Prowadzona pave trackiem rakieta Paveway trafiła dokładnie w środek północnego przęsła. Była to bomba z opóźnionym zapłonem i zanim eksplodowała, wbiła się w gruby beton, parę metrów od czołgu dowódcy batalionu. Przęsło było mocne – liczyło sobie ponad pięćdziesiąt lat – ale czterysta siedemdziesiąt dwa kilogramy materiału wybuchowego rozdarło je na strzępy. W mgnieniu oka wdzięczny, betonowy łuk rozpękł się na dwoje; między przyporami pojawiła się szeroka na ponad sześć metrów szczelina i most, obciążony dodatkowo pojazdami pancernymi, runął do rzeki. Pocisk posłany przez drugiego aardvarka spadł bliżej brzegu, trafił we wschodnie przęsło; ono również się zawaliło, zabierając w odmęty Elby osiem radzieckich czołgów.
Ale tego już załoga F-111 nie widziała. W trzy sekundy po tym, jak pociski Shrike spadły na dwa rosyjskie pojazdy prowadzące namiar radiolokacyjny, SA-6 trafiła samolot w środek kadłuba. Obie strony nie miały czasu żałować strat. Z góry rzeki bowiem wyłonił się z rykiem kolejny F-111 i obsługa SAM-ów które jeszcze przetrwały, zaczęła gorączkowo namierzać go w celownikach.
Trzydzieści sekund później północny most, trafiony jeszcze trzema rakietami, legł w gruzach. Na dnie rzeki spoczywały odłamy żelbetu.
Eisly przestroił z kolei celownik lasera na południowe przęsło. Zapchane było czołgami, którym drogę blokował transporter opancerzony BMP-1, ciśnięty tam siłą eksplozji pierwszej bomby z północnego przęsła. Leżał na lewym skraju mostu i płonął żywym ogniem. Czwarty aardvark wystrzelił parę rakiet kierowanych bezlitosnym promieniem laserowym, skoncentrowanym obecnie na wieżyczce jednego z zablokowanych czołgów. Na niebie pojawiła się jaskrawa łuna bijąca od płonącego paliwa. Rysowały ją linie wystrzeliwanych na oślep przez przerażonych żołnierzy rakiet ziemia-po wietrze.
Dwie samosterowane rakiety Paveway trafiły w odległości trzech metrów od siebie, rozwalając most do końca. Fale Elby pochłonęły kolejną kompanię wozów bojowych piechoty.
– I jeszcze jedno – mruknął pod nosem Ellington.
Tam! Na bocznej drodze równoległej do rzeki Rosjanie zgromadzili materiały do stawiania mostów pontonowych. Wojska inżynieryjno-techniczne były zapewne w pobliżu…
Stealth z rykiem motorów przeleciał nad kolumną ciężarówek z gotowymi elementami mostów, zrzucił kilkadziesiąt płonących jaskrawym światłem flar i zawrócił w stronę Republiki Federalnej Niemiec. Natychmiast nadleciały trzy aardvarki i każdy z nich wystrzelił w kolumnę transportową po dwa pojemniki z rockeye'ami. Rakiety rozbiły sprzęt do budowy mostu i zabiły – taką piloci żywili nadzieję – wielu żołnierzy, którzy mieli ten most zbudować. Potem myśliwce ruszyły do domu śladem F-19.
W tym samym czasie inna grupa myśliwców F-15 Eagle wdarła się w przestrzeń powietrzną Wschodnich Niemiec, by oczyścić z nieprzyjacielskich samolotów teren dla wracających eskadr Paktu Atlantyckiego. Otworzyły ogień, wypuszczając naprowadzone radarami lub promieniami podczerwonymi rakiety w migi, które ruszyły na spotkanie powracających z zadania myśliwców bombardujących; Amerykanie dysponowali naprowadzającymi radarami, podczas gdy Rosjanie już ich nie mieli. Miało to decydujący wpływ na wynik walki. Radzieckie myśliwce, po utracie mainstayów były zdezorientowane i działały na ślepo. Co gorsza, baterie własnych SAM-ów, które miały wspierać migi i atakować cele powietrzne, otworzyły ogień do nadlatujących maszyn; samoloty NATO trzymały się blisko ziemi.
