– To rzeczywiście problem, szefie. Powinniśmy przekradać się ostrożnie, trzymać blisko ziemi i korzystać z każdej nadarzającej się osłony… ale z mapy wynika, że w promieniu siedmiu kilometrów niewiele jest miejsc, które mogą zapewnić nam taką osłonę. Nie możemy też zanadto zboczyć z drogi, bo natkniemy się na główną szosę, a tej nie przejdziemy.
Pojawił się Nichols.
– W czym problem?
Smith zreferował sprawę. Edwards sięgnął po radio.
– Zauważyliście, że są na szczycie wzgórza, tak? – spytał Brytan.
– Zgadza się.
– Do licha. Musicie dotrzeć na tamto wzgórze. Nie ma szans, by się tam dostać?
A to niespodzianka – pomyślał Edwards.
– Żadnych. Powtarzam: nie ma takiej możliwości. Znam lepsze sposoby, by popełnić samobójstwo. Dajcie nam trochę czasu do namysłu. Połączymy się.
– Dobrze, czekamy.
Edwards i podoficerowie pochylili się nad mapą.
– Wszystko zależy od tego, ilu tam mają ludzi i jak są czujni – myślał na głos Nichols. – Jeśli ulokowali tam pluton, możemy się spodziewać patroli. Pytanie, jak często? Mnie osobiście nie chciałoby się dwa razy dziennie złazić z tej góry i ponownie się na nią wspinać.
– A ilu ludzi ty byś tam umieścił? – spytał Smith.
– Iwan ma na Islandii całą dywizję spadochroniarzy plus siły pomocnicze. Niech to będzie w sumie dziesięć tysięcy ludzi. Nie mogą całej wyspy zamienić w garnizon. Tak więc na tym czy na jakimś innym pagórku może znajdować się najwyżej pluton, a może tylko kilku obserwatorów. Na przykład artyleryjskich, coś w tym rodzaju. Wypatrują waszego desantu. Stamtąd, z góry, ktoś z dobrą lornetką ma oko na całą leżącą po północnej stronie zatokę. Z tyłu widok aż do Keflaviku. Wypatrują też pewnie naszych samolotów.
– Nie próbujesz przypadkiem siebie i nas uspokajać? – zapytał Smith.
– Myślę, że do tego wzgórza możemy się podkraść w miarę bezpiecznie. Potem zaczekać do nocy – takiej, jaka tutaj jest – i spróbować przejść. Będą nas mieli pod słońce.
– Robił pan już takie rzeczy? – zaciekawił się Edwards.
Nichols skinął głową.
– Na Falklandach. Byliśmy tam tydzień przed inwazją, by zbadać parę rzeczy. To samo się szykuje tutaj.
– Przez radio nic nie wspominali o inwazji.
– Poruczniku, wyląduje tutaj wasza piechota morska. Nikt mi wprawdzie tego otwarcie nie powiedział, ale nie przysłali nas tu po to, byśmy znaleźli odpowiednie miejsce na boisko piłkarskie, prawda?
Nichols miał około trzydziestu pięciu lat, z których blisko dwadzieścia spędził w wojsku. Był najstarszy w całej grupie i niebywale go irytowało, że musi słuchać rozkazów starszego rangą amatora. Jedyną zaletą młodego meteorologa było to, że chętnie słuchał rad.
– Okay, chcieli, byśmy na tym wzgórzu założyli punkt obserwacyjny. Co pan sądzi o tym niższym wzniesieniu, na zachód od głównego wierzchołka?
– By się tam dostać, musimy nadłożyć szmat drogi. Ale oczywiście, dopóki Ruscy nie zostaną zaalarmowani, możemy się tam ulokować.
– Zgoda, kiedy już przejdziemy na drugą stronę drogi, porozmawiamy z Brytanem. Ma pan rację, sierżancie Nichols. Teraz proponuję odpoczynek. Wygląda na to, że przed nami kawał drogi.
– Do podnóża wzniesienia piętnaście kilometrów. Musimy tam być o zachodzie słońca.
Edwards popatrzył na zegarek.
– W porządku, ruszamy za godzinę.
Podszedł do Vigdis.
– I co, Michael? Co robimy dalej?
Porucznik wyjaśnił jej sytuację.
– Musimy podejść bardzo blisko do Rosjan. To może być niebezpieczne.
– Chcesz powiedzieć, żebym dalej z wami nie szła?
Powiedz tak, a zranisz jej uczucia – pomyślał Edwards. – Powiedz nie, a… kurwa mać!
– Nie chcę, żeby znowu cię skrzywdzili.
