Выбрать главу

Sierżant wprawdzie nie pozwolił im podnosić głów, ale Edwards nie byłby człowiekiem, gdyby od czasu do czasu się nie rozglądał. Nad nimi piętrzyło się wzgórze – góra! – o stromych zboczach. Wulkan. Wygląd wierzchołka nie kojarzył się porucznikowi z wulkanem. A może tam w ogóle nikogo nie ma? Może wcale nas nie widzą, może właśnie śpią, albo jedzą, albo wypatrują samolotów? Siłą woli odwrócił wzrok od szczytu.

Plątanina skał, którą miał przed oczyma, jakby zlała się w jedno i Edwards widział już tylko posępną, zwartą masę kamienia. Wędrowali oddzielnie, w milczeniu. Twarze mieli nieruchome, co znaczyło albo skrajną determinację, albo skrzętnie skrywane zmęczenie. Wędrówka po tym skalistym terenie wymagała maksymalnej uwagi. Niedługo koniec – kołatało w głowie Mike'a. – Jeszcze ostatni wysiłek. Ostatnie wzgórze do przebycia… Potem koniec – obiecywał sobie Edwards. – Potem będę już tylko jeździł samochodem po poranne gazety. A jeśli kupię sobie piętrowy dom, to zainstaluję w środku windę. Dzieciom każę strzyc trawę, a sam będę się temu przyglądał z ustawionego na ganku fotela.

Kiedy zostawili już wzgórze za sobą, Edwards obejrzał się przez ramię. Z jakiegoś niepojętego względu nie pojawił się rosyjski helikopter pełen spadochroniarzy. Trafili w bezpieczniejszą okolicę i Nichols zwolnił tempo marszu. Cztery godziny później wierzchołek skrył się za ostrą niczym nóż granią zbudowaną ze skał wulkanicznych. Sierżant zarządził postój. Wędrowali siedem godzin bez przerwy.

– Nie było to aż tak trudne, prawda? – zapytał Nichols.

– Następnym razem, jak będzie pan skakał na spadochronie, proszę jednak złamać sobie tę kostkę – odparł Mikę.

– Najtrudniejsze za nami. Czeka nas jeszcze ten niewielki pagórek – Nichols wykonał ruch ręką.

– Może jednak przedtem napijemy się wody, co? – wtrącił Smith, wskazując odległy o sto metrów potok.

– Dobrze. Poruczniku, na szczyt musimy się dostać jak najszybciej.

– Zgoda. To już ostatnie, cholerne wzgórze, na jakie się w życiu wespnę.

Nichols zachichotał.

– Taką obietnicę składałem już sobie setki razy.

– W to nie uwierzę.

USS "Independence"

– Witam pana na pokładzie, Toland! Admirał Beattie przysłał list, w którym nie może się pana nachwalić – wiceadmirał Scott Jacobsen, mimo iż posiadał tylko trzy gwiazdki, pełnił funkcję naczelnego dowódcy atlantyckiej floty uderzeniowej. Posiadał wieloletnią praktykę lotniczą, a ponadto był najstarszym stopniem dowódcą grup lotniskowców w marynarce. Na stanowisku tym zastąpił admirała Bakera.

– Przypisuje mi zbyt dużą rolę. Po prostu przekazałem wyżej pomysł, na który wpadł ktoś inny.

– W porządku. Był pan na "Nimitzu", kiedy okręt został trafiony?

– Owszem, sir. Przebywałem akurat w centrum informacji bojowej.

– Oprócz pana wyniósł stamtąd głowę tylko Sonny Svenson?

– Tak, sir. Kapitan Svenson.

Jacobsen podniósł słuchawkę telefonu i wybrał trzy cyfry.

– Proszę przysłać do mnie kapitana Spauldinga. Dziękuję. Komandorze Toland, pan, ja oraz mój oficer operacyjny przeanalizujemy ponownie tamto wydarzenie. Chcę wiedzieć, że niczegośmy nie przeoczyli. Synu, nie pozwolę, by ktoś zrobił dziurę w moim lotniskowcu.

– Pan ich chyba trochę nie docenia.

– Doceniam, doceniam. Dlatego pan tu jest. Wasza grupa bojowa zbyt mocno wysunęła się na północ, jak na tamte warunki. Zajęcie Islandii stanowiło genialną zagrywkę taktyczną. Kompletnie pomieszało nam szyki. Teraz chcemy to naprawić, komandorze.

– Mam nadzieję, sir.

USS "Reuben James"

– Czyż to nie piękna jednostka? – odezwał się O'Malley.

Wyrzucił niedopałek za burtę, skrzyżował ramiona na piersi i spoglądał na majaczący na horyzoncie ogromny lotniskowiec. Okręt stanowił tylko szary, mroczny kształt, na którego płaskim pokładzie lądowały właśnie samoloty.

