Выбрать главу

– To bardzo dogodny punkt obserwacyjny, poruczniku Edwards – zauważył Nichols.

– Bardzo dobrze, że tu zostajemy, sierżancie. Już nóg nie czuję. – Edwards skierował lornetkę na wschodni wierzchołek. – Nie widać tam żadnego ruchu.

– Ale na pewno są na tym szczycie – odparł Nichols.

– To jasne jak słońce – poparł go Smith.

Edwards zszedł niżej i rozpakował radio.

– Brytan, tu Ogar. Jesteśmy na miejscu.

– Podajcie dokładnie współrzędne.

Porucznik rozwinął mapę i odczytał dane topograficzne.

– Na najwyższym wzgórzu Rosjanie założyli punkt obserwacyjny. Zgodnie z mapą dzieli nas od nich około pięciu kilometrów. Jesteśmy tu dobrze ukryci, a żywności i wody mamy na dwa dni. Widzimy drogi prowadzące do Stykkisholmuru. Warunki atmosferyczne są idealne, mamy stąd widok nawet na Keflavik, ale tam nie rozróżniamy żadnych szczegółów. Widzimy tylko sam półwysep.

– To dobrze. Teraz spójrz na północ i opowiedz, co tam widzisz.

Edwards wręczył antenę radiową Smithowi, po czym odwrócił się i skierował szkła w stronę miasteczka.

– No cóż, teren tutaj zupełnie płaski, ale wznosi się wyraźnie nad poziom morza. Miasteczko jest maleńkie, może osiem domów. W porcie kilka niewielkich łodzi rybackich… naliczyłem dziewięć. Na północ i na wschód od portu całymi kilometrami ciągnie się skaliste wybrzeże. Nie widać żadnych transporterów ani w ogóle żadnych Rosjan… Chwileczkę. Widzę dwa samochody terenowe zaparkowane na ulicy. Ale nikogo przy nich nie ma. Słońce stoi jeszcze nisko i wszystko pogrążone jest w cieniu. Ulice i drogi puste. Myślę jednak, że niebawem zacznie się na nich jakiś ruch.

– Doskonale, Ogar. Powiadom nas, jak tylko zobaczysz Rosjan. Choćby to był tylko jeden żołnierz, musimy o nim wiedzieć. Czekajcie.

– Czy ktoś nas stąd zabierze?

– Nie wiem, o czym mówisz Ogar.

USS "Independence"

Toland stał w centrum informacji bojowej i obserwował monitory. Najbardziej niepokoiły go okręty podwodne. Wprawdzie na zachód od Islandii, w Cieśninie Duńskiej, operowało osiem jednostek podwodnych NATO, ale zawsze kilka wrogich mogło prześlizgnąć się przez sformowaną z nich barierę. Dzięki wyeliminowaniu rosyjskich myśliwców w Keflaviku okręty Paktu Atlantyckiego miały zapewnioną asystę orionów z lotnictwa morskiego stacjonujących w Sondrestrom na Grenlandii. Zamykało to Rosjanom jedyną możliwą drogę do atlantyckiej floty uderzeniowej. Równolegle do posuwającej się grupy bojowej kolejną barierę tworzyły okręty podwodne Paktu Atlantyckiego, wspierane startującymi z lotniskowców samolotami S-3A Orion.

Pentagon powiadomił prasę, że dywizja piechoty morskiej jest już w drodze do Niemiec, gdzie sytuacja na polu walki ciągle była niepewna. W rzeczywistości, ustawiona w ścisłym szyku formacja okrętów desantowych znajdowała się w odległości dwudziestu mil od lotniskowca Tolanda i płynęła kursem zero-trzy-dziewięć.

Od prawdziwego celu dzieliło ją jeszcze czterysta mil.

USS "Reuben James"

– Nie płyniemy już na północ – stwierdził przy kolacji Calloway. W kuchni okrętowej kończyła się świeża sałata.

– Ma pan rację – przyznał O'Malley. – Myślę, że płyniemy na zachód.

– Czy mógłby mi pan powiedzieć, w co się teraz pakujemy? Zostałem odcięty od przekaźników satelitarnych.

– Osłaniamy grupę bojową "Nimitza", choć przy prędkości dwudziestu węzłów nie jest to takie proste.

O'Malley był podenerwowany. Robili rzecz ryzykowną. Na tym wprawdzie polegała wojna, ale pilot nie znosił wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z wojną. A szczególnie ryzyka. Ale płacą mi za pracę, a nie za to, co o niej myślę – dodawał w duchu.

– Eskorta składa się głównie z jednostek brytyjskich?

– I co z tego?

