Czerniawin spostrzegł wyraz twarzy kapitana.
– Andrieju Iljiczu, czy wolisz oddać swe życie za nic? – spytał. – Skurwiele nafaszerowali mnie narkotykami i wycisnęli jak cytrynę. Nie mogłem dopuścić, by was zabili.
– Mam odbezpieczony granat! – odezwał się głośno kapitan. – Cisnę nim w ciężarówkę.
Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, granat leciał łukiem w stronę samochodu. W chwilę później pojazd eksplodował. W środku były mapy i plany ucieczki. Po raz pierwszy od tygodnia Czerniawin szeroko się uśmiechnął.
– Wspaniale to zrobiłeś, Andriuszka!
Dzięki zeznaniom Czerniawina nie powiodło się dwóm innym grupom Specnazu. Lecz w Republice Federalnej było jeszcze dwadzieścia innych zespołów, a nie każda z baz NATO została w porę ostrzeżona. Po obu stronach Renu wybuchły w dwudziestu miejscach strzelaniny. Wojnę, w którą uwikłane miały być miliony, rozpoczęło kilka plutonów i drużyn, wszczynając w ciemnościach desperacką walkę.
SAMOLOTY Z KRAINY MARZEŃ
Widok mógłby zatrwożyć każdego. Tysiąc trzysta metrów nad głową kłębiła się zbita warstwa chmur. Parę razy wpadł w strefę deszczu, który w nocnym mroku wyczuć mógł tylko słuchem. Ciemna linia drzew była tak blisko, iż wydawało się, że mknący myśliwiec lada chwila wyrżnie w nią z impetem. W taką noc tylko szaleniec ryzykowałby lot na tej wysokości. Tym lepiej – uśmiechnął się pod maską tlenową.
Pułkownik Douglas Ellington gładził delikatnie opuszkami palców drążki sterowe myśliwca atakującego F-19A ghostrider. Drugą rękę położył na przełącznikach przepustnicy po lewej stronie kabiny. Wskaźnik refleksyjny na masce hełmofonu wskazywał szybkość tysiąca stu kilometrów na godzinę, wysokość trzydziestu metrów, kurs zero-jeden-trzy, a obok liczb widniał jednobarwny, holograficzny obraz rozciągającego się przed nim terenu. Obraz pochodził z umieszczonej na nosie myśliwca kamery podczerwonej, wspomaganej niewidzialnymi promieniami laserowymi, macającymi teren osiem razy na sekundę. By zapewnić pilotowi peryferyczne widzenie, wielki hełm miał zainstalowane gogle zmniejszające natężenie światła.
– Nad nami piekło – powiedział siedzący za nim drugi członek załogi. Major Don Eisly czuwał nad sygnałami radiowymi i radarowymi oraz inną aparaturą. – Systemy w normie, do celu sto pięćdziesiąt kilometrów.
– Świetnie – odparł Duke; było to przezwisko Ellingtona, który przypominał nawet nieco sławnego muzyka jazzowego.
Ellington rozkoszował się zadaniem. Mknęli na północ na niebezpiecznej wysokości, nad pofałdowanym terenem Wschodnich Niemiec. Ich stealth ani razu nie wzbił się wyżej niż sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemię, oscylując lekko to niżej, to wyżej, w miarę nieustannych poprawek dokonywanych przez pilota.
Lockheed ten typ samolotu nazwał Ghostrider. F-19A stanowił wykonaną w najgłębszej tajemnicy wersję myśliwca atakującego Stealth. Nowy model pozbawiony był ostrych kantów i załamań, co utrudniało wykrycie samolotu przez radary. Jego opływowe turbiny dwuprzepływowych silników rozmazywały cechy charakterystyczne samolotu, chroniąc go skutecznie przed radiolokacją. Z góry skrzydła przypominały kształtem wielki dzwon katedralny, z przodu wyginały się dziwacznie w dół. Jakkolwiek samolot wyposażony był w cuda techniki elektronicznej, rzadko kiedy uaktywniał te systemy. Radary i radia wytwarzają szum łatwy do wykrycia przez przeciwnika, a cała idea F-19A polegała na tym, że tego samolotu w ogóle miało nie być.
Wysoko nad ich głowami, po obu stronach granicy, setki myśliwców prowadziły zażartą grę nerwów, pędząc w stronę wrogiego terytorium i zawracając w ostatniej chwili; próbowały w ten sposób sprowokować przeciwników do walki. Każda ze stron dysponowała samolotem radiolokacyjnym. On właśnie miał dać w razie czego hasło do ataku, zaczynając tym samym wojnę, która, choć niewielu jeszcze o tym wiedziało, już się zaczęła.