– Miałem napisać reportaż o konwoju – parsknął Calloway.

– Cóż, właśnie skręca w lewo. To już koniec reportażu – pilot spojrzał na reportera z szerokim uśmiechem. – Do licha, zrobił mnie pan sławnym.

– Wy, cholerni piloci, wszyscy jesteście tacy sami! – odwarknął gniewnie korespondent Reutera. – Kapitan nie był nawet łaskaw poinformować mnie, dokąd płyniemy.

– Nie wie pan? – zdziwił się O'Malley.

– No dobrze, więc dokąd płyniemy?

– Na północ.

Le Havre, Francja

Niebawem miał przybyć tu konwój, toteż z portu usunięto wszystkie jednostki. Statki handlowe wyminęły kilka wraków okrętów, które wpadły na radzieckie miny. Część z nich postawiona została jeszcze przed wojną, a część zrzucona z samolotów. Sam port również był sześciokrotnie atakowany przez radzieckie myśliwce bombardujące dalekiego zasięgu. Broniło go francuskie lotnictwo i naloty te kosztowały Rosjan bardzo drogo.

Pierwsze pojawiły się ogromne trejlerowce. Na ośmiu jednostkach tego typu przybyła pełna dywizja pancerna. Natychmiast skierowano je do Basenu Theophile'a Durrocqa. Statki kolejno opuszczały na nabrzeże otwierane rampy rufowe, po których zaczęły wytaczać się czołgi. W porcie czekały już przyczepy niskopodwoziowe – na nich pojazdy pancerne miały dotrzeć na linię frontu. Załadowane lory przejeżdżały z kolei na przylegające do portu tereny zakładów Renaulta, gdzie mieścił się punkt zbiorczy. Wyładunek dywizji trwał kilka godzin. Niebawem jednostka miała ruszyć w stronę odległego o niecałe pięćset kilometrów frontu.

Po pełnej napięcia i, zdawałoby się, trwającej wieki podróży zderzenie z europejską kulturą stanowiło dla amerykańskich żołnierzy szok. Wielu z nich należało do Gwardii Narodowej, którą rzadko kiedy wysyłano za morze. Pracownicy portowi i kierująca ruchem policja byli zbyt zmęczeni ciągnącą się od tygodni gorączkową pracą, by okazywać jakiekolwiek emocje. Ludność cywilna jednak, mimo trzymanej w ścisłej tajemnicy daty przybycia konwoju, dowiedziała się o wpływającej do portu flotylli i tłumnie pojawiła się na nabrzeżu. Amerykańskim żołnierzom nie wolno było wprawdzie oddalać się od swoich kompanii, ale po krótkich, nieoficjalnych negocjacjach, zezwolono niewielkiej delegacji mieszkańców miasta spotkać się z nowo przybyłym wojskiem. Nie stanowiło to większego niebezpieczeństwa – linie telefoniczne pozostawały pod ścisłą kontrolą NATO – a spotkanie przyniosło nieoczekiwany skutek.

Podobnie jak ich ojcowie i dziadkowie, przybywający żołnierze zrozumieli, że Europa warta jest walki. Spotkali tu zwykłych ludzi, nad głowami których zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Amerykańskie wojsko miało walczyć nie w imię abstrakcyjnej idei, politycznych decyzji czy zawieranych na papierze traktatów. Żołnierze przybyli tu zza morza dla tych właśnie ludzi, takich samych jak ci, których zostawili w swoich domach.

Wszystko to trwało dwie godziny dłużej, niż przewidywano. Niektóre pojazdy uległy w podróży uszkodzeniom, ale policja portowa sprawnie zorganizowała punkty naprawcze. Wczesnym popołudniem dywizja ruszyła na wojnę. Poruszała się z szybkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę wielopasmową autostradą, na której wstrzymano wszelki ruch. Na poboczach stali ludzie i pozdrawiali żołnierzy, ci zaś dokonywali ostatniego przeglądu sprzętu. Skończyła się łatwa część ich wyprawy.

Islandia

Kiedy o czwartej nad ranem weszli wreszcie na wierzchołek, okazało się, że góra ma kilka "wierzchołków". Rosjanie zajęli najwyższy, odległy o pięć kilometrów. Grupa Edwardsa miała do wyboru dwa inne szczyty, każdy z nich niższy o kilkadziesiąt metrów od kilometrowej wysokości głównego. Wybrali wyższy, z którego mieli doskonały widok na niewielki port rybacki w Stykkisholmurze leżący niemal dokładnie na północy oraz na rozległą zatokę o skalistych brzegach, zwaną na mapie Hvammsfjórdur.