Выбрать главу

Minutę później potwierdził to obraz graficzny. Linie częstotliwości i dźwięku określały klasy okrętów podwodnych, które z dużą szybkością oddalały się od portu. Poszczególne pozycje jednostek rozbiegały się, w miarę jak okręty wachlarzem wypływały na otwarte morze. Wszystkie poruszały się w zanurzeniu. A przecież radzieckie łodzie podwodne miały zwyczaj kryć się dopiero w dużej odległości od lądu.

– Ponad dwadzieścia sztuk – powiedział cicho szef radiolokacji. – Jakaś poważna operacja.

– Na to wygląda – McCafferty wrócił do centrum bojowego.

Część załogi wprowadzała właśnie do sterującego ogniem komputera otrzymane wyniki; reszta wytyczała poszczególne kursy na stole nakresowym. Wojna jeszcze nie wybuchła, ale lada moment mogła się zacząć. McCafferty rozkazał, by aż do chwili, gdy nie padnie HASŁO, trzymać się jak najdalej od radzieckich jednostek. Osobiście wolałby inne rozwiązanie – cios najlepiej zadać natychmiast – ale Waszyngton sprawę postawił jasno: żadnych akcji, dopóki trwają rozmowy dyplomatyczne. Kapitan musiał przyznać, że miało to sens. Może wyfraczeni jegomoście sprawują jeszcze nad tym wszystkim kontrolę. Nikła szansa, ale zawsze szansa. Na tyle realna, by nie zajmować pozycji bojowych.

Polecił oddalić się jeszcze bardziej od brzegów. Pół godziny później – kiedy ruch rosyjskich okrętów podwodnych nie ustawał – wysłał pławę SLOT. Została tak zaprogramowana, że „Chicago" miał pół godziny czasu na oddalenie się; wtedy dopiero zaczęła transmitować z wielokrotnym przyśpieszeniem, w satelitarnym zakresie wysokiej częstotliwości, audycję, która po odbiorze przetworzona zostanie do normalnej postaci. McCafferty z odległości dziesięciu mil słuchał później, jak Rosjanie drapieżnie ruszają w kierunku pławy, niewątpliwie przekonani, że namierzyli okręt podwodny. Gra stała się już aż nazbyt prawdziwa.

SLOT pracowała blisko godzinę, przesyłając nieustannie dane do komunikacyjnego satelity NATO. Przed zapadnięciem zmroku materiał przekazany został wszystkim jednostkom Paktu Atlantyckiego przebywającym na morzu.

Rosjanie nadchodzą.

OSTATNIE POSUNIĘCIA, PIERWSZE POSUNIĘCIA

USS „Nimitz"

Spiker ogłosił wprawdzie zachód słońca już dwie godziny wcześniej, ale Bob musiał skończyć pracę. Toland uwielbiał patrzeć, jak w przejrzystym, morskim powietrzu, z dala od zadymionych miast, ognista kula zapada się za ostrą linię horyzontu. I tym razem widok go nie zawiódł. Stał z rękami opartymi na balustradzie, spoglądając w spienioną wodę kotłującą się przy lśniącym kadłubie lotniskowca. Po długiej chwili podniósł wzrok na Mleczną Drogę. Urodzony i wychowany w Bostonie, Toland dopiero w marynarce odkrył istnienie tego szerokiego, jasnego, utkanego z punkcików pasa, który stał się dla niego źródłem nieustannego zachwytu. Były tam gwiazdy, przy pomocy których, używając sekstansu i tablic trygonometrycznych, uczył się nawigacji. Obecnie wprawdzie posługiwał się wyłącznie elektronicznymi omegami i loranami, ale niebo pozostawało nieodmiennie cudowne. Arktur, Wega, Altair. Mrugały do niego, każda innej barwy, każda innej wielkości, każda równie wspaniała.

Otworzyły się drzwi i stanął w nich ubrany w purpurową koszulę pracownika lądowiska marynarz. Zbliżył się do oficera stojącego na pomoście roboczym lądowiska.

– Obowiązuje zaciemnienie, marynarzu. Wyrzuciłbym tego papierosa – odezwał się szorstko Toland, niezadowolony, że ktoś zakłócił mu samotność.

– Przepraszam, sir – za burtą błysnął niedopałek.

Marynarz milczał parę chwil, po czym spojrzał na Tolanda.

– Zna pan astronomię, sir? – zapytał.

– To znaczy?

