sonarowe. Były dwie fregaty klasy Krivak i sześć okrętów patrolowych Grisha. Na domiar złego przyplątał się jeszcze victor-III. Jak dotąd "Chicago" jakoś sobie radził. W ciągu kilku ostatnich godzin tej nieprawdopodobnej zabawy zatopił victora, grisbę oraz uszkodził krivaka. Sytuacja jednak wciąż była tragiczna. Rosjanie rzucili ogromne siły i McCafferty nie był już w stanie dłużej utrzymywać ich na odległość wyciągniętego ramienia. W czasie, który poświęcił na wytropienie i zniszczenie victora grupy jednostek nawodnych zmniejszyły dystans do pięciu mil. Jak bokser, który walczy z pinczerem, "Chicago" miał szansę tak długo, jak długo utrzymywał przeciwnika z dala od siebie.
McCafferty całą duszą pragnął porozmawiać z Toddem Simmsem z "Bostona". Mogliby skoordynować czynności. Podwodny telefon jednak nie działał na taką odległość, a ponadto powodował zbyt wiele hałasu. Gdyby chciał natomiast porozumieć się drogą radiową, "Boston" musiałby płynąć blisko powierzchni i wystawić nad wodę antenę. Kapitan był pewien, że Todd zaszył się pod wodą najgłębiej, jak mógł. Amerykańska doktryna zakładała, iż każdy okręt działa samotnie. Rosjanie przeciwnie, preferowali taktykę kolektywną. McCafferty potrzebował jakichś nowych pomysłów. Zgodnie z książką "Chicago" powinien tak manewrować, by oderwać się od nieprzyjaciela. W obecnej jednak sytuacji okręt był ściśle związany z zajmowaną pozycją i nie mógł zanadto oddalać się od swych towarzyszy. Gdyby Rosjanie zorientowali się, iż jest tutaj uszkodzona jednostka, rzuciliby się na "Providence" jak zgraja wściekłych psów. A on nie mógłby wiele zdziałać. Za łódź podwodną klasy 688 Iwan chętnie oddałby mniejszą jednostkę.