– Mój reportaż, w którym chcę przekazać ludziom w kraju, jak ważne…

– Niech pan posłucha, panie Calloway. Dajmy na to, że opublikuje pan swój reportaż w gazecie. I dajmy na to, że rosyjski agent przeczyta tę gazetę, a potem prześle…

– A jak prześle? Przecież rząd niewątpliwie trzyma pod ścisłą kontrolą środki łączności.

– Iwan posiada masę satelitów komunikacyjnych. Tak samo zresztą jak my. Tylko na tej rozkosznej, niewielkiej fregacie są dwa nadajniki satelitarne. Widział je pan. Nie są wcale drogie. Na takie urządzenie stać każdego. Poza tym obowiązuje nas całkowita cisza w eterze. Obecnie oba przekaźniki są nieczynne.

Pojawił się Morris i zajął miejsce w końcu stołu.

– Kapitanie, dokąd płyniemy? – zapytał Calloway.

– Właśnie się dowiedziałem, lecz przykro mi, tego panu wyjawić nie mogę. Współdziałamy z "Battleaxe" i zabezpieczamy tyły "Nimitza". Nasz kryptonim brzmi: "Siły Mike'a".

– Czy dostaniemy jeszcze jakąś pomoc? – spytał O'Malley.

– Płynie do nas "Bunker Hill". Uzupełnił zapasy i wraz z HMS "Illustrious" dołączy do naszej dwójki. Kiedy się tylko pojawią, my ponownie przejmiemy rolę wysuniętej pikiety. Za cztery godziny rozpoczynamy operację zwalczania okrętów podwodnych. Ciągle jeszcze może się tu czaić jakiś Rosjanin, który ma chrapkę na lotniskowiec.

USS "Chicago"

Mieli trzy kontakty. Wszystkie pojawiły się w ciągu dziesięciu minut. Dwa z nich znajdowały się przed "Chicago", nieco po lewej i prawej stronie, a trzeci zupełnie z lewej burty amerykańskiego okrętu. McCafferty zdawał sobie sprawę, że Rosjanie wiedzą o zniszczonych przez amerykańskie okręty jednostkach podwodnych. Prawdopodobnie zdążyły bowiem wysłać na powierzchnię alarmowe boje radiowe. Tego był prawie pewien. Znaczyło to, że jego taktyczne sukcesy sprowadziły na trzy amerykańskie okręty jeszcze większe kłopoty.

– Sterownia, tu sonar. Mamy sygnał pław sonarowych na pozycji dwa-sześć-sześć. Naliczyliśmy trzy… nie, cztery hydrolokatory.

Kolejne beary? – zastanawiał się McCafferty. – Skoordynowane łowy?

– Dowódco, lepiej będzie, jak pan tu przyjdzie! – krzyknął szef hydrolokacji.

– Co się dzieje?

Monitor kaskad nieoczekiwanie ożył, wypełniając się obrazami.

– Sir, pojawiają się przed nami trzy linie pław sonarowych. A więc mamy do czynienia co najmniej z trzema samolotami. Ten jest bardzo blisko, ale chyba się oddala od rufy. Może kieruje się wprost na naszych przyjaciół.

McCafferty obserwował, jak w minutowych odstępach pojawiają się nowe linie. Każda z nich obrazowała rosyjską pławę sonarową. Jedna linia maszerowała na wschód, dwie szły w innych kierunkach.

– Chcą nas otoczyć, szefie.

– Na to wygląda, sir.

Za każdym razem, gdy niszczyliśmy radziecką jednostkę, zdradzaliśmy swoją pozycję – pomyślał dowódca.

– Wielokrotnie już namierzyli nasz kurs i szybkość.

"Chicago" był już w rowie Svyataya Anna. Tor wodny prowadzący do granicy lodu pływającego liczył sto mil szerokości i pięćset czterdzieści metrów głębokości.

Ale ile tam czaiło się rosyjskich okrętów podwodnych? Załoga hydrolokacji cały czas podawała współrzędne kontaktów, a kapitan obserwował, jak zaciska się wokół nich pierścień pław.

– To chyba "Providence", sir. Zwiększyła właśnie prędkość. Ha! Sądząc po hałasie, rzeczywiście płynie szybciej. Ta pława musi być bardzo blisko niej. Ale ciągle nie potrafię namierzyć "Bostona".

Dwa znajdujące się w przodzie kontakty tkwiły w jednym miejscu i do czasu, aż Rosjanie lub McCafferty nie wykonają jakiegoś ruchu, ustalenie dokładnej odległości było niemożliwe. Gdyby "Chicago" skręcił w lewo, zbliżyłby się do trzeciego. Na to akurat amerykański kapitan nie miał najmniejszej ochoty. Gdyby natomiast skręcił w prawo, oddaliłby się od jednostki zagrażającej "Providence". Jeśli nie uczyni nic, nic nie zyska, toteż McCafferty sam już nie wiedział, co ma robić.