– Mainstay skończył kolejny nawrót… o, wykiwał nas. Przemknął nad nami foxfire – powiedział spokojnie Eisly. Szukał ich, zapewne kierowany przez iła-76, myśliwiec przechwytujący Mig-25. Zwrotny, dysponujący ogromną mocą foxfire był godnym przeciwnikiem, nawet dla stealtha. – Mainstay może nas dostać.
– Trzymają nas na radarze?
– Jeszcze nie – Eisly pożerał wzrokiem aparaturę. – Podchodzimy pod cel.
– W porządku. Teraz w górę.
Ellington odciągnął w tył drążki i włączył dopalacze. Silniki F-19A mogły nadać mu prędkość 1,3 macha i teraz należało wycisnąć z maszyny wszystko. Zdaniem meteorologów, ten rodzaj chmur mógł ciągnąć się do wysokości prawie siedmiu tysięcy metrów; zaś ił-76 powinien znajdować się jeszcze tysiąc sześćset metrów wyżej. Teraz już stealth był bezbronny. Nie chroniły go zakłócenia z ziemi, a jego silniki stały się bardzo wyraźnym celem dla radiolokatorów. Samolot Stealth obwieszczał swą obecność. Szybciej w górę, kochanie…
– Na nich! – ryknął Ellington w interkom, kiedy pędził przez chmury, a na ekranie noktowizora nieustannie widział mainstaya, który w odległości ośmiu kilometrów próbował lotem nurkowym schronić się w obłokach. Za późno. Ellington pędził na czołowe zbliżenie z prędkością tysiąca sześciuset kilometrów na godzinę. Wyregulował celownik. Zaćwierkało w hełmofonie. Samonaprowadzacze sidewinderów chwyciły cel. Kciukiem prawej ręki odbezpieczył wyrzutnie i wskazującym palcem dwukrotnie nacisnął spust. Sidewindery opuściły komory w półsekundowym odstępie.
Jaskrawe płomienie tryskające z ich dysz oślepiły Duke'a, ale nie spuszczał oczu z mknących do celu rakiet. Trwało to osiem sekund. Obserwował je cały czas. Oba pociski skręciły w kierunku prawego skrzydła mainstaya. Laserowy detonator zbliżeniowy zadziałał w zaprogramowanej odległości od celu, wypełniając powietrze śmiercionośnymi odłamkami. Stało się to zbyt szybko. Oba prawe silniki mainstaya eksplodowały, odleciało skrzydło i radziecki samolot zaczął spiralą gwałtownie spadać. Po sekundzie zniknął w chmurach.
– Jezu! – pomyślał Ellington, kładąc samolot na skrzydło i nurkując ku ziemi, ku bezpieczeństwu. – Inaczej niż w kinie. Trafiłem w cel, a ten zniknął w mgnieniu oka. No cóż, w porządku, to było łatwe. Pierwszy zniszczony. Teraz część trudniejsza…
Na pokładzie krążącej nad Strasburgiem maszyny E-13A Sentry technicy od radiolokacji zauważyli z zadowoleniem, że pięć radzieckich samolotów radiolokacyjnych przestało istnieć w ciągu dwóch minut; F-19 naprawdę je zaskoczyły. Dowodzący operacją „Kraina Marzeń" generał brygady pochylił się nad biurkiem i sięgnął po mikrofon.
– Trębacz, Trębacz, Trębacz – powiedział i wyłączył aparat. – W porządku, chłopcy – wysapał. – Do roboty.
Z chmary krążących w pobliżu granicy myśliwców NATO oddzieliło się sto maszyn atakujących i znurkowało w kierunku ziemi. Połowę z nich stanowiły F-111F aardvark, resztę tornada GR-1. Baki miały pełne paliwa, a pod skrzydłami pociski. Ruszyły wachlarzem za drugą falą stealthów znajdującą się już sto kilometrów w głąb terytorium Wschodnich Niemiec. Za nimi pojawiły się myśliwce przechwytujące Eagle i Phantom, które, kierowane przez krążące nad Renem sentry, zaczęły wystrzeliwać sterowane radarem rakiety. Cel stanowiły radzieckie myśliwce, pozbawione teraz pilotujących je mainstayów. Trzeci zespół samolotów Paktu Atlantyckiego ruszył nisko nad ziemią, przeczesując teren i wyszukując naziemne stanowiska radarowe, by nie przejęły roli wyeliminowanych, radzieckich iłów-76.
