Выбрать главу

– Kolejna pława, sir.

Spadła między dwa cele. Rosjanie najwyraźniej próbowali namierzyć "Providence".

– Tam jest "Boston". Tak… minął właśnie pławę.

W miejscu, gdzie dotąd nic nie było, rozbłysła naraz linia nowego kontaktu. Todd zwiększył prędkość, by zwrócić na siebie uwagę – pomyślał kapitan. – Potem zejdzie na dużą głębokość i wymknie się pogoni. Spójrz na to od strony Rosjan – tłumaczył sobie McCafferty. – Do końca nie są pewni, z czym mają do czynienia. Wiedzą zapewne, że jest nas więcej niż jeden okręt, ale nie wiedzą dokładnie ile. Nie mają jak się dowiedzieć. Dlatego, zanim otworzą ogień, spróbują nas wypłoszyć i zorientować się w sytuacji.

– Torpeda w wodzie! Współrzędne: jeden-dziewięć-trzy.

Rosyjski bear wystrzelił torpedę w "Bostona". McCafferty obserwował na monitorze, jak Simms schodzi na wielką głębokość, a za jego okrętem pomyka torpeda. By uniknąć śmiercionośnego pocisku, Anglik gwałtownie zmienił zanurzenie i wykonał kilka nieoczekiwanych zwrotów oraz zmian prędkości. Pojawiła się jaskrawa linia wystrzelonego generatora szumów. Urządzenie utrzymywało stały kurs, podczas gdy "Boston" oddalał się od instrumentu. Torpeda natychmiast zmieniła kierunek ataku i pomknęła za generatorem. Pędziła w tamtą stronę przez trzy minuty, aż skończyło się jej paliwo.

Ekran znów był w miarę pusty. Pozostały tylko impulsy emitowane przez pławy sonarowe. "Boston" i "Providence" zwolniły i zniknęły z ekranów – ale to samo stało się też z sygnałami radzieckimi.

Co kombinują? Jaki jest ich plan? – zapytywał siebie w duchu kapitan. – Jakie to jednostki?

Tanga – przyszło mu do głowy. – To muszą być tanga. Wyłączyły silniki elektryczne i przeszły na prędkość ekonomiczną. Dlatego ich obraz znikł z ekranów. W porządku, nie zamierzają iść za nami. Zatrzymały się, kiedy samolot wykrył obecność "Providence" i "Bostona". Teraz koordynują poszukiwania z bearami. A więc muszą wypłynąć na niewielką głębokość, gdzie dobiegające z powierzchni zakłócenia bardzo ograniczą pracę ich sonarów.

– Szefie, wydaje mi się, że to są poruszające się z prędkością około dziesięciu węzłów tanga. Czy z dokładniejszej analizy możemy wyciągnąć jakieś wnioski, jak daleko są od nas?

– W tych warunkach wodnych… dziesięć do dwunastu mil. Ale byłbym z tymi liczbami ostrożny, sir.

Na północ od "Chicago" pojawiły się trzy kolejne linie pław. McCafferty skupił uwagę na mapach nakresowych. Urządzenia spadły dwie mile od linii pozostałych pław, a to już pozwoliło ustalić odległość.

– Nie są zbyt subtelni – zauważył pierwszy oficer.

– A po co, skoro nie muszą? Spróbujmy przedostać się między pławami.

– A co robią nasi przyjaciele?

– Też powinni ruszyć na północ. Wolę nie myśleć o siłach, jakie Rosjanie przeciw nam rzucili. Przechodzimy dokładnie w tym miejscu.

Pierwszy oficer wydał odpowiednie rozkazy i "Chicago" znów ruszył do przodu. Dopiero teraz mieli się przekonać, co warta była pochłaniająca impulsy sonarowe gumowa wykładzina okrętu. Nanieśli na nakres najświeższe współrzędne rosyjskich jednostek. McCafferty wiedział, że i Rosjanie mogą w każdej chwili ruszyć i kiedy ich ponownie namierzy, będą zapewne niebezpiecznie blisko. "Chicago" schodził w głębinę. Gdy znalazł się już na głębokości trzystu metrów, przyjął precyzyjnie wyliczony kurs, wiodący dokładnie między dwiema wysyłającymi impulsy pławami. Za rufą pojawiła się kolejna torpeda, więc kapitan polecił wykonać gwałtowny manewr, ale po chwili zrozumiał, że pocisk wystrzelony został albo na ślepo, albo w kogoś innego. Nasłuchiwali kilka minut hałasów czynionych przez pędzącą torpedę. Potem dźwięki zamilkły. To wyśmienity sposób, by wytrącić przeciwnika z równowagi – błysnęło McCafferty'emu w głowie.

