Выбрать главу

– Ma pan rację. Chcę wiedzieć, gdzie są ich okręty podwodne. Victort którego dostaliśmy, po prostu przepływał obok nas. A gdzie reszta? Jednostki nawodne nie będą nas ścigać w nieskończoność.

Pewnie, że nie – upewnił się w duchu McCafferty. Rosjanie do prowadzenia pościgu za okrętami podwodnymi ustanowili sektory dla poszczególnych typów jednostek. Okręty nawodne i lotnictwo miało swój rejon, a jednostki podwodne swój… Kapitanowi błysnęło w głowie, że jednak wykonał kawał solidnej roboty. Trzy okręty patrolowe, wielka fregata i okręt podwodny stanowiły łup, którego zdobycie komuś innemu zajęłoby dobry tydzień.

Ale to jeszcze nie koniec. Wszystko skończy się, kiedy doprowadzą "Providence" do granicy pływającego lodu.

UKRYCI WŚRÓD SKAŁ

Islandia

Pierwszy odcinek drogi liczył piętnaście kilometrów w linii prostej. Szlak, którym się posuwali, niewiele jednak miał wspólnego z linią prostą. Znajdowali się w terenie wulkanicznym, pełnym dużych i małych skał. Duże zapewniały osłonę i pod nimi często przystawali na odpoczynek. Bez przerwy kluczyli, podchodzili i schodzili, skręcali to w prawo to w lewo, każdemu krokowi naprzód towarzyszył krok w innym kierunku i ostatecznie z piętnastu kilometrów zrobiło się trzydzieści.

Po raz pierwszy Edwards czuł, iż znajduje się pod nieustanną obserwacją. Jakkolwiek wierzchołek, który omijali, skryty był za granią, Rosjanie mogli mieć swoich ludzi w innych jeszcze miejscach. Może radziecki sierżant dostrzegł już ich karabiny i wojskowe plecaki, może sięgał właśnie po słuchawkę polowego radia, by wezwać helikopter z uzbrojonymi żołnierzami? Uciekinierom serca biły szybko z wysiłku. Pod wpływem strachu biły jeszcze szybciej, jakby spłacając procenty lichwiarzowi.

Prowadzący sierżant Nichols był bezlitosny. Choć najstarszy wiekiem w grupie, imponował Edwardsowi kondycją. Posuwać się musieli w absolutnym milczeniu, więc sierżant nie mógł pokrzykiwać na maruderów. Ale wystarczał jego pogardliwy wzrok. Jest dziesięć lat ode mnie starszy – myślał Edwards – a ja uprawiałem lekkoatletykę. Nie dam mu się. Sierżant Nichols cały czas trzymał się z dala od prowadzącej wzdłuż wybrzeża szosy. W pewnym miejscu droga zataczała łuk wokół niewielkiej zatoczki i przed uciekinierami stanął okrutny dylemat: albo dojrzą ich radzieccy obserwatorzy ze wzgórza, albo jadący szosą Rosjanie.

Wybrali drogę. Posuwali się powoli i ostrożnie. Co piętnaście minut przystawali i badali okolicę, wypatrując zbliżających się pojazdów. Kiedy trafili wreszcie do otoczonego stromymi ścianami parowu, zachodzące po północno-zachodniej stronie słońce stało już bardzo nisko. Rozłożyli się pośród skał i odpoczywali. Czekała ich najtrudniejsza część zadania: przemknąć się tuż przed nosem radzieckich strażników.

– Miła przechadzka, prawda? – na czole sierżanta brytyjskiej piechoty morskiej nie było kropli potu.

– Próbuje pan coś udowodnić, sierżancie? – zapytał Edwards.

– Proszę mi wybaczyć, poruczniku, ale pańscy przyjaciele powiedzieli mi, że trzyma pan formę.

– Nie sądzę, żebym dostał zawału, jeśli o to panu chodzi. Co dalej?

– Należy przeczekać godzinę, aż słońce opadnie jeszcze niżej. Wtedy ruszymy. Mamy przed sobą jeszcze czternaście kilometrów. Musimy je przebyć jak najszybciej.

Jezu słodki – jęknął w duchu Edwards, ale zachował kamienną twarz.

– Jest pan pewien, że nas nie dostrzegą?

– Pewien? Wcale nie jestem pewien, poruczniku. Ale w półmroku najtrudniej coś dostrzec.

– No cóż, skoro zaprowadził nas pan już tak daleko… Teraz zajmę się damą.

– Sam bym się nią zajął – mruknął Nichols, obserwując oddalającego się Mike'a.

– Nie mów tak, Nick – odezwał się cicho Smith.

