– Towarzyszu, zwycięstwo Układu Warszawskiego powinno doprowadzić do zjednoczenia Niemiec. Ale mnie chodzi o to, że zjednoczone Niemcy, nawet socjalistyczne Niemcy, stanowić będą dla Związku Radzieckiego zagrożenie strategiczne; ostatecznie jesteśmy bardziej socjalistyczni niż oni, nicht wahr – Mellethin wziął głęboki oddech. Czy ryzykował życiem? Nie miało to dla niego większego znaczenia. Jego rodzina nosiła niegdyś nazwisko von Mellethin, a komunizm wcale nie wpajał zawodowym żołnierzom niezachwianej wierności Państwu. – Towarzyszu sekretarzu partii, radzieckie zwycięstwo uczyni z Niemiec, wszystko jedno: socjalistycznych czy kapitalistycznych, kraj jałowy niczym powierzchnia Księżyca. Zginie co najmniej dziesięć do trzydziestu procent naszych obywateli, a ziemia będzie skażona, nawet bez chemicznego odwetu Zachodu. Towarzyszu, dowiedzieliśmy się dzisiaj, że Amerykanie zaczynają dostarczać drogą lotniczą do bazy w Ramstein bomby chemiczne Bigeye. Jeśli nasi „alianci" zrobią użytek z broni chemicznej, Pakt Atlantycki odpowie im tak samo, a wtedy jest całkiem możliwe, że nasz kraj i cała niemiecka kultura zostaną starte na proch. Wydaje mi się, towarzyszu, iż to właśnie może stanowić dodatkowy, polityczny plan Rosjan.
W twarzy Bitnera nie drgnął ani jeden mięsień i goście nie wiedzieli, że po krzyżu wodza narodu przebiegł zimny dreszcz. Przed tygodniem uczestniczył w niepokojącym spotkaniu w Warszawie, ale dopiero teraz stały się oczywiste niektóre mętne zapewnienia, jakie dawał mu tam radziecki przywódca.
– I nie ma sposobu, by ochronić naszą ludność cywilną? – zapytał.
– Towarzyszu – westchnął generał. – Tych trwałych środków chemicznych nie trzeba wcale wdychać. Działają przez skórę. Jeśli ktoś dotknie skażonej powierzchni, zatruje się. Gdybyśmy nawet polecili ludziom zaryglować się w domach, to przecież domy i mieszkania w blokach nie są szczelne. Ponadto ludzie muszą coś jeść. Robotnicy pewnych kluczowych gałęzi przemysłu muszą pracować. A służba medyczna, policja, bezpieczeństwo wewnętrzne? Wielu bardzo wartościowych obywateli byłoby w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ów niewidzialny i praktycznie niewykrywalny gaz będzie płynął przez nasz kraj, zostawiając toksyczną warstwę na trawnikach, drzewach, płotach, ścianach domów, samochodach – wszędzie. Wiele z tego zmyje deszcz. Ale już badania sprzed paru lat wykazały, że trucizny te, ukryte gdzieś głębiej, mogą przetrwać tygodnie, nawet miesiące. Potrzebowalibyśmy tysięcy ekip odkażających, żeby umożliwić naszym obywatelom wyjście do sklepu. Pułkownik Mellethin ma rację: gdy Rosjanie użyją gazu, a Amerykanie odpowiedzą tym samym, będziemy mieli wiele szczęścia, jeśli za pół roku połowa naszych obywateli pozostanie przy życiu. Łatwiej uchronić się przed skutkami broni jądrowej niż przed gazami; skażenie jądrowe szybko mija.
Du lieber Gott.
– Co powiedzieli? – minister obrony prawie ryknął.
– Towarzysze z bratniej, socjalistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej poinformowali nas, iż użycie broni chemicznej na ich terytorium stanowić będzie śmiertelne zagrożenie dla narodu – odparł sucho minister spraw zagranicznych. – Co więcej, przesłali nam szereg raportów swego wywiadu, które jasno wskazują, iż użycie przez nas takiej broni zdeterminuje tylko NATO i zapewne otworzy drogę innym rodzajom środków masowej zagłady.
– Ależ Niemcy stanowią istotną część planu! – sprzeciwił się minister obrony.
– Towarzysze – zauważył Siergietow – wszyscy świetnie zdajemy sobie sprawę, że środki chemiczne miałyby zgubne skutki głównie dla ludności cywilnej; czyż nie skompromitowałoby to naszej maskirowkfi Czyż nie głosimy, że mamy konflikt z rządem Zachodnich Niemiec? Jak by to wyglądało, gdybyśmy zaraz pierwszego dnia wojny na chłodno wymordowali tysiące cywilów?
