– Dokładniej, „Doktor Lykes" – odparł lakonicznie głos.
– Płyniemy z Nowego Orleanu do Oslo. Wieziemy cargo. O co chodzi?
– Jak na kurs do Norwegii, zboczyliście za bardzo na północ… Wyjaśnijcie to, proszę.
– Nie czytaliście tych sakramenckich gazet? To bardzo niebezpieczne okolice, a łajba kosztuje masę forsy. Armator polecił trzymać się blisko przyjaznych wybrzeży. Fajnie was spotkać. Poeskortujecie nas dalej?
– Zrozumiałem cię, „Doktor Lykes". W okolicy nie ma okrętów podwodnych.
– Gwarantujesz?
Wybuch śmiechu.
– Nie na sto procent, doktorku.
– Tak też myślałem, lotniku. No cóż, w takim razie popłyniemy sobie dalej na północ, a wy miejcie na nas oko.
– Nie możemy dać wam samolotu do eskorty.
– Zrozumiałem, ale jak zawołamy, to przylecicie, co?
– Naturalnie – odparł Pingwin Osiem.
– Okay, więc płyniemy dalej na północ, a potem skręcimy na wschód, na Wyspy Owcze. Dajcie znać, jeśli pojawią się jacyś niegrzeczni chłopcy.
– Żadnych niegrzecznych chłopców, doktorku. Od razu ich zatopimy – odparł pilot, przedrzeźniając południowy akcent rozmówcy.
– Dobrych łowów, koleś.
– Boże, to ludzie naprawdę tak mówią? – dziwił się na głos pilot oriona.
– Nie słyszałeś nigdy o Lykes Lines? – zachichotał drugi pilot. – Mówią, że jeśli gość nie gada z południowym akcentem, to go nie przyjmą do pracy. Nie wierzyłem w to. Do teraz… Nie ma jak tradycja. Ale z drogi zboczył nieźle.
– Cóż, dopóki nie sformują się konwoje, polatamy sobie. Ale najpierw skończmy z nim.
Kiedy pilot przyśpieszył i zbliżał się do okrętu, jego kolega otworzył księgę rozpoznawczą.
– Zgadza się, mamy czarny kadłub z napisem Lysek Lines pośrodku burt. Biała nadbudówka z czarnym rombem, w nim duże „L" – podniósł do oczu lornetkę. – Na nadbudówce maszt radiowy. Anten od urządzeń elektronicznych brak. Znak i flaga armatora w porządku. Czarne kominy. Rufowe wyciągarki, nie powiedziane, ile ich ma być. Obok windy do podnoszenia barek. Do licha, wiezie pełny ładunek. Pomalowany trochę niechlujnie. Ale wszystko się zgadza z księgą; to dobrze.
– Okay, pokiwaj mu na pożegnanie.
Pilot przekręcił stery w lewo i skierował oriona dokładnie nad barkowiec. Kiedy przelatywał nad statkiem, pomachał skrzydłami, a dwójka stojących na mostku mężczyzn skinęła przyjaźnie. Lotnicy nie dostrzegli dwóch innych osób wodzących za samolotem ręcznymi wyrzutniami SAM-ów, pocisków ziemia-powietrze.
– Zmiana barw utrudnia rozpoznanie, towarzyszu generale – odezwał się cicho oficer obrony przeciwlotniczej. – Nie miał podwieszonych pocisków powietrze-ziemia.
– To się bardzo szybko zmieni. Kiedy tylko nasza flota wypłynie w morze, podczepią je natychmiast. Ponadto, jeśli zorientowali się, kim naprawdę jesteśmy, daleko nie uciekniemy. Wezwą inny samolot lub po prostu wrócą do bazy po rakiety.
Generał obserwował odlatującą maszynę. Przez cały czas trwania rozmowy między pilotami i statkiem miał serce w gardle. Ale teraz już mógł udać się na mostek do Kierowa. Amerykańskie mundury khaki mieli bowiem tylko oficerowie statku.
– Gratuluję waszemu oficerowi językowemu talentów lingwistycznych. Ufam, że naprawdę mówił po angielsku. Teraz, gdy minęło bezpośrednie zagrożenie, Andrzejew roześmiał się jowialnie.
– Tak mi mówiono. Marynarka zażądała kogoś ze znajomością tego języka. To oficer wywiadu, służył w Ameryce.
– Tak czy siak, udało się. Teraz możemy już zmierzać do celu bezpiecznie – ostatnie słowo Kierow wymówił z lekkim wahaniem.