– Daj spokój. Sam wiesz, o co mu…

– Nick, ani słowa o tej pani – ostrzegł Smith. Był zmęczony, ale nie aż tak. – Chłopie, ona przeszła piekło. Porucznik jest dobry. Człowieku, też myślałem, że to dupek. Myliłem się. A Vigdis to fajna dziewczyna.

Islandka siedziała skulona pod skałką. Pilnował jej Rodgers, lecz na widok nadchodzącego porucznika natychmiast się oddalił.

– I jak się czujesz? – spytał Mikę.

Odwróciła lekko głowę.

– Jak nieżywa, Michael. Nigdy nie byłam tak zmordowana.

– Mała, ja też. – Edwards usiadł obok niej i rozprostował nogi. Dziwił się, że mięśnie jeszcze trzymają się kości. Zachował jednak tyle energii, by zanurzyć dłoń we włosach Vigdis. Były przepocone, ale nie robiło mu to różnicy. – Jeszcze tylko troszeczkę. W końcu sama chciałaś iść z nami dalej, prawda?

– Byłam głupia!

W jej głosie zabrzmiały nutki rozbawienia i Mikę przypomniał sobie słowa ojca: "Dopóki człowiek się śmieje, nie przegrał".

– Ach, daj spokój. Lepiej wyciągnij nogi, bo ci do końca zdrętwieją. No już, prostuj je – porucznik nacisnął kolana dziewczyny i zaczął masować jej łydki. – Przydałyby się banany.

– Co? – uniosła głowę.

– Banany zawierają potas, który zapobiega skurczom mięśni.

I wapno niezbędne kobietom w ciąży – dodał w duchu.

– Co zrobimy na tym kolejnym wzgórzu?

– Poczekamy na dobrych chłopców.

– Przybędą? – jej głos lekko się zmienił.

– Mam nadzieję.

– I odlecisz z nimi?

Mikę milczał przez chwilę. Odwaga walczyła w nim z nieśmiałością. A jeśli powie…?

– Iz tobą… – zawahał się. – Jeśli naturalnie…

– Naturalnie, Michael.

Położył się obok dziewczyny. Ze zdumieniem pojął, że jej pożąda. Przestała już być ofiarą gwałtu, przestała być dziewczyną w ciąży z innym mężczyzną. Nie była kimś obcym, należącym do innego kręgu kulturowego. Jej osobowość wywierała na poruczniku kolosalne wrażenie. Osobowość i wiele innych rzeczy, których nie potrafił określić. Ale nie potrzebował żadnych określeń.

– Miałaś rację, chyba cię kocham – mruknął i wziął ją za rękę.

USS "Chicago"

– To jeden z nich, sir. Chyba "Providence". Słyszę niezwykłe hałasy. Jakby uderzały o siebie metalowe przedmioty.

Od dwóch godzin tropili cel; każdy kontakt był celem. Zbliżali się bardzo ostrożnie, aż w końcu namierzyli przypuszczalne źródło hałasu. Szalejący na górze sztorm zakłócał pracę ich sonaru. Przeżyli długie, ciężkie chwile, zanim ustalili charakterystykę kontaktu. Czyżby była to rosyjska jednostka podwodna? Dopiero delikatny klekot uszkodzonego kiosku powiedział im, z kim mają do czynienia. McCafferty polecił zbliżyć się do celu z szybkością ośmiu węzłów.

Czy na "Providence" naprawiono już systemy hydrolokacji? Na pewno próbowali – pomyślał McCafferty. Więc jeśli im się to udało i namierzyli skradającą się ostrożnie od tyłu jednostkę, skąd mogli wiedzieć, że to "Chicago" a nie, na przykład, okręt klasy Victor-lII.

McCafferty też nie miał stuprocentowej pewności, że ma przed sobą "Providence". Dlatego właśnie amerykańskie okręty podwodne operowały samotnie. Zbyt wiele niewiadomych, by działać w grupie.

Radzieckie jednostki nawodne zostały daleko w tyle. Taktyka ciosu i ucieczki, jaką zastosował McCafferty, kompletnie zbiła je z tropu i zanim ucichł głos nagonki, Amerykanie wsłuchiwali się w odgłosy pogoni, do której włączyły się również samoloty. Obecnie "Chicago" miał już to wszystko trzydzieści mil za rufą. Kapitan był rad, że wypadki przybrały taki właśnie obrót, ale z drugiej strony brak w tej okolicy jakichkolwiek jednostek nawodnych budził w nim niepokój. Mogli trafić w rejon patrolowany przez okręty podwodne. A to był dużo groźniejszy przeciwnik. Z victorem mieli po prostu szczęście. Rosyjskiego dowódcę zbyt pochłonęło samo polowanie i przestał zwracać uwagę na otoczenie. To był błąd, ale McCaffrty nie Jiczył na to, że kapitan kolejnego okrętu go powtórzy.