Выбрать главу

Dostawy ciągle szwankowały. Wiele spośród podległych mu jednostek liniowych posiadało zapasy wystarczające w najlepszym przypadku na cztery dni. Był to bardzo wąski margines. W czasie przedwojennych ćwiczeń rezerwy takie wydawały się być całkiem wystarczające, ale teraz, gdy ważyły się losy ludzi i narodów, sytuacja stawała się krytyczna. Jaki miał wybór?

– Generale, dostaliśmy meldunek, że rosyjski pułk atakuje Wezerę. Wygląda na to, że Iwan zamierza przeprawić wojska na lewy brzeg.

– Czym tam dysponujemy?

– Batalionem Landwehry. Ale jest mocno wykrwawiony. Mamy dwie kompanie czołgów; na miejsce powinny dotrzeć za niecałą godzinę. Są oznaki, że Rosjanie również kierują w tamtą stronę posiłki. Wszystko wskazuje na to, że tam właśnie przeniesie się główna oś ich ataku.

Dowódca sił sprzymierzonych wychylił się w krześle i popatrzył na mapę. Jeden z rezerwowych pułków potrzebował trzech godzin, by dotrzeć do Ruhle. Generał uwielbiał hazard. Nigdzie nie czuł się tak dobrze, jak przy karcianym stoliku, na którym leżała kilkusetdolarowa pula. Przeważnie wygrywał. Jeśli nie powiedzie się atak na południe ze Springe… Rosjanie zapewne przerzucą na drugi brzeg Wezery dwie lub trzy dywizje. Przeciw nim będzie mógł wystawić dokładnie jeden pułk. Jeśli wyśle do Springe swoją nową dywizję czołgów, a jej jakimś cudem uda się dotrzeć na miejsce w porę, pozbawi się szansy na kontratak w przypadku nowych, nieprzewidzianych posunięć Rosjan. Nie, po prostu nie przeprowadzi kontrataku. Wskazał Springe.

– Kiedy mogą wyruszyć?

– Cała dywizja… w najlepszym razie za sześć godzin. Możemy też spróbować przegrupować jednostki w drodze na południe do…

– Nie.

– Zatem wyruszymy ze Springe na południe z tym tylko co mamy już gotowe? Teraz?

– Też nie.

Dowódca sił sprzymierzonych potrząsnął głową i zaczął wyłuszczać plan…

Islandia

– Widzę jednego! – zawołał Garcia.

Natychmiast zjawili się przy nim Edwards i Nichols.

– Witaj, Iwan! – odezwał się cicho sierżant.

Z odległości pięciu kilometrów nawet przez lornetkę trudno było coś dokładnie zobaczyć.

Na prowadzącej na szczyt grzędzie Edwards dostrzegł niewielką figurkę człowieka. Człowiek uzbrojony był w karabin, a na głowie zamiast hełmu miał jakąś czapkę, zapewne beret. Figurka przystanęła i uniosła ręce do twarzy. Też ma lornetkę – stwierdził Edwards. Rosjanin skierował szkła na północ, lekko w dół i wodził nimi od lewej do prawej. Potem odwrócił się i zaczął spoglądać w stronę Keflaviku. Pojawił się następny człowiek. Podszedł do tamtego. Chyba rozmawiali, ale było zbyt daleko, by móc to stwierdzić z całą pewnością. Ten z lornetką wskazał coś na południu.

– I co o tym sądzicie? – spytał Edwards.

– Pewnie gadają o pogodzie, o dziewczynach, o sporcie, o jedzeniu; kto ich tam wie – odparł Nichols. – O, następny!

Zza grani wyłoniła się trzecia sylwetka. Człowiek zaczął coś mówić, bo po chwili dwójka żołnierzy zniknęła z pola widzenia. To musi być oficer – pomyślał Edwards. – Ciekawe, jakie wydajesz rozkazy?

Po chwili na zbocze góry wyszła cała grupa ludzi. W niepewnym świetle trudno było policzyć, ale składała się co najmniej z dziesięciu osób. Połowa z nich dźwigała osobistą broń. Ci ruszyli na dół. Na zachód.

– Dobry dowódca – pochwalił Nichols. – Wysłał patrol, by sprawdził, czy okolica jest bezpieczna.

– I co robimy? – zapytał Edwards.

– A jak pan myśli, poruczniku?