Ile niewinnych istot zarżniemy? – pomyślał.
– Jest jeszcze następny problem – odezwał się Bromkowskij. Był stary i schorowany, lecz jego doświadczenia wyniesione z ostatniej wojny z Niemcami oraz poglądy na sprawę obrony budziły powszechny szacunek. – Jeśli zastosujemy tę broń przeciw wojskom NATO, bo nie zdołamy przecież ograniczyć działania gazu wyłącznie do jednostek niemieckich, to czym odpowiedzą? Stany Zjednoczone i Francja już teraz oświadczyły, że gaz traktują jako środek masowej zagłady.
– Amerykański arsenał broni chemicznej to żart – odrzekł minister obrony.
– Z materiałów, jakie przestudiowałem w waszym ministerstwie, wynika coś wręcz przeciwnego – odpalił Bromkowskij. – Zapewne też śmiejecie się z ich pocisków jądrowych! Jeśli wymordujemy tysiące niemieckich cywilów, ich rząd zasypie nasz kraj bombami atomowymi. Czy sądzicie, że kiedy gaz zabije parę tysięcy amerykańskich żołnierzy, amerykański prezydent powstrzyma się przed użyciem broni masowej zagłady? Towarzysze, przecież dyskutowaliśmy już tę kwestię. Wojna przeciw NATO ma być operacją polityczną, prawda? Obecnie mamy pewność, że do wojny po stronie Niemiec nie włączy się co najmniej jedno państwo. A to już wielkie zwycięstwo polityczne. Użycie środków chemicznych zniweczy tę przewagę, stawiając nas w bardzo trudnej sytuacji. Myślę, że Politbiuro nie może tak hojnie szafować chemią. Towarzyszu ministrze obrony, czy twierdzicie, że wygramy wyłącznie przy użyciu broni masowej zagłady? – starzec pochylił się i mówił z szorstką opryskliwością. – Czyżby zmieniła się sytuacja? Przypomnijcie sobie, jak mówiliście, że jeśli nie uzyskamy strategicznego zaskoczenia, wycofamy armię. Straciliśmy element zaskoczenia?
Minister obrony zesztywniał.
– Armia radziecka jest gotowa i zdolna wypełnić nałożone na nią zadania. Już za późno, by się cofać. To też kwestia polityczna, Pietia.
– Pakt Atlantycki się mobilizuje – wtrącił Siergietow.
– Za późno i bardzo niezdecydowanie – odparł szef KGB. – Wydarliśmy z sojuszu NATO jeden kraj. Pracujemy nad następnymi, siejąc w Europie i w Ameryce dezinformację o zamachu bombowym. Duch walki w krajach należących do Paktu Atlantyckiego jest słaby i nikt nie zechce walczyć w obronie niemieckich morderców. Polityczni przywódcy Zachodu szybko więc znajdą sposób, by wykręcić się od udziału w konflikcie.
– Ale nie wtedy, gdy spacyfikujemy gazem cywilów – pokręcił głową minister spraw zagranicznych. – Stary Pietia i młody Siergieto mają rację: polityczny koszt użycia tej broni jest po prostu zbyt wysoki.
– Ale dlaczego? Dlaczego to robią? – pytał prezydent.
– Nie wiemy, sir – pytanie prezydenta najwyraźniej zepsuło dobry nastrój dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej. – Wiemy, że cała ta afera z zamachem bombowym na Kremlu została sfabrykowana…
– Widział pan artykuł w dzisiejszym „Post"? Prasa twierdzi, że ten Falken przypisał sobie całą „agencję" czy też jej niemiecki odpowiednik.
– Panie prezydencie, prawda jest taka, że Herr Falken był radzieckim szpiegiem; ogniwem „uśpionej" siatki KGB. Niemcy niewiele wygrzebali na jego temat. Wygląda to tak, jakby trzynaście lat temu spadł nagle z nieba i przez kolejne dwanaście prowadził to przedsiębiorstwo importowo-eksportowe. Sir, Rosjanie najprawdopodobniej planują atak na NATO. Na przykład, ani nie zwalniają z wojska rezerwistów, ani też nie ogłaszają nowego poboru, który notabene powinien się był zacząć już kilkanaście dni temu. Ponadto wynikła sprawa tego majora Specnazu, którego schwytali Niemcy. Do Republiki Federalnej przeniknął jeszcze przed zamachem bombowym i miał zniszczyć bazę wojsk łączności Paktu Północnoatlantyckiego. W jakim celu, tego, panie prezydencie, nie wiemy. Możemy dokładnie określić, co Rosjanie robią, ale nie potrafimy dojść przyczyny tych działań.