– Zadziwiające, jak niewiele można zobaczyć, co, Joe? – zapytał pierwszego oficera.
Na wysokości trzystu trzydziestu metrów kłębiły się chmury, a fale i deszcz natychmiast zalały soczewki peryskopu. Nikt jeszcze nie wymyślił skutecznego sposobu, by przecierać zorientowane na obserwację szkła – pomyślał McCafferty. – Może za osiemdziesiąt parę lat…
– Woda też jakby pociemniała – odparł z nadzieją w głosie Joe. Kontakt wzrokowy z wrogim samolotem mógł przyprawić o zawał serca załogę każdego okrętu podwodnego.
– Pogoda wybitnie nie sprzyja lotom patrolowym, prawda? Nie sądzę, aby ktoś mógł nas zauważyć – kapitan specjalnie powiedział to głośno, by usłyszała go zgromadzona w centrali załoga.
– Przed nami jakieś dwie mile głębszej wody – oznajmił nawigator.
– O ile?
– O dziesięć metrów, kapitanie.
McCafferty spojrzał na Pierwszego, który w tej chwili prowadził „Chicago".
– Wykorzystajmy to.
Szczęście zawsze mogło uśmiechnąć się do któregoś z pilotów…
– Tak jest. Szefie, szasować balasty. Zanurzenie jeszcze sześć metrów. Ostrożnie,
– Sześć metrów – oficer rzucił odpowiednie komendy marynarzom i wszyscy w centrali bojowej odprężyli się. McCafferty potrząsnął głową. Kiedy ostatni raz widziałem – pomyślał – by załoga oddychała z ulgą, zanurzając się zaledwie sześć metrów głębiej? Znów przeszedł do sonaru, nie pamiętając, że był tam zaledwie przed czterema minutami.
– Co z naszymi przyjaciółmi, szefie?
– Okręty patrolowe ciągle daleko, sir. Krążą tam i z powrotem. Śruby naszego boomera pracują równym tempem. Posuwa się ze stałą prędkością piętnastu węzłów. Nie stara się zachowywać cicho. Mam na myśli to, że łapiemy całą masę mechanicznych dźwięków. Sądząc po tych odgłosach, ciągle prowadzą tam jakieś remonty. Chce pan posłuchać, kapitanie?
Podał mu słuchawki.
Wyniki nasłuchu hydroakustycznego można było również obserwować na specjalnych oscyloskopach, podobnych do ekranów telewizyjnych, gdzie komputery pokładowe przetwarzały impulsy akustyczne na świetlne. Ale tradycyjnego nasłuchu nic nie było w stanie zastąpić.
McCafferty wziął słuchawki.
Najpierw wyłapał pompy stosu atomowego delty. Pracowały na średniej prędkości, przetłaczając wodę z reaktora do wytwornicy pary. Następnie skupił uwagę na dźwięku wydawanym przez dwie śruby o pięciu łopatkach każda. Kapitan zaczął liczyć obroty… brzdęk!
– Co to było?
Szef sonaru odwrócił głowę w stronę starszego operatora.
– Pokrywa włazu?
Operator pierwszej klasy potrząsnął zdecydowanie głową.
– Raczej jakby komuś spadł klucz. Ale blisko, bardzo blisko.
Kapitan musiał się uśmiechnąć. Każdy na pokładzie starał się zachowywać beztrosko, lecz w rzeczywistości był tak samo spięty jak McCafferty. Dan marzył tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od tego cholernego bajora. Nie mógł jednak ujawnić przed załogą swych prawdziwych uczuć; dowódca zawsze musiał mieć wszystkich i wszystko pod kontrolą. Cóż to za pieprzona gra! – pomyślał. – Co my tu robimy? Co się dzieje z tym zwariowanym światem? Nie chcę iść na żadną, pieprzoną wojnę!