– Mamy rozkaz tu czekać. Czekajmy więc i miejmy nadzieję, że nikt nas nie zauważy.

– Mało prawdopodobne, by nas dostrzegli. Nie sądzę, by schodzili na sam dół, to jakieś dwieście siedemdziesiąt metrów, po to tylko, by wspiąć się na nasz pagór i sprawdzić, czy nie ma tu jakichś jankesów. Proszę nie zapominać, że obecność Rosjan odkryliśmy wyłącznie dzięki temu, że przylecieli śmigłowcem.

Czyli niewiele brakowało, a wleźlibyśmy im prosto w łapy – pomyślał Edwards. – Bezpieczny będę dopiero u siebie w domu, w Maine.

– Ciekawe, czy to już wszyscy?

– Musi tam być co najmniej pluton. Chytre posunięcie naszych przyjaciół, prawda?

Podczas gdy żołnierze piechoty morskiej nieustannie obserwowali Rosjan, Edwards poinformował Brytana o nieoczekiwanym rozwoju sytuacji.

– Pluton?

– Tak uważa sierżant Nichols. Wiesz, kolego, z odległości pięciu kilometrów raczej trudno dokładnie porachować pogłowie.

– Dobrze. Czy zaobserwowaliście jakieś samoloty?

– Ostatni przeleciał wczoraj.

– A co w samym Stykkisholmurze?

– Zbyt daleko, by coś rozróżnić. Samochody terenowe ciągle stoją na ulicy. Żadnych transporterów. Myślę, że trzymają tu niewielki garnizon, by mieć oko na port. Łodzie rybackie bez przerwy tkwią na przystani.

– Wyśmienicie. Pierwszorzędny raport, Ogar. Trzymajcie się.

Major wyłączył radio i zwrócił się do oficera przy konsoli radiowej.

– To skandal trzymać ich w takiej niewiedzy.

Oficer z wydziału operacji specjalnych napił się herbaty.

– Jeszcze większym skandalem byłoby to, gdyby operacja nie wyszła.

Edwards nie złożył radia, tylko oparł je o skałę. Siedem metrów poniżej wierzchołka, na płaskim występie skalnym spała Vigdis. Porucznik o niczym tak nie marzył jak o śnie.

– Kierują się w naszą stronę – poinformował Garcia.

Wręczył Edwardsowi lornetkę. Parę metrów dalej Smith naradzał się z Nicholsem.

Mikę skierował szkła na Rosjan. Przekonywał sam siebie, że istnieje nikła szansa, by obcy żołnierze pojawili się na ich wzgórzu.

– Tak, tak, wmawiaj to sobie – wycedził przez zęby pod własnym adresem.

Przeniósł lornetkę wyżej, na sam szczyt wzgórza, gdzie mieścił się rosyjski punkt obserwacyjny.

– O, znowu! – odezwał się sierżant do porucznika.

– Co takiego?

– Błysk. Widziałem błysk na tamtym wzgórzu. Refleks słońca albo coś w tym rodzaju.

– Lśniąca skała – parsknął porucznik, nie patrząc nawet we wskazanym przez żołnierza kierunku.

– Towarzyszu poruczniku! – na dźwięk ostrego tonu oficer odwrócił się gwałtownie. Ujrzał nadlatujący w swoją stronę kamień. Był zbyt zaskoczony, by się rozgniewać. – Czy ta skała lśni?

– Więc jakaś stara puszka! Wspinacze i turyści pozostawiali tu sporo śmieci.

– To dlaczego błysk się powtórzył?

Porucznik w końcu wpadł w złość.

– Sierżancie, wiem, żeście przez rok służyli w Afganistanie. Wiem, że ja jestem tylko młodym oficerem. Ale jestem tym cholernym oficerem, a wy tylko cholernym sierżantem!

Oto jedna z osobliwości naszego bezklasowego społeczeństwa – pomyślał sierżant, nie spuszczając wzroku z przełożonego.

Mało kto wytrzymałby takie spojrzenie.

– No dobrze, sierżancie. Nadajcie komunikat – porucznik wskazał radio.

– Markowskij, zanim tu wrócicie, sprawdźcie wzgórze po waszej prawej stronie.

– Ależ to dwieście metrów wspinaczki! – zaprotestował dowódca drużyny.

– Zgadza się. Nie zajmie to wam wiele czasu – odparł łagodnie sierżant.

USS "Independence"