Toland włożył przezrocze do rzutnika.
– Te zdjęcia satelitarne pochodzą sprzed niecałych trzech godzin. Iwan dysponuje trzema radarami śledzącymi tu, tu i tu. Raz dziennie zmienia ich pozycje, a to znaczy, że zapewne ten jest już w innym miejscu. Włącza je mniej więcej dwa razy na godzinę. W Keflaviku mamy cztery ruchome wyrzutnie SA-11, po cztery pociski w każdym pojeździe. Te SAM-y to bardzo niedobra wiadomość. Znacie, panowie, skuteczność tej broni. Ponadto musimy uwzględnić obecność kilkuset ręcznych wyrzutni SAM-ów. Zdjęcia pokazują też sześć ruchomych dział przeciwlotniczych. Nie zanotowaliśmy ani jednego stacjonarnego, ale one tam są, panowie, tyle, że zamaskowane.
A także co najmniej pięć, a zapewne dziesięć myśliwców przechwytujących Mig-29. Był tam cały pułk tych maszyn, ale chłopcy z "Nimitza" skutecznie ich liczbę zredukowali. Proszę pamiętać, że te, które pozostały, umknęły dwóm eskadrom tomcatów. Tak mniej więcej wyglądają siły przeciwnika w Keflaviku.
Toland ustąpił miejsca oficerowi operacyjnemu, który zaczął szczegółowo omawiać zadanie. Wywód zrobił na Tolandzie duże wrażenie. Komandor pomyślał, że dobrze by było, gdyby skutki planowanej operacji wywarły podobne wrażenie na Rosjanach.
Pięćdziesiąt minut później wystartowały pierwsze E-2C hawkey'e i w towarzystwie myśliwców zbliżyły się na odległość osiemdziesięciu mil do wybrzeży Islandii. Utworzyły tam dla całej formacji parasol radarowy. Pozostałe hawkeye'e, rozciągnięte na większej przestrzeni, postawiły barierę radiolokacyjną chroniącą przed atakiem rakietowym ze strony wrogich samolotów i okrętów podwodnych.
Radziecki radar naziemny wykrył obecność hawkeye'ów, zanim te uruchomiły swe potężne systemy. Na radzieckich ekranach pojawił się obraz dwóch powolnych turboodrzutowców krążących tuż poza zasięgiem rosyjskich SAM-ów. Każdej maszynie towarzyszyły dwa inne samoloty, w których Rosjanie na swych ośmiościeżkowych urządzeniach rozpoznawali eskortę hawkeye'ów – myśliwce przechwytujące typu Tomcat.
Zawyły syreny alarmowe. Piloci myśliwców zajmowali miejsca w kabinach, załogi dział przeciwlotniczych i wyrzutni rakietowych biegły na wyznaczone posterunki. Rosyjskimi myśliwcami dowodził major, który miał na koncie trzy zestrzelone samoloty, a cnoty ostrożności nauczył się w sposób nader bolesny. Był już raz strącony. Dowodzony przez niego pułk wpadł w zastawioną przez Amerykanów pułapkę; major nie chciał, by historia się powtórzyła.
Teraz jednak nie miał jak się dowiedzieć, czy nad Islandię rzeczywiście nadciąga atak, czy jest to tylko kolejna amerykańska zagrywka. Podjął decyzję. Na jego rozkaz myśliwce wzbiły się na wysokość dwóch tysięcy siedmiuset metrów i pod osłoną SAM-ów krążyły nad półwyspem, trzymając się lądu i oszczędzając paliwo. Przez ostatnie dni piloci ostro ćwiczyli tę taktykę i byli przekonani, że obsługi wyrzutni rakietowych i dział przeciwlotniczych, na tyle na ile jest to możliwe, potrafią odróżnić własne maszyny od obcych. Kiedy myśliwce osiągnęły już wyznaczony pułap, radary ostrzegające poinformowały pilotów, że po wschod niej i zachodniej stronie kręci się więcej amerykańskich hawkeye'ów. Wiadomość tę, wraz z żądaniem wysłania backfire'ów, przekazano natychmiast do bazy. Ziemia jednak poleciła zlokalizować dokładnie amerykańską flotę i ustalić jej skład. Komendant bazy po prostu zlekceważył wiadomość o hawkeye'ach.
Dowódca radzieckich myśliwców klął na czym świat stoi. Amerykańskie samoloty radiolokacyjne stanowiły główny cel, a ponadto znajdowały się tak kusząco blisko. Gdyby dysponował pełnym pułkiem, ruszyłby na nie natychmiast; nawet jeśliby w starciu z osłoną myśliwską miał poświęcić kilka swoich maszyn. Teraz jednak rozum dyktował mu, że przeciwnik tego właśnie oczekuje.
Pierwsze wystartowały intrudery. Ruszyły na południe, mknąc tuż nad falami z szybkością pięciuset węzłów. Pod skrzydłami miały podwieszone rakiety antyradarowe Standard-ARM. Za nimi, na dużej wysokości poruszały się tomcaty. Kiedy myśliwce minęły już samoloty radiolokacyjne, oświetliły swymi radarami krążące migi i zaczęły odpalać rakiety Phoenix.
