Выбрать главу

To samo dotyczyło Keflaviku: ewakuowano stamtąd trzy tysiące żon i dzieci oficerów. Baza była gotowa. Jeśli Rosjanie rozpętają wojnę, która wybuchnie niczym nowy wulkan, Keflavik będzie przygotowany na nią najlepiej, jak się da.

– Za pozwoleniem, pułkowniku, chciałbym sprawdzić parę rzeczy w wieży kontrolnej. Na najbliższe dwanaście godzin dysponujemy precyzyjną prognozą pogody.

– A prąd strumieniowy? – pułkownik Jeffers podniósł wzrok znad mierzącej blisko metr kwadratowy mapy izobarów i kierunków wiatrów.

– Występował w pewnych miejscach przez cały tydzień, sir, i na razie nic się nie zmienia.

– W porządku, idź.

Edwards włożył czapkę i wyszedł. Na polowy mundur piechoty morskiej wdział cienką, niebieską marynarkę oficera, zadowolony z tego, że siły powietrzne nie przykładały zbyt wielkiej wagi do przepisów mundurowych. W jeepie miał resztę swego „wyposażenia bojowego": rewolwer kalibru 38, pas z kaburą i polową odzież maskującą, jaką przed trzema dniami otrzymali wszyscy pracownicy bazy. Dopięto wszystko na ostatni guzik – stwierdził Edwards, kiedy ruszał samochodem do odległej o czterysta metrów wieży. – Nawet te kurtki niemieckiej artylerii przeciwlotniczej.

Edwards zdawał sobie sprawę, że pierwszy atak nieprzyjaciela musiał pójść na Keflavik. Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy byli na to przygotowani i wszyscy starali się o tym nie myśleć. Ta najbardziej odosobniona placówka Paktu Atlantyckiego na zachodnim wybrzeżu Islandii stanowiła kluczowe wejście na Północny Atlantyk. Gdyby Iwan chciał rozpocząć wojnę morską, musiałby najpierw zneutralizować Islandię. Na czterech pasach startowych w Keflaviku drzemało osiemnaście myśliwców przechwytujących Eagle, dziewięć samolotów P-3C Orion do zwalczania okrętów podwodnych i najgroźniejsze trzy maszyny E-3A AWACS z radarowym systemem ostrzegania, stanowiące wzrok myśliwców. Dwa E-3A odbywały właśnie loty patrolowe. Jeden krążył w odległości trzydziestu kilometrów na północny wschód od przylądka Fontur, drugi dokładnie nad Ristain, dwieście kilkadziesiąt kilometrów na północ od Keflaviku. I to było najbardziej zdumiewające. Dysponując tylko trzema samolotami z radarowym systemem ostrzegania, piloci mieli pracy aż nadto. Dowódca islandzkiej obrony powietrznej bardzo poważnie podszedł do całej sprawy. Edwards wzruszył ramionami. Gdyby naprawdę jakieś backfire'y zamierzały pojawić się na ich niebie i tak niewiele mogliby uczynić. Edwards był oficerem w nowo sformowanym oddziale meteorologicznym i składał tylko raporty pogodowe.

Porucznik zaparkował jeepa w miejscu wyznaczonym dla oficerów, tuż obok wieży. Rewolwer postanowił zabrać ze sobą. Parking nie był strzeżony; zawsze istniała możliwość, że ktoś mógł „pożyczyć" sobie broń. Bazę nieustannie patrolowała kompania piechoty morskiej i żandarmeria. Wszyscy wyglądali bardzo groźnie z karabinami M-16 i zwieszającymi się z pasów wiązkami granatów. Edwards miał nadzieję, że obchodzą się z nimi ostrożnie. Następnego dnia miała przybyć jednostka amfibii morskich, aby wzmocnić siły bazy. Powinno to wprawdzie nastąpić dobry tydzień wcześniej, ale cała sprawa odwlekła się. Częściowo dlatego, że Islandczycy bardzo niechętnie widzieli na swoim terytorium większą ilość uzbrojonych, obcych wojsk, lecz przede wszystkim z powodu nieoczekiwanie szybkiego rozwoju wypadków. Edwards przebył biegiem zewnętrzne schody wieży i trafił do centrali, w której ujrzał nie pięciu jak zwykle, ale ośmiu dyżurnych.

– Cześć, Jerry – przywitał szefa, porucznika marynarki Jerry'ego Simona.

W wieży nie było ani jednego cywilnego kontrolera ruchu pasażerskiego. No cóż – pomyślał Edwards. – Skoro nie ma pasażerów, to nie mają czego kontrolować…

– Dzień dobry, Mikę – odparł szef.