– To mój pierwszy rejs. Urodziłem się i wyrosłem w Nowym Jorku. Nigdy nie widziałem takich gwiazd i nie wiem nawet czym są, to znaczy, jak się nazywają. Oficerowie znają się na tym, prawda?

Toland roześmiał się cicho.

– Wiem, co czujesz. Tak samo było ze mną pierwszy raz. Piękne, prawda?

– Tak, sir. Co to za gwiazda? – w głosie chłopaka dawało się wyczuć zmęczenie.

Nic dziwnego – pomyślał Toland. – Cały dzień trwały ćwiczenia lotnicze. Młodzieniec wskazał najjaśniejszy punkcik na wschodniej stronie nieba i Bob chwilę się zastanawiał.

– To Jowisz. Planeta. Za pomocą bosmańskiej lornetki mógłbyś dostrzec nawet jego księżyce; w każdym razie kilka z nich.

Zaczął wskazywać niektóre gwiazdy niezbędne do nawigacji.

– W jaki sposób wykorzystuje się je do ustalania kursu, sir? – zapytał marynarz.

– Za pomocą sekstansu ustalasz ich wysokość nad horyzontem – nie jest to trudne, choć brzmi skomplikowanie, a następnie sprawdzasz w książce z pozycjami.

– Kto ją napisał, sir?

– Książkę? Ach, to zwykły podręcznik. Myślę, że napisali go w Obserwatorium Morskim, ale ludzie ustalili tory ciał niebieskich już trzy lub cztery tysiące lat temu, na długo przed tym, jak wymyślono teleskop. Jeśli znasz dokładny czas i wiesz, gdzie znajduje się konkretna gwiazda, możesz łatwo wyliczyć, z dokładnością do kilkuset metrów, punkt kuli ziemskiej, w którym się znajdujesz; jeśli naturalnie to umiesz. Tak samo jest ze Słońcem i Księżycem. To stara wiedza. Sztuka polegała na tym, by wymyślić dokładny zegar. A to stało się jakieś dwieście lat temu.

– Myślałem, że obecnie stosuje się satelity i tym podobne rzeczy.

– Oczywiście, ale gwiazdy są piękne.

– Tak – marynarz usiadł, odchylił głowę i wpatrywał się w kurtynę białych punkcików. W dole kadłub mielił wodę, która pieniła się z szumem. W jakiś sposób ów dźwięk idealnie harmonizował z widokiem nieba. – No cóż, w końcu i ja dowiedziałem się czegoś o gwiazdach. Kiedy się wreszcie to wszystko zacznie, sir?

Toland podniósł głowę i popatrzył na konstelację Strzelca. W kierunku środka galaktyki. Niektórzy astronomowie twierdzili, że jest tam czarna dziura – najbardziej niszczycielska siła znana fizyce, siła, wobec której potęga człowieka wydawała się być znikoma. Ale człowieka też dużo łatwiej zniszczyć.

– Niebawem.

USS „Chicago"

„Chicago" znajdował się na pełnym morzu, na zachód od wypływających ciągle radzieckich jednostek pod- i nawodnych. Jeszcze nie słychać było wybuchów, ale mogły się rozlec już za chwilę. Najbliższy rosyjski okręt płynął w odległości trzydziestu mil, w jego pobliżu snuło się tuzin innych. Wszystkie omiatały morze aktywnymi sonarami. McCafferty'ego zaskoczył nagły rozkaz operacyjny. „Chicago" miał opuścić Morze Barentsa i przenieść się na Norweskie. Zadanie: zablokować radzieckim łodziom podwodnym dostęp na Północny Atlantyk. Zapadła polityczna decyzja: NATO nie może wciągać Związku Radzieckiego w wojnę. W aktualnej sytuacji odrzucono dotychczasową strategię polegającą na tym, by rosyjską flotę zaangażować do walki na jej własnym terytorium. Ów plan – pomyślał dowódca „Chicago" – został zarzucony, gdyż przeciwnik nie stosował się do wspólnych ustaleń. Oczywiście. Wysłał na Atlantyk dużo więcej okrętów podwodnych, niż się spodziewano – a co gorsza, jeszcześmy mu to ułatwili!

McCafferty zastanawiał się, jakie czekają go dalsze niespodzianki. Wyrzutnie torped i rakiet były w gotowości bojowej, stanowiska ogniowe obsadzone załogami, a na „Chicago" obowiązywało Condition-3. Ale Rozkaz brzmiał: wycofać się. Kapitan przeklinał w duchu tego, kto wydał owo polecenie, lecz ciągle żywił nadzieję, że do wojny nie dojdzie.

Bruksela, Belgia