– Zgadnij.
– Szefie, z całą pewnością idą do nas – ostrzegł przez radio Smith.
– Widzę. Wszyscy ukryci?
– Poruczniku, niech podejdą jak najbliżej. Wtedy dopiero otworzymy ogień – włączył się do rozmowy Nichols.
– On ma rację, szefie – przytaknął Smith.
– Okay. Macie jakieś pomysły, panowie? Chcę je znać… Aha, prosiłem przez radio o pomoc. Może dostaniemy jakieś wsparcie lotnicze.
Mikę wprowadził nabój do komory karabinu, sprawdził, czy broń jest zabezpieczona i odłożył M-16 na ziemię. Wszyscy marines uzbrojeni byli w ręczne granaty. Edwards, który nigdy nie miał z nimi do czynienia, po prostu bał się tego sprzętu.
No chłopcy, spieprzajcie stąd, a my będziemy wam wdzięczni, że zostawiacie nas w spokoju. Ale Rosjanie uparcie szli do góry. Spadochroniarze wspinali się powoli, w jednej ręce trzymając karabin, a drugą badając chwyty. Nie patrzyli ani do góry, ani pod nogi. Mikę był potężnie wystraszony. Żołnierze ci należeli do elitarnych jednostek rosyjskich – takich jak marines – ale on przecież do piechoty morskiej nie należał. To nie było jego miejsce. A fakt, że dwukrotnie już stanął z Rosjanami oko w oko – raz w domu Vigdis i ponownie, podczas strasznej przygody z helikopterem – w tej chwili nie miał znaczenia, nie liczył się. Chciał uciekać – ale jak? Zdobył przecież szacunek swoich marines. Gdyby teraz go odrzucił, czy potrafiłby później normalnie żyć? A co z Vigdis? Uciekać tak na jej oczach? Mikę, czego ty się właściwie najbardziej boisz? – zadał sobie pytanie.
– Tylko spokojnie – mruknął pod nosem.
– Słucham? – spytała Vigdis.
– Nic nic – próbował się uśmiechnąć, ale niezupełnie mu to wyszło.
Nie opuścisz jej, prawda?
Rosjan dzieliło od nich już tylko pięćset metrów w pionie. Teraz posuwali się dużo ostrożniej. Było ich sześciu, szli parami i badali wzrokiem otoczenie. Nie wybierali najłatwiejszej drogi podejścia.
– Szefie, nowy problem – odezwał się Smith. – Chyba wiedzą, że tu jesteśmy.
– Sierżancie Nichols, co pan o tym wszystkim sądzi?
– Dopuścimy ich na sto metrów, a potem, na Boga, dobrze kryjmy głowy! Niech pan spróbuje jeszcze raz połączyć się przez radio.
Edwards włączył urządzenie.
– Brytan, tu Ogar. Potrzebujemy pomocy.
– Pracujemy nad tym. Próbujemy nawiązać kontakt… nawiązać kontakt z kilkoma przyjaciółmi na tej fali. Niestety, wymaga to czasu, poruczniku.
– Mamy najwyżej pięć minut. Potem rozpocznie się strzelanina.
– Nie wyłączaj radia.
Gdzie się podziali? – zdziwił się Edwards. Nikogo nie widział. Skały i ukrycie, pracujące dotąd na ich korzyść, teraz były sprzymierzeńcem wroga.
Wziął się w garść. Był oficerem, sprawował dowództwo, siedział w najdogodniejszym punkcie i musiał zorientować się w sytuacji. By mieć lepszy widok, przesunął się lekko w bok.
– Tam, ktoś jest! – powiedział sierżant, sięgając po radio. – Markowskij, wchodzicie w pułapkę! Widzę na szczycie kogoś w hełmie.
– Macie rację – potwierdził porucznik. Odwrócił się.
– Przygotować moździerz!
Oficer podbiegł do nadajnika radiowego i spróbował połączyć się z Keflavikiem. Uzbrojeni żołnierze na tamtym wzgórzu mogli oznaczać tylko jedno. Ale kontaktu z Keflavikiem nie było.
Edwards zauważył, że jeden z Rosjan wstał, lecz na czyjś okrzyk natychmiast skrył się za skały. Kiedy ponownie się pojawił, trzymał gotową do strzału broń. Porucznik usłyszał ostry świst. W odległości pięćdziesięciu metrów eksplodował pocisk.
– O cholera!
Edwards upadł plackiem na ziemię, wtulił twarz w kamienie. Posypał się nań grad skalnych odłamków. Uniósł lekko głowę, by spojrzeć na Vigdis. Dziewczyna była cała i zdrowa. Przeniósł wzrok na odległy wierzchołek. Jego zboczem zbiegali ludzie. Kolejny pocisk moździerzowy wylądował po prawej stronie, a po nim rozległy się serie z broni maszynowej.
Chwycił radio satelitarne.