Jesteśmy szybcy – pomyślał Ellington. – I robimy w końcu mocną rzecz. W Wietnamie wykonał sto lotów bojowych; jeszcze na pierwszym typie myśliwców F-111 A. Obecnie Duke był w amerykańskich siłach lotniczych najlepszym specjalistą od zadań wymagających lotu na niskich wysokościach; mówiono o nim, że „wypatrzyłby każdą dziurę w ziemi, lecąc o północy w szalejące w Kansas tornado". To nie była tak do końca prawda. Stealth nie nadawał się do lotów w warunkach tornado. Tam łatwiej było kierować wieprzem niż F-19 – oto konsekwencja wymyślnej sylwetki maszyny. Ale Ellington zawsze sądził, że lepiej być niewidzialnym niż zwinnym; niebawem udowodni, czy miał rację.
W tej chwili nad tereny o największej na świecie koncentracji wyrzutni SAM-ów, czyli pocisków ziemia-powietrze, wdzierała się eskadra stealthów.
– Do pierwszego celu dziewięćdziesiąt kilometrów – oznajmił Eisly. – Systemy pokładowe ciągle w normie. Nic nas nie namierza. Wszystko w porządku, Duke.
– Rozumiem – Ellington, gdy minęli grzbiet niewielkiego wzgórza, popchnął do przodu drążki i samolot znów obniżył lot do wysokości dwudziestu sześciu metrów; leciał nad polem pszenicy. Duke do maksimum wykorzystywał teraz swe wieloletnie doświadczenie w niskich lotach.
Pierwszym celem miał być radziecki ił-76 mainstay z radarowym systemem ostrzegania AWACS, krążący w okolicach Magdeburga około szesnastu kilometrów od drugiego celu: mostów na autostradzie E8 na rzece Elbie w Hohenroarthe.
Zadanie stawało się coraz trudniejsze. Im bardziej zbliżali się do mainstaya, tym więcej sygnałów radarowych trafiało w stealtha. Wcześniej czy później, mimo krzywizny skrzydeł, która sprawiała, że samolot był dla radarów trudny do wykrycia, jakiś odbity impuls będzie na tyle mocny, że dotrze do mainstaya. Technologia stealtha utrudniała namiar samolotu za pomocą radaru, lecz nie była w stanie całkowicie go uniemożliwić. Czy Rosjanie dostrzegą ich? Jeśli tak, to kiedy i jak szybko zareagują?
Trzymaj się ziemi – powtarzał sobie pilot. – Rób wszystko jak na ćwiczeniach. W „Krainie Marzeń", na ściśle tajnym poligonie w bazie lotniczej Nellis w Nevadzie, trenowali to zadanie przez dziewięć dni. Nawet za pomocą E-3A sentry trudno było z odległości sześćdziesięciu paru kilometrów wykryć ich obecność; a sentry był dużo lepszym samolotem radiolokacyjnym niż mainstay.
To również masz sprawdzić, kolego…
W powietrzu krążyło pięć mainstayów, wszystkie o sto kilometrów na wschód od granicy między dwoma państwami niemieckimi. Miła, bezpieczna przestrzeń wypełniona ponad trzystoma myśliwcami.
– Trzydzieści dwa kilometry, Duke.
– W porządku. Co tam, Don?
– Ciągle brak emanacji radarów kierujących artylerią przeciwlotniczą, żadnego paskudztwa radiolokacyjnego. W radiu sporo świergotu, ale głównie ze strony zachodniej. Od celu dociera bardzo nikłe echo.
Ellington sięgnął lewą ręką do manetki, uzbrajając cztery podwieszone pod skrzydłami rakiety typu AIM-9M Sidewinder. Wskaźnik gotowości broni zamrugał zimnym, przyjaznym światełkiem.
– Dwadzieścia dziewięć kilometrów. Cel krąży normalnie. Nie wykonuje dodatkowych ewolucji.
Szesnaście kilometrów na minutę – przeliczył Ellington w myślach. – Jeszcze minuta i czterdzieści sekund.
– Dwadzieścia sześć – czytał Eisly z komputera sprzężonego z systemem łączności satelitarnej NAYSTAR.
Mainstay nie będzie miał szans. Stealth nie wcześniej zacznie nabierać wysokości, aż znajdzie się dokładnie pod nim. Dwadzieścia trzy kilometry. Dwadzieścia. Szesnaście. Trzynaście. Dziesięć kilometrów do zmiany kierunku lotu.