Oparł się o framugę drzwi i zajrzał do centrali; jego kajuta znajdowała się zaledwie parę metrów dalej. Zapragnął naraz tam być. Położyć się na minutę lub dwie, odetchnąć, być może spryskać twarz zimną wodą… ale wtedy całkiem przypadkowo mógłby spojrzeć w lustro nad umywalką. Nie, naturalnie, że tam nie pójdzie. Wiedział, że dowodzenie okrętami podwodnymi było ostatnim na świecie zajęciem godnym bogów; wymagało jednak często zachowania się godnego bogów. Tak jest teraz. Prowadź swoją grę, Danny – mruknął do siebie. Wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę i wytarł nos. Kiedy śledził spokojnie pracę hydrolokatora, twarz miał kamienną, prawie znudzoną. Zimny, niewzruszony kapitan…
Chwilę później wrócił do centrali bojowej. Doszedł do wniosku, że wystarczająco już dodał swoją osobą ducha obsłudze sonaru, a nie zdążył jej speszyć swoim nadmiernym zainteresowaniem. Kwestia wyczucia. Obrzucił pomieszczenie obojętnym wzrokiem. Kabina była zatłoczona jak irlandzki bar w dzień świętego Patryka. Zauważył, że mimo pracujących całą parą, napędzanych energią atomową klimatyzatorów wszyscy obficie się pocili. Zwłaszcza marynarze, którzy w skupieniu, na podstawie wskazań instrumentów elektronicznych sprowadzali okręt głębiej. Za ich plecami stał szef – jeden z najlepszych szefów na „Chicago".
Pośrodku centrali, obok dwóch peryskopów bojowych czuwał dyżurny mat gotów w każdym momencie do ich wysunięcia. Pierwszy oficer przechadzał się po niewielkim pomieszczeniu i za każdym razem co dwanaście sekund, kiedy mijał mapę, rzucał na nią okiem. Kapitan nie mógł nikomu nic zarzucić. Ludzie, choć spięci, sumiennie wykonywali swoje zadania.
– Wszystko układa się wspaniale – oznajmił tak, by każdy go usłyszał. – Warunki na powierzchni działają na naszą korzyść i nikt nas tu nie wykryje.
– Centrala, sonar.
– Centrala, słucham – McCafferty podniósł słuchawkę telefonu.
– Słychać trzaski kadłuba. Chyba wychodzą na powierzchnię. Tak, opróżnia zbiorniki, kapitanie.
– Zrozumiałem. Nie spuszczać z nich oka, szefie – McCafferty odłożył słuchawkę. Zrobił trzy kroki zatrzymał się przy mapie. – Czemu się właśnie tutaj wynurza?
Nawigator wziął od marynarza papierosa i zapalił. Zazwyczaj tego nie robił. Porucznik aż parsknął na ten widok. Bosman przelotnie uśmiechnął się i nawigator obrzucił ich ponurym spojrzeniem. Potem popatrzył na kapitana.
– Coś nie w porządku, sir – odezwał się cicho porucznik.
– Tylko jedno – odparł dowódca. – Czemu wynurzają się w tym miejscu?
– Centrala, sonar.
Kapitan ponownie chwycił słuchawkę.
– Kapitanie, boomer ciągle opróżnia zbiorniki.
– Jeszcze coś?
– Nie, ale musieli już zużyć bardzo dużo rezerwowego powietrza.
– W porządku. Dziękuję, szefie – McCafferty odwiesił słuchawkę i chwilę zastanawiał się, czy to cokolwiek znaczy.
– Czy robił pan już takie rzeczy? – zapytał nawigator.
– Tropiłem wiele rosyjskich jednostek, ale nie tutaj.
– Nasz cel rzeczywiście będzie musiał się wynurzyć, gdyż wzdłuż Wybrzeża Terskiego jest zaledwie dwadzieścia metrów głębokości – nawigator wodził palcem po mapie.
– A my musimy przerwać dalszą obserwację – zgodził się McCafferty. – Mamy teraz czterdzieści mil.
– Zgadza się – przytaknął nawigator. – Ale poczynając od piątej mili, zatoka zaczyna zwężać się jak komin i jest tylko jedno miejsce, w którym zanurzony okręt może się przecisnąć. Jezu, nie wiem.
McCafferty przeszedł w głąb pomieszczenia i zaczął oglądać mapę.
– Całą drogę z Koli przebył na głębokości peryskopowej z szybkością piętnastu węzłów. Głębokość przez ostatnie pięć godzin nie zmieniła się zasadniczo i miało tak być jeszcze przez jakąś godzinę lub dwie… a jednak wypływa na powierzchnię. Skoro więc jedyną zmianę warunków stanowi tutaj zwężenie toru wodnego, ale ciągle jeszcze pozostaje dwadzieścia mil… – kapitan patrzył na mapę i intensywnie myślał.
Znów zgłosiła się hydrolokacja.
– Tu kapitan. Co nowego, szefie?