– Chciałbym już być na lądzie, towarzyszu kapitanie.
Na tak dużym, pozbawionym wszelkiej ochrony obiekcie generał czuł się niepewnie. Bezpieczny będzie dopiero, gdy postawi stopę na ziemi. Ostatecznie jako żołnierz piechoty zwykł był nosić karabin, zawsze mógł znaleźć w ziemi jakąś dziurę, żeby się skryć, no i pozostawały mu dwie nogi do ucieczki. Na morzu rzecz się miała całkiem inaczej. Statek stanowił wdzięczny cel, a w dodatku był bezbronny. Zadziwiające – myślał generał – że istnieją na świecie miejsca, gdzie człowiek czuje się jeszcze gorzej niż w samolocie transportowym. Tam przynajmniej są spadochrony. Nie miał żadnych złudzeń co do swoich szans dopłynięcia wpław do najbliższego brzegu.
– Nadlatuje następny – powiedział starszy sierżant.
Stawało się to wręcz nudne. Pułkownik nie pamiętał, by Rosjanie mieli kiedykolwiek na orbicie więcej niż sześć satelitów rozpoznawczych z urządzeniami fotograficznymi. Obecnie było ich dziesięć i tyle samo zaopatrzonych w elektroniczną aparaturę zwiadowczą. Część z nich wystrzelona została z kosmodromu w Bajkonurze pod Lenińskiem w Kazachstanie, a część z Plesecka w północnej Rosji.
– To urządzenie typu „F", pułkowniku. Na „A" jeszcze nie pora – odezwał się sierżant, spoglądając na zegarek. Była to odmiana starego radzieckiego SS-9 ICBM i spełniała tylko dwie funkcje – uruchamiała radiolokacyjne rozpoznawcze satelity morskie, zwane RORSAT, które śledziły okręty, oraz sterowała radzieckim systemem antysatelitarnym. Amerykanie obserwowali pojawienie się nowego ptaszka za pośrednictwem niedawno umieszczonego na orbicie nad centralnymi rejonami Związku Radzieckiego urządzenia rozpoznawczego KH-11. Pułkownik podniósł słuchawkę i połączył się z Cheyenne Mountain.
Powinienem się wyspać – pomyślał Morris. – Powinienem wyspać się na zapas, bo potem nie będzie na to czasu.
Lecz był zbyt niespokojny, by zasnąć.
USS „Pharris", wypuszczając kłęby pary, czekał u ujścia rzeki Delaware. Trzydzieści mil na północ, przy nabrzeżach Filadelfii, w Chester i Camden stały gotowe już do rejsu okręty wchodzące w skład Rezerwowej Floty Obrony Narodowej; czekały na taką chwilę od lat. Ich ładownie wypełnione były czołgami, artylerią i skrzyniami z amunicją. Radar wskazywał smugi licznych samolotów transportowych pełnych ludzi, startujących z bazy lotniczej w Dover.
Potężne transportowce wojskowe przerzucały żołnierzy do Niemiec, gdzie czekał już na nich skompletowany uprzednio sprzęt. Nowe dostawy jednak mogły dotrzeć tam tylko morzem, na pokładach brzydkich, przysadzistych i powolnych statków handlowych, które stanowiły łatwy cel. Handlowce owe były wprawdzie większe niż dawniej i dużo szybsze, lecz zostało ich bardzo niewiele. Ostatnio amerykańska flota handlowa gwałtownie się skurczyła, mimo iż władze federalne ciągle fundowały kolejne jednostki. Obecnie okręt podwodny, niszcząc jeden tylko tego typu statek, doczekałby się takiej sławy jak podczas drugiej wojny światowej po zatopieniu czterech lub pięciu.
Kolejny problem stanowili marynarze handlowców. Flota wojenna traktowała ich z lekceważeniem, a załogi okrętów bojowych trzymały się od nich z daleka – chyba, że ktoś chciał zabawić się ich kosztem; średnia wieku była dwukrotnie wyższa niż na jednostkach bojowych i wynosiła około pięćdziesięciu lat. Jak te dziadki zniosą napięcie towarzyszące operacjom wojskowym? – zastanawiał się Morris. Zarabiali wprawdzie wyśmienicie – wielu z nich brało takie same pensje jak on – ale czy pieniądze zrekompensują czające się po drodze rakiety i torpedy? Morris odepchnął od siebie tę myśl. Ci staruszkowie właśnie i żółtodzioby pościągane z różnych szkół, stanowili jego trzódkę. On był ich pasterzem. A pod szarą powierzchnią Atlantyku czaiły się wilki.