Ponownie skierował okręt na północ.

W miarę, jak zbliżali się do linii czujników sonarowych, współrzędne pław się zmieniały. Pławy zrzucone zostały w dwumilowych odstępach, więc "Chicago" mijał każdą w odległości jednej mili. Pierwszą barierę przekroczył, pełznąc prawie po dnie. Hydrolokatory nastrojono na taką częstotliwość dźwięku, że wyraźnie słychać było go w środku okrętu. Jak w kinie – myślał dowódca, obserwując załogę. Osoby, które nie zajmowały się bezpośrednio nawigacją, rozglądały się po ścianach i suficie okrętu, którego kadłub pieściły dobiegające z zewnątrz impulsy. Dziwna pieszczota. Następna linia pław znajdowała się trzy mile dalej. "Chicago" skręcił nieco w lewo, by dostać się w kolejną przerwę między hydrolokatorami.

Okręt zredukował prędkość do czterech węzłów. Sonar przez chwilę wskazywał po północnej stronie coś, co mogło okazać się kontaktem. Źródło dźwięku jednak prawie natychmiast zniknęło. Może tango, może nic. Niemniej naniesiono skrzętnie ów sygnał na nakres. Przebycie bariery sonarowej zajęło blisko godzinę.

– Torpeda z lewej burty! – krzyknął sonarzysta.

– Ster, cała w prawo. Maksymalna prędkość.

"Chicago", niepomny na wytwarzany hałas i krążący nad wodą samolot, który zrzucił już jedną torpedę, gwałtownie przyspieszył. Płynęli tak trzy minuty. Potem jednostka zatrzymała się, by sprawdzić, co robi pocisk.

– Gdzie torpeda?

– Wysyła impulsy, sir. Ale w inną stronę. Zmieniła kierunek na południowy i dźwięk zamiera.

– Jedna trzecia naprzód.

– Następna torpeda w wodzie na pozycji zero-cztery-sześć.

– Ster prawo i cała naprzód – ponownie zarządził McCafferty. Odwrócił się do pierwszego oficera. – Wie pan, o co im chodzi? Zrzucają je na ślepo, by nas wystraszyć i zmusić do ruchu.

Cholera, wyśmienita taktyka! Wiedzą, że nie możemy ignorować obecności torpedy i pozostawać w bezruchu.

– Ale skąd wiedzieli, że tu jesteśmy?

– Może tylko zgadywali, a może coś usłyszeli. Potem daliśmy im dokładny namiar.

– Kapitanie, torpeda. Współrzędne: zero-cztery-jeden. Pocisk wysyła impulsy prosto na nas, ale nie jestem pewien, czy nas wykrył. Sir, kolejny kontakt na pozycji- zero-dziewięć-pięć. Hałas mechaniczny. Przypuszczalnie okręt podwodny.

– I co teraz? – szepnął McCafferty.

Zostawił rosyjską torpedę z tyłu i zszedł prawie na samo dno. Kiedy "Chicago" przyspieszył do dwudziestu węzłów, użyteczność sonaru spadła do zera. Niemniej mogli ciągle rejestrować impulsy ultradźwiękowe wysyłane przez torpedę, a McCafferty tak manewrował, by nurkująca broń znajdowała się cały czas za rufą jego okrętu.

– W górę na głębokość trzydziestu metrów. Wystrzelić generator szumów.

– Cała w górę na płatach głębokościowych! – zarządził oficer szasowania balastów, napełniając szybko powietrzem przednie zbiorniki wyrównawcze. Manewr ten i generator szumów wytworzyły tak wielkie zaburzenie w wodzie, iż przechodząca pod okrętem torpeda natychmiast pomknęła w tamtą stronę. Dobry, choć rozpaczliwy manewr. Okręt szybko szedł w górę, elastyczny kadłub, w miarę jak malało zewnętrzne ciśnienie wody, rozprężał się z trzaskiem.

W okolicy czaiła się wroga jednostka podwodna, która odbierała wszystkie hałasy emitowane przez "Chicago", toteż McCafferty'emu pozostała tylko ucieczka. Dobrze wiedział, że przeciwnik w każdej chwili może zaatakować torpedą samosterującą. Nie rozumiał jednego: skąd w ogóle wziął się ten okręt podwodny. McCafferty polecił zwolnić do pięciu węzłów i wykonać zwrot. Pociskowi kończyło się paliwo. Ale miał nowy kłopot: ten radziecki okręt podwodny zbliżał się.