– Brytan, tu Ogar. Atakują nas.
– Ogar, jesteśmy w kontakcie z lotniskowcem. Czekaj…
– Kolejna eksplozja wstrząsnęła ziemią. Kula spadła niecałe trzydzieści metrów od Edwardsa, ale porucznik był dobrze ukryty. – Ogar, lotniskowiec jest na twojej fali. Wywołuj go. Kod: Baza Gwiezdna. Wiedzą, gdzie jesteście.
– Baza Gwiezdna, tu Ogar!
– Przyjąłem, Ogar. Powiedziano nam, że jesteście pięć kilometrów na zachód od wzgórza 1064. Powiedz, co się dzieje.
– Baza Gwiezdna, atakuje nas drużyna radzieckiej piechoty. Następni Rosjanie już w drodze. Na 1064 mają posterunek obserwacyjny z moździerzem, który właśnie nas ostrzeliwuje. Potrzebujemy natychmiastowej pomocy.
– Przyjąłem, Ogar. Zaczekaj. Ogar, przyślemy wam pomoc. Dotrze za dwadzieścia pięć minut. Czy możecie jakoś oznaczyć wasze stanowisko?
– Nie mamy jak.
– Zrozumiałem. Trzymaj się, Ogar. Za chwilę znowu się połączymy.
Edwards usłyszał dobiegający z lewej strony krzyk. Wychylił głowę i zobaczył, że pocisk spadł obok stanowiska Nicholsa… a Rosjan ma już niecałe sto metrów przed sobą. Chwycił karabin i wycelował w jedną z postaci, ale ta natychmiast zniknęła mu z oczu.
Wolną ręką sięgnął po radiotelefon.
– Nichols, Smith, tu Edwards. Co się tam dzieje?
– Tu Nichols. Ten, kto strzela z tego moździerza, zna swój fach. Mam dwóch rannych.
– U nas wszystko w porządku, szefie. Widzieliśmy dwóch spadających Rosjan. Wysyłam do pana Garcię.
– No dobrze, chłopcy. Samoloty już do nas lecą. Ja… – znów pojawił się radziecki spadochroniarz. Edwards odrzucił nadajnik, wycelował i posłał w stronę Rosjanina trzy kule. Chybił, a przeciwnik przepadł między kamieniami. Porucznik znów sięgnął po radiotelefon. – Nichols, potrzebujecie pomocy?
– Dwóch z nas może strzelać. Obawiam się, że Rodgers nie żyje. Jest… – radio umilkło na chwilę. – W porządku, w porządku. Właśnie trafiliśmy jednego. Drugi pryska. Niech pan wyjrzy, poruczniku. Pięćdziesiąt metrów po pana lewej stronie czai się dwójka.
Kiedy Mikę wystawił głowę, rozległ się strzał. Odpowiedział ogniem, ale nikogo nie trafił.
– Cześć, szefie! – obok przypadł do ziemi Garcia.
– Tam jest dwóch niedobrych chłopców – wskazał palcem Edwards.
Żołnierz skinął głową i ruszył w lewo. Przebył tylko dziesięć metrów. W odległości czterech kroków za nim eksplodował pocisk z moździerza. Garcia upadł. Nie! Nie, to nieuczciwe! Ja go tam wysłałem! To nieuczciwe!
– Smith, Garcia dostał. Wracaj do mnie! Nichols, jeśli możesz, też tu przyjdź! – włączył radio. – Baza Gwiezdna, tu Ogar. Powiedz pilotom, by się śpieszyli.
– Za dwadzieścia minut, Ogar. Cztery A-7. Wysłaliśmy też inną pomoc. Ale tamte pojawią się pierwsze.
Edwards chwycił karabin i zbliżył się do Garcii. Żołnierz jeszcze oddychał, ale plecy i nogi miał poszarpane odłamkami. Porucznik podpełzł do grani i wyjrzał na drugą stronę. W odległości dziesięciu metrów dostrzegł przykucniętego Rosjanina. Wystrzelił w niego dwa razy. Rosjanin zeskoczył w dół, posyłając szerokim łukiem w stronę Edwardsa serię, która o mało nie trafiła. Gdzie jest drugi?
Michael wychylił głowę i ujrzał w powietrzu nadlatujący kulisty przedmiot. Odskoczył w tył, a granat spadł trzy metry od miejsca, w którym przed chwilą znajdował się porucznik. Mikę przetoczył się w prawo i wrócił na szczyt pagórka.
Jego Rosjanina nie było, ale dojrzał za to innych. Dotarli właśnie do podnóża góry i zaczynali wspinaczkę. Wyprężył ciało i, chowając głowę w ramiona, wyjrzał za grzędę. Dostrzegł następnego. Schodził, dźwigając rannego kolegę. Za jego plecami zaczęły spadać pociski z moździerza. Zabezpieczały mu drogę odwrotu. Pojawił się Smith. Był ranny w ramię.