– Niebawem się zacznie – zauważył dowódca lotnictwa europejskiego. – Do cholery, ich armia jest w pełnej gotowości. Jak nigdy. Nie będą czekać, aż Amerykanie przerzucą do nas wszystkie wojska. Muszą uderzyć wcześniej.
– Rozumiem, Charlie, ale nie możemy wykonać pierwszego ruchu.
– A co z naszymi gośćmi? – generał lotnictwa miał na myśli komandosów Specnazu z grupy majora Czerniawina.
– Siedzą jak mysz pod miotłą. – Doborowa jednostka specjalna GSG-9 nieustannie miała na oku ich kryjówkę, a oddział Brytyjczyków przygotował zasadzkę na drodze wiodącej do przypuszczalnego celu w Lammersdorfie. W skład obu grup wchodzili oficerowie wywiadu prawie wszystkich krajów NATO. Utrzymywali bezpośrednią łączność z szefami swoich rządów. – Mogą być tylko przynętą. Może chodzi im o to, byśmy uderzyli pierwsi?
– Wiem o tym, że nie możemy tego zrobić, generale. Wszystko, czego chcę, to zielone światło dla „Krainy Marzeń". Musimy wymierzyć błyskawiczny cios, szefie.
Dowódca lotnictwa strategicznego w Europie odchylił się do tyłu. Uwięziony przez obowiązki w podziemnym centrum dowodzenia od dziesięciu dni nie był w swej oficjalnej rezydencji. Zastanawiał się, czy którykolwiek z generałów na całym świecie choć trochę się przespał w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
– Jak szybko przystąpisz do akcji po otrzymaniu sygnału?
– Moje pieszczoszki są cały czas gotowe. Załogi znają zadanie. „Kraina Marzeń" ziści się w ciągu pół godziny.
– Świetnie, Charlie. Prezydent upoważnił mnie do odpowiedzi na każdy atak. Przygotuj ludzi.
– Dobrze.
Na biurku dowódcy lotnictwa strategicznego zadzwonił telefon. Wojskowy sięgnął po słuchawkę. Po krótkiej chwili uniósł głowę.
– Goście się ruszyli – oznajmił, po czym odwrócił się do oficera operacyjnego.
– Hasło: Ogień w kominku.
Siły NATO postawione zostały w najwyższy stan gotowości bojowej.
Oddział Specnazu opuścił kryjówkę i ruszył dwiema półciężarówkami na południe, do Lammersdorfu. Po śmierci dowódcy w wypadku ulicznym komendę przejął jego zastępca, kapitan. Otrzymał kopię utraconych dokumentów i zapoznał z nimi swoich podwładnych. W samochodach panowało pełne napięcia milczenie. Oficer wyjaśnił szczegóły zaplanowanej akcji. Po wykonaniu zadania mieli udać się do kolejnej wyznaczonej kryjówki i tam czekać pięć dni na towarzyszy z Armii Czerwonej. Dodał przy tym, że stanowią elitę tej armii, że zostali doskonale przygotowani do niebezpiecznych operacji na terenach wroga i przedstawiają dla Państwa wielką wartość. Na koniec powiedział, że każdy z nich jest doświadczonym żołnierzem, weteranem walk w górach Afganistanu. Byli wyszkoleni. Byli gotowi. Ludzie ci, jak przystało na karnych żołnierzy, przyjęli te słowa w milczeniu. Wybrani głównie ze względu na inteligencję, wiedzieli dobrze, że przemowa była tylko pustosłowiem. Zadanie w dużym stopniu zależało od szczęścia, które jak dotąd im nie dopisywało. Żałowali, że nie ma z nimi majora Czerniawina i opadły ich ponure myśli. Szybko jednak odepchnęli je od siebie, koncentrując się bez reszty na szczegółach operacji, której celem było zniszczenie Lammersdorfu.
Nawet kierowców, doświadczonych agentów KGB, świetnie znających pracę na obcym terenie, nurtowały te same problemy. Trzymali się blisko siebie i jechali ostrożnie, zwracając baczną uwagę na inne pojazdy na drodze. W każdym z aut zainstalowany był odbiornik nastrojony na pasmo łączności miejscowej policji oraz radiotelefon do porozumiewania się między sobą. Komandosi godzinę wcześniej odbyli ostatnią naradę. Centrala w Moskwie powiadomiła, że NATO nie jest jeszcze w pełni gotowe.
Kierowca pierwszego samochodu – w cywilu taksówkarz – zastanawiał się, czy „w pełni gotowe" NATO oznacza paradę na Placu Czerwonym.