Migi nie mogły zignorować ataku. Radzieckie myśliwce rozdzieliły się na dwójki i kierowane przez naziemnych kontrolerów radarowych rozprzestrzeniły się po niebie. Intrudery wzbiły się wyżej, po czym z odległości trzydziestu mil – ciągle jeszcze poza zasięgiem radzieckich SAM-ów – każda z maszyn wystrzeliła w stronę rosyjskich radarów śledzących po cztery rakiety Standard-ARM. Operatorzy sowieckich radiolokatorów stanęli przed okrutnym wyborem: albo nadal prowadzić namiar, skazując się na prawie pewną zagładę, albo wyłączyć urządzenia – ale wtedy straciliby kontrolę nad rozgrywającą się w powietrzu bitwą. Wybrali złoty środek. Dowódca radzieckich SAM-ów polecił w nieregularnych odstępach czasu włączać i wyłączać systemy, żywiąc nadzieję, że zmyli tym nadlatujące pociski, a jednocześnie zdoła w jakiś sposób wykryć zbliżający się nalot. Rakiety miały do celów ponad minutę lotu, ale większość załóg radiolokatorów – okropnie myląc otrzymany rozkaz – zdążyła wyłączyć urządzenia na dobre. Najpierw nadleciały phoenixy. Piloci migów, których nie prowadziły już żadne radary naziemne, zaczęli manewrować. W jedną z maszyn wycelowane były aż cztery pociski. Samolot uniknął dwóch z nich po to tylko, by zderzyć się z trzecim. Rosyjski major zaklął. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo jest bezradny. Gorączkowo próbował coś wymyślić. Potem pojawiły się standardy-ARM. Rosjanie dysponowali trzema radarami śledzącymi i trzema do wykrywania nadlatujących rakiet. W chwili, kiedy ogłoszono pierwszy alarm, wszystkie funkcjonowały, lecz na wieść o ataku rakietowym obsługi natychmiast wyłączyły urządzenia. Częściowo tylko zdołały zmylić tym standardy. System naprowadzania tych rakiet rejestrował również i pozycję celu w razie, gdyby ten przerwał pracę. Tak zatem pociski mknęły po ustalonej uprzednio trasie. Rakiety zniszczyły dwa nadajniki. Dwa inne uszkodziły.
Amerykański dowódca zadania był zaniepokojony. Rosyjskie myśliwce nie podejmowały walki nawet wtedy, gdy intrudery wzbiły się na wyższy pułap. A przecież, przygotowany na taką okoliczność, trzymał w odwodzie myśliwce, które teraz krążyły blisko ziemi. Nie przewidział tego, że radzieckie radary przerwą pracę. Wydał kolejny rozkaz. Od północnej strony wynurzyły się lecące na małej wysokości trzy eskadry samolotów F f A-18 Hornet.
Dowodzący radziecką obroną przeciwlotniczą polecił niezwłocznie uruchomić radary. Najpierw przekonał się, że nie nadlatują żadne nowe pociski, a następnie spostrzegł pędzące na małej wysokości hornety. Dowódca migów również ujrzał zbliżające się myśliwce. Pojął, że ma szansę. Migi-29 były bliźniaczo podobne do maszyn amerykańskich. Hornety namierzyły rosyjskie wyrzutnie SAM-ów i zaczęły wypuszczać w ich stronę pociski rakietowe. Niebo cięły smugi ognia. Dwa hornety zostały trafione rakietami, dwa inne zestrzeliła artyleria w chwili, kiedy amerykańskie myśliwce bombardujące mknęły nad ziemią, zrzucając bomby i ziejąc ogniem z działek pokładowych.
Następnie pojawiły się migi. Piloci amerykańscy, choć zostali ostrzeżeni o nadlatujących rosyjskich maszynach, byli już zbyt blisko, by zareagować natychmiast. Kiedy jednak samoloty pozbyły się bomb, znów stały się myśliwcami i pomknęły w górę – bardziej niż rakiet obawiały się migów. W powietrzu zapanowało okropne zamieszanie.
Maszyny były trudne do odróżnienia, nawet gdyby stały obok siebie na pasach startowych. W ferworze walki, przy szybkości sześciuset węzłów stawało się to praktycznie niemożliwe, toteż Amerykanie, mimo przewagi liczebnej, musieli czekać z otwarciem ognia do chwili, aż przekonają się, do czyjego samolotu celują. Rosjanie wiedzieli, kogo atakują, ale też mieli kłopoty z odróżnieniem maszyny towarzysza od maszyny wroga. Samoloty roiły się bezładnie w powietrzu, zbliżały się do siebie na odległość wykluczającą użycie rakiet. Walka przybrała charakter anachronicznych pojedynków na działka pokładowe. A wokół niebo pruły rakiety wystrzeliwane z dwóch ocalałych rosyjskich wyrzutni. Zarówno kontrolerzy amerykańskich samolotów radiolokacyjnych, jak i radzieccy operatorzy naziemnych radarów byli bezradni. Wszystko spoczywało w rękach pilotów.