Był to stały dowcip pracowników bazy w Keflaviku. Zegar wskazywał trzecią piętnaście czasu miejscowego. Dzień! Ale słońce stało już wysoko na północno-wschodniej stronie nieba, zalewając całe pomieszczenie jaskrawym światłem.

– Zróbmy pomiary wysokościowe! – powiedział Edwards, podchodząc do instrumentów meteorologicznych.

– Nie znoszę tego pieprzonego miejsca! – odparł dyżurny.

– Zróbmy bezwzględne pomiary wysokościowe.

– Bezwzględnie nie znoszę tego pieprzonego miejsca!

– Zróbmy więc względne.

– Nie lubię tego pieprzonego miejsca!

– Zróbmy więc pomiary pobieżne.

– Pieprzę to pobieżnie! – obaj się roześmiali. Zrobili to, co im było bardzo potrzebne.

– Miło widzieć, że wszyscy zachowujemy równowagę – odezwał się Edwards.

Niski, chudy porucznik od chwili przybycia do bazy przed dwoma miesiącami zdobył od razu dużą popularność. Pochodził z Eastpoint w Maine, skończył Akademię Lotnictwa, ale ponieważ nosił okulary, nie mógł latać. Jego drobna postać – sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i pięćdziesiąt pięć kilogramów wagi – sprawiała, iż nie posiadał dostatecznego autorytetu jako dowódca, ale zaraźliwe poczucie humoru oraz ciągła gotowość do opowiadania dowcipów, jak też wielka biegłość w przewidywaniu komplikacji pogodowych na Północnym Atlantyku sprawiały, iż każdy w Keflaviku chciał z nim pracować. Wszyscy zgodnie twierdzili, że pewnego dnia wyląduje w telewizji jako jeden z tych cholernych przepowiadaczy pogody.

– MAC, lot pięć-dwa-zero, zrozumiałem cię. Odlatuj, duży chłopaczku. Musimy mieć miejsce – odezwał się zmęczonym głosem kontroler lotów. W odległości kilkuset metrów na pasie startowym jeden-osiem, zaczynał rozpędzać się transportowiec C-5A Galaxy. Edwards obserwował maszynę przez lornetkę. Nigdy nie mogło pomieścić mu się w głowie, iż taki kolos jest w stanie w ogóle oderwać się od ziemi.

– Żadnych nowych wiadomości? – zapytał Simon Edwardsa.

– Nie, ostatni raport to ten od Norwegów. W Koli duży ruch. Zresztą miałem masę pracy – odparł Mikę i wrócił do wzorcowania cyfrowego barometru.

Wszystko zaczęło się przed sześcioma tygodniami. Zgrupowane w sześciu bazach w okolicach Siewieromorska dywizjony samolotów dalekiego zasięgu, należące do radzieckiego lotnictwa morskiego, rozpoczęły nieustanne ćwiczenia pozorujące loty bojowe. Po czterech tygodniach cała ich aktywność zmalała do zera. Był to bardzo złowieszczy znak: Rosjanie najpierw wyszkolili załogi do perfekcji, a następnie przystąpili do generalnych remontów, dzięki którym każda maszyna, każdy instrument doprowadzone zostały do stanu pełnej gotowości… Co teraz robią? Planują atak na Bodo w Norwegii? A może na Islandię? Kolejne ćwiczenia? Trudno powiedzieć.

Edwards odnotował w księdze przepisaną na ten dzień kontrolę instrumentów na wieży. Mógł to wprawdzie zostawić zwerbowanym technikom, ale ci akurat mieli masę dodatkowych zajęć przy dywizjonie myśliwców, więc postanowił zrobić to sam. Ponadto dawało mu to doskonały pretekst, by odwiedzić wieżę…

– Panie Simon – odezwał się nagle starszy kontroler. – Otrzymałem właśnie pilną wiadomość z Sentry Jeden. Alarm pierwszego stopnia: nadlatuje wielu bandytów, sir. Nadlatują z północy i północnego wschodu… Sentry Dwa sprawdza… też ich ma. Jezu! Wygląda, że bandytów jest czterdziestu albo pięćdziesięciu…

Edwards zauważył, że agresorów nazywano obecnie „bandytami", nie „zombi", jak dotąd.

– Czy nadlatują jakieś nasze samoloty?

– Za dwadzieścia minut ma się pojawić MAC C-41, a osiem dalszych w pięciominutowych odstępach. Nadlatują z Dover.