– Zostanę z tobą, Michael. Z tobą jestem bezpieczna.
Kilka godzin zajęło wypompowanie wody, którą uprzednio wlano do wnętrza okrętu, by upozorować jego mocny przechył. Wrażenie nieprzydatności jednostki potęgować miała jeszcze ostentacyjna, gorączkowa działalność nurków. Potężne holowniki "Catcombe" i "Vecta" przeciągnęły okręt do Solent. Pokład startowy lotniskowca został odremontowany w stoczni Yosper i tylko łaty na kadłubie noszącego dumną nazwę okrętu mówiły o pośpiechu, w jakim tych napraw dokonywano. Pracowało przy nich dwa tysiące osób. Urządzenia do przechwytywania lądujących samolotów przysłano prosto z Ameryki. Stamtąd też nadeszła nowa aparatura elektroniczna, która zastąpiła dawną, zniszczoną przez rosyjskie rakiety. Holowniki podciągnęły jednostkę do Calshot Castle, skąd okręt, już samodzielnie, popłynął na południe, do Horn Channel, mijając po wschodniej stronie zacumowane w Cowes jachty. W Portsmouth czekała już eskorta. Niewielka formacja natychmiast wyruszyła w drogę. Zrazu na południe, a następnie na zachód, na kanał La Manche.
Na pokładzie wylądowały samoloty. Najpierw bombowce atakujące Corsair, a następnie cięższe intrudery oraz vikingi, maszyny do tropienia okrętów podwodnych. USS "Nimitz" wracał do służby.
– …i ognia!
Trzy godziny morderczej pracy skumulowały się w połowie sekundy. Kiedy sprężone powietrze wypchnęło w ciemne wody Morza Barentsa dwie torpedy, przez okręt przeszło znane załodze drżenie.
Radziecki kapitan zbyt palił się do tego, by potwierdzić zniszczenie "Chicago" i, zostawiwszy daleko w tyle dwie pozostałe jednostki klasy Grisha, niebacznie zbliżył się do amerykańskiego okrętu.
Wszystkie trzy jednostki penetrowały impulsami dno w poszukiwaniu zniszczonego okrętu podwodnego. Nie spodziewaliście się, że czmychniemy na południe – uśmiechnął się pod nosem McCafferty. – Może na północ, może na wschód, ale nie na południe! "Chicago" okrążył szerokim łukiem rosyjską fregatę. Pozostając cały czas tuż poza zasięgiem jej hydrolokatora, zbliżył się do niej na odległość dwóch tysięcy metrów. Jeden pocisk wystrzelił w krivaka, a drugi w najbliższy okręt patrolowy.
– Kurs i szybkość celu bez zmian, sir – torpeda mknęła w stronę radzieckiej fregaty. – Oni ciągle przeczesują wodę po przeciwnej stronie.
Na monitorze kaskad zapłonął jaskrawy punkcik na linii dźwięku celu. Jednocześnie do wnętrza okrętu dotarł grzmot eksplozji.
– Peryskop w górę! – McCafferty nachylił się nad wziernikiem i zaczął go delikatnie dostrajać. – Trafiony. Przetrąciliśmy mu krzyże. Okay… – odwrócił instrument w kierunku grishy. – Dobrze, cel numer dwa zakręca… o cholera, włącza silniki. Zwiększa prędkość i idzie w lewo.
– Szefie, przewody torpedy przecięte.
– Ile jej zostało czasu?
– Cztery minuty, sir.
W ciągu czterech minut poruszający się z pełną prędkością grisha wydostanie się z zasięgu pocisku.
– Szlag by to, chybi. Peryskop w dół. Wynośmy się stąd. Tym razem płyniemy na wschód. Zanurzenie sto trzydzieści metrów. Dwie trzecie naprzód. Prosto na zero-pięć-pięć.
– Najpierw był huk eksplozji. W pół sekundy później zerwał się przewód torpedy numer dwa.
McCafferty i oficer ogniowy ponownie przejrzeli nakres.
– Ma pan rację. Odciąłem ją za wcześnie. No nic – kapitan zbliżył się do stołu nakresowego. – Gdzie pańskim zdaniem są teraz nasi przyjaciele?
– Dokładnie tu, sir. Dwadzieścia, do dwudziestupięciu mil.
– Myślę, że podnieciliśmy Iwana w stopniu wystarczającym. Zobaczymy, czy zdołamy tam wrócić, zanim Rosjanie połapią się w sytuacji.
– Mieliśmy szczęście, kapitanie – zauważył pierwszy oficer.