Po dwudziestu siedmiu minutach trwania akcji „Kraina Marzeń" ostatnie samoloty przeleciały granicę. Była to kosztowna operacja. Pakt Atlantycki stracił dwa niezwykle drogie stealthy oraz jedenaście myśliwców atakujących. Ale i tak akcję należało uznać za owocną. Maszyny NATO zniszczyły ponad dwieście radzieckich myśliwców przystosowanych do lotów w ciężkich warunkach atmosferycznych, a dodatkowych sto strąciły własne baterie SAM.-ów. Doborowe dywizjony rosyjskiego lotnictwa zostały mocno przetrzebione i na pewien czas flota powietrzna Paktu Atlantyckiego zapanowała nad niebem Europy. Z trzydziestu sześciu podstawowych brygad wojskowych trzydzieści zostało kompletnie zniszczonych, a pozostałe poniosły duże straty. Pierwszego ataku lądowego Rosjan, który miał nastąpić dwie godziny później, nie wsparła więc ani przybyła ze Związku Radzieckiego piechota, ani jednostki specjalne ruchomych wyrzutni SA.M-ÓW, ani oddziały saperów, ani kluczowe oddziały zaopatrzenia. Ostatecznie atak na lotniska przeprowadzony przez NATO dał zachodnim sprzymierzeńcom równowagę w powietrzu; w każdym razie chwilowo. Lotnictwo Paktu Atlantyckiego wypełniło swe najistotniejsze zadanie: przewaga Rosjan na lądzie, której obawiano się najbardziej, została w znacznej mierze zredukowana. Lądową batalię o Europę Zachodnią mogło toczyć dwóch równorzędnych przeciwników.
USS „Pharris"
W Ameryce, na Wschodnim Wybrzeżu wciąż jeszcze trwał poprzedni dzień. USS „Pharris" opuścił deltę Delaware o dwudziestej drugiej zero zero.
On i dwanaście innych okrętów eskortowych prowadziło trzydzieści jednostek. Tyle tylko zdołano ich zorganizować.
Tuziny statków, zarówno pod amerykańską banderą jak i pod obcymi, śpieszyło do amerykańskich portów. Wiele z nich nadkładało drogi, by uniknąć radzieckich jednostek podwodnych, które z Morza Norweskiego masowo płynęły na południe. Morris wiedział, że pierwsze dni będą bardzo ciężkie.
– Kapitanie, proszony jest pan do kabiny radiowej – zaskrzeczał głośnik. Morris natychmiast udał się do zawsze zamkniętego pomieszczenia radiokomunikacji.
– To już nie ćwiczenia – powiedział oficer łączności, wręczając mu żółty formularz depeszy. W przyćmionym świetle kabiny, Morris przeczytał:
15 CZERWCA 03.57 CZASU GREENWICH
OD: DOWÓDZTWO LOTNICTWA STRATEGICZNEGO NA ATLANTYKU
DO: WSZYSTKIE OKRĘTY PODLEGŁE DOWÓDZTWU LOTNICTWA STRATEGICZNEGO NA ATLANTYKU
ŚCIŚLE TAJNE
1. PRZYSTĄPIĆ DO DZIAŁAŃ WOJENNYCH, TAK NA WODZIE JAK I W POWIETRZU, PRZECIW SIŁOM UKŁADU WARSZAWSKIEGO
2. PLAN WOJENNY GOLF TAKTYKA 7
3. ODWAGI. DOWÓDCA LOTNICTWA STRATEGICZNEGO NA ATLANTYKU
Opcja Wojenna Siedem. Znaczyło to wojnę przy użyciu środków konwencjonalnych, co bardzo pokrzepiło Morrisa na duchu, gdyż „Pharris" nie dysponował aktualnie bronią jądrową. W porządku – pomyślał kapitan, wiedząc, że obecnie może już bez ostrzeżenia zaatakować każdą jednostkę z bloku wschodniego, wojenną czy handlową. Wsadził depeszę do kieszeni, wrócił na mostek i podniósł mikrofon.
– Tu kapitan. Uwaga, komunikat oficjalny. Jesteśmy w stanie wojny. Ćwiczenia się skończyły, panowie. Jeśli od tej chwili usłyszycie alarm, znaczy to, że w pobliżu kręci się jakiś niegrzeczny chłopczyk, a w dodatku ma odbezpieczoną broń. To wszystko. – Odwiesił mikrofon i spojrzał na stojącego obok oficera:
– Panie Johnson, proszę uruchomić systemy Prerii/Maski. Jeśli coś będzie nie tak, chcę natychmiast o tym wiedzieć. Umieścić to w księdze rozkazów.
System Preria/Maska służył do przeciwdziałania sonarom wrogich łodzi podwodnych. Kadłub fregaty otaczały dwie metalowe taśmy połączone z maszynownią. To była Maska. Szło nią sprężone powietrze wydmuchiwane do wody wokół okrętu w postaci milionów maleńkich bąbelków.
Część systemu zwana Prerią robiła to samo, tyle że za pomocą ruchomych łopatek. Bąbelki wytwarzały barierę, w której grzęzła większość dźwięków wydawanych przez okrętowe śruby – dzięki temu okręt był trudny do wykrycia przez aparaturę zainstalowaną na jednostkach podwodnych.
– Kiedy opuścimy tor wodny? – zapytał Morris.