Lecąc na wysokości trzystu metrów, Ellington ujrzał cel z odległości kilku kilometrów. Był to podwójny most przerzucony nad Elbą na jej łagodnym, esowatym zakolu. Każdy z dwóch półkilometrowej długości betonowych łuków stanowił podporę dla dwóch pasm autostrady. Piękne mosty. Ellington był prawie pewien, że wybudowano je jeszcze w latach trzydziestych, kiedy to główna droga łącząca Berlin z Braunschweigiem stanowiła jedyną niemiecką autobanę. Być może jeszcze osobiście sam pan Adek jeździł po tych mostach – pomyślał Ellington. Tym lepiej.
Na ekranie telewizyjnym sprzężonym z urządzeniami celowniczymi widział, iż mostami tymi, kierując się na zachód, sunęły właśnie kolumny radzieckich czołgów T-80. Był to z całą pewnością drugi rzut armii radzieckiej, która miała zaatakować zgrupowania NATO. Na wzgórzu 76, na południe od mostu po wschodniej stronie rzeki, znajdowała się bateria SA.-6, której celem była obrona przeprawy.
W słuchawkach podłączonych do urządzeń wykrywających brzmiało ciągłe ćwierkanie radarów obrony przeciwlotniczej przeszukujących nieustannie przestrzeń ponad nim. Gdyby tylko któryś z tych impulsów wrócił… Los szczęścia – pomyślał smętnie Ellington.
– Pave Track?
– Gotów – odparł krótko Eisly.
Zarówno on jak i pilot byli skrajnie napięci.
– Zapal – polecił Ellington. Siedzący z tyłu Eisly włączył naprowadzający na cel laser.
Skomplikowane urządzenie Pave Track zamontowane było w pochylonym do dołu nosie samolotu. W najniższej jego partii znajdowała się obrotowa kopułka, zawierająca dwutlenkowo węglowy laser i kamerę telewizyjną. Major za pomocą specjalnej manetki nastawił kamerę dokładnie na most, a następnie włączył pracujący na podczerwieni laser. Niewidzialny punkcik światła padł na środek północnego przęsła. System komputerowy nie spuści już teraz z celu promienia, a magnetowid zarejestruje przebieg całej operacji na taśmie wideo.
– Cel oświetlony – oznajmił Eisly. – Ciągle jeszcze nas nie namierzono.
– Nemu, tu Cień-4. Cel oświetlony.
– Zrozumiałem.
Piętnaście sekund później pierwszy aardvark, z rykiem silników ruszył na południe, lecąc zaledwie dziesięć metrów nad wodą. Wynurzył się nieoczekiwanie z mroku, wystrzelił jedną naprowadzoną laserem rakietę GBU-15 Pavenay, po czym ostro wykręcił na wschód, nad Hohenroarthe. Umieszczone na samym przodzie bomby komputerowej urządzenie wizyjne przechwyciło odbicie podczerwonego promienia i nakierowało na niego pocisk.
Dowódca stacjonującej na południe od mostu baterii SAM-ów próbował rozszyfrować nieoczekiwany hałas. Radiolokacja nie wykazywała obecności stealthów. Poza tym nie spodziewał się żadnych wrogich samolotów; dwadzieścia kilometrów na północ znajdowała się baza osłony lotniczej w Mahlminkel. To pewnie stamtąd ten dźwięk – pomyślał. – Nie ogłaszali przecież alarmu…
Północny horyzont zapłonął nagle żółtym ogniem. Dowódca nie wiedział, że nad Mahlminkel przemknęły cztery tornada Luftwaffe, wysyłając w patrolujące samoloty setki pocisków. Sześć radzieckich myśliwców atakujących Suchoj stanęło w płomieniach, eksplodując w zamazanym deszczem niebie.
Dowódca baterii nie zastanawiał się ani chwili. Krzyknął na obsługę, by natychmiast włączyła będące w stanie gotowości urządzenia i skierowała je na „ich" most. W chwilę później jeden z radiolokatorów namierzył nadlatującego od rzeki F-111.
– O, cholera – zaklął drugi pilot aardvarka i posłał w baterię radzieckich SAM-ów antyradarową rakietę Shrike, drugą w kierunku radaru, a pavewaya w most, po czym F-111, gwałtownym skrętem odleciał w lewo.
Oficer SAM-ów pobladł. Pojął, co znaczy obraz, jaki ujrzał na wskaźniku radarowym. W odpowiedzi natychmiast polecił wystrzelić trzy pociski. Nadlatujący samolot musiał być maszyną wroga i wysłał już trzy mniejsze obiekty…
Pierwszy pocisk ziemia-powietrze eksplodował, trafiając w rozciągniętą przez rzekę linię wysokiego napięcia, na południe od mostów. Całą dolinę zalało światło potężnego wyładowania elektrycznego z walącej się do wody trakcji. Kolejne dwa, omijając miejsce jaskrawej eksplozji, skoncentrowały się na F-111.