– Teraz w prawo. „Trójka", bliżej. „Jedynka", skręcisz w lewo na następnym skrzyżowaniu i podjedziesz prosto – pułkownik Weber mówił przez radio stosowane wśród obserwatorów artyleryjskich. Pułapka była gotowa od kilku dni i kiedy tylko „goście" opuścili kryjówkę, wiadomość o tym rozesłana została do wszystkich odpowiednich placówek w Republice Federalnej. NATO natychmiast ogłosiło pełną gotowość bojową. Mógł to być pierwszy akt rozpoczynającej się wojny… Chyba, że przenoszą się tylko z jednej kryjówki do drugiej – pomyślał Weber. Nie wiedział, jak potoczą się wypadki, ale pewien był, że wojna wybuchnie.
Dwie ciężarówki posuwały się na południowy wschód malowniczą drogą prowadzącą przez niemiecko-belgijski park krajobrazowy, który odwiedzali przeważnie tylko turyści. Drogę tę wybrali celowo. Usiłowali unikać głównych autostrad, gdzie łatwo było natknąć się na pojazdy wojskowe. Kiedy jednak mijali Mulartshutte, na widok czołgów umieszczonych na wielkich, ciągniętych przez ciężarówki lorach kierowca pierwszego samochodu zmarszczył brwi. Czołgi ustawione były w sposób nietypowy, z lufami do tyłu. Pracownik KGB natychmiast spostrzegł, że są to nowe brytyjskie challengery. Cóż, na granicy belgijskiej nie spodziewał się spotkać niemieckich leopardów. Nie było sposobu, by powstrzymać mobilizację armii niemieckiej, ale przekonywał się w duchu, że reszta krajów Paktu Atlantyckiego nie zdąży się na czas zebrać. Ponadto, jeśli misja się powiedzie i łączność NATO praktycznie przestanie istnieć, to może oddziały szturmowe Armii Czerwonej zdążą przyjść z odsieczą. Konwój zaczął wyraźnie zwalniać. Kierowca chciał go w pierwszej chwili wyminąć, lecz ostrożność wzięła górę.
– Wszyscy gotowi? – spytał Weber ze swego samochodu.
– Gotowi.
Piekielnie skomplikowana operacja – pomyślał pułkownik Armstrong. – Czołgiści, brytyjscy komandosi SAS, Niemcy… ale grupa Specnazu była tego warta.
Kolumna zwolniła i zatrzymała się; Weber zaparkował sto metrów dalej. Teraz wszystko znajdowało się w rękach Anglików.
Wokół dwóch ciężarówek wybuchły flary. Szofer KGB skulił się na chwilę, kryjąc twarz przed nieoczekiwanym blaskiem. Gdy wreszcie uniósł wzrok, ujrzał zaledwie pięćdziesiąt metrów przed sobą lufę czołgu, skierowaną prosto w szybę samochodu.
– Uwaga – z megafonu popłynęły rosyjskie słowa. – Żołnierze Specnazu, uwaga. Jesteście otoczeni przez kompanię piechoty zmechanizowanej. Wychodźcie pojedynczo i bez broni. Jeśli otworzycie ogień, natychmiast zginiecie.
Odezwał się inny głos:
– Mówi major Czerniawin. Wychodźcie, towarzysze. Nie macie szans.
Komandosi popatrzyli na siebie ze zgrozą. W przednim aucie kapitan próbował zerwać zawleczkę granatu, lecz sierżant chwycił jego dłoń.
– Nie mogą nas dostać żywcem! Takie mamy rozkazy! – krzyknął kapitan.
– Gówno tam, nie mogą! – odwrzasnął sierżant. – Po kolei, towarzysze… i ręce w górze. Bądźcie ostrożni!
Żołnierze wychodzili z ciężarówki tylnymi drzwiami, jeden za drugim, powoli.
– Iwanow, kiedy ci powiem wychodź – odezwał się z fotela na kółkach Czerniawin. Major zrobił wszystko, by ocalić swój oddział. Pracował z tymi ludźmi dwa lata i nie chciał, by bezsensownie zginęli. Lojalność względem Państwa to jedno, a lojalność względem ludzi, którymi dowodził, to drugie. – Nikt cię nie skrzywdzi. Jeśli masz jakąś broń, wyrzuć ją teraz. Wiem, że masz nóż, Iwanow… bardzo dobrze… następny.
Wszystko poszło bardzo gładko. Komandosi z GSG-9 i SAS-u zabrali skutych kajdankami Rosjan. Pozostało tylko dwóch. Z powodu granatu. Kapitan pojął wreszcie beznadziejność sytuacji, ale nie zdołał już włożyć zawleczki z powrotem. Sierżant ostrzegł przed tym Czerniawina, ten odruchowo próbował zerwać się z fotela; oczywiście nie mógł. Kiedy w końcu z samochodu wynurzył się kapitan, zamierzył się granatem w oficera, który, jego zdaniem, zdradził Ojczyznę. Ujrzał jednak człowieka z obiema nogami w gipsie.