– Proszę powiadomić je, by zawracały! Keflavik jest zamknięty dla wszelkich przylotów aż do odwołania – Simon odwrócił się do pracownika telekomunikacji. – Proszę powiadomić dowództwo lotnictwa strategicznego na Atlantyku, że idzie na nas atak i czekamy na rozkazy. Ja…
Powietrze wypełnił jęk syren alarmowych. Oczekujący na dole piloci zerwali oznakowane na czerwono plomby bezpieczeństwa w gotowych do startu myśliwcach przechwytujących. Edwards spostrzegł, iż jeden z lotników szybko dopija kubek kawy i zaczyna zapinać pasy bezpieczeństwa. Startery, zasilające popodłączane do każdego z samolotów wózki akumulatorowe, zakrztusiły się ciemnym dymem, kiedy zaczęły dostarczać silnikom energię.
– Wieża, tu dowódca eskadry. Ruszamy. Zwolnij pasy startowe, człowieku.
Simon chwycił mikrofon.
– Zrozumiałem, pasy startowe wolne. Plan Alfa. Ruszaj!
Osłony kabin myśliwców opadły, spod kół wyjęto podstawki klinowe i każdy człowiek z obsługi bazy oddał pilotom szybki salut. Warkot odrzutowych silników przemienił się w ryk; samoloty niezdarnie zaczęły kołować na start.
– Gdzie jest twoje stanowisko bojowe, Mikę? – zapytał Simon.
– W budynku meteorologii – odparł Edwards i ruszył w stronę drzwi. – Powodzenia, chłopcy.
Na pokładzie Sentry Dwa technicy radarowi obserwowali na ekranie lampy oscyloskopowej zbliżające się w ich kierunku szerokim łukiem wyskoki. Każdy z tych wyskoków opatrzony był symbolem: „BGR" oraz danymi wskazującymi kurs, wysokość i szybkość. Każdy oznaczał bombowiec radzieckiego lotnictwa morskiego Tu-16 Badger. Nad Keflavik nadlatywały z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę dwadzieścia cztery maszyny. Pojawiły się na małej wysokości, poniżej horyzontu radiolokacyjnego radarów E-3A. W chwili, gdy w odległości trzystu dwudziestu kilometrów od bazy lotniczej zostały wykryte, błyskawicznie weszły wyżej. Kierunek ich lotu pozwolił operatorom radarów natychmiast zakwalifikować je jako wrogie. Wprawdzie w powietrzu znajdowały się cztery maszyny Eagle – dwie z nich zaopatrzone w aparaturę radarowego wykrywania AWACS – ale kończyły właśnie służbę i miały zbyt mało paliwa, by podjąć walkę z pędzącymi na dopalaczach badgerami. Niemniej ruszyły na ich spotkanie z szybkością tysiąca kilometrów, choć nie były jeszcze w stanie wykryć ich na kierujących pociskami radarach.
Wiadomość, jaka napłynęła ze znajdującego się nad przylądkiem Fontur Sentry Jeden, była jeszcze gorsza. Wyskoki na lampie oscyloskopowej jego urządzeń informowały o ponaddźwiękowych Tu-22M backfire'ach, których stosunkowo powolny lot wskazywał, że są ciężko uzbrojone podwieszonymi do skrzydeł pociskami. Maszyny Eagle ruszyły również w ich stronę. A sto sześćdziesiąt kilometrów za nimi dwa F-15, krążące w punkcie obrony nad Reykjavikiem, oderwały się od przebywającego z nim w powietrzu tankowca i ruszyły na północny wschód z szybkością tysiąca sześciuset kilometrów na godzinę. Reszta dywizjonu dopiero odrywała się od ziemi. Obraz radarowy z obu AWACS-ów transmitowany był kodem cyfrowym do centrum dowodzenia myśliwcami w Keflaviku, dzięki czemu personel naziemny mógł obserwować całą akcję na bieżąco.
Zbliżała się pora zmiany patrolujących myśliwców i cała naziemna obsługa pracowała w gorączkowym pośpiechu, przysposabiając maszyny do lotu.
W ciągu minionego miesiąca manewr ten przećwiczyli osiem razy. Niektóre załogi myśliwców spały w samolotach. Inne wywoływano z położonych nie dalej niż czterysta metrów kwater. Maszyny, które właśnie wróciły z patrolu, były ponownie tankowane i natychmiast ciągnięte przez obsługę naziemną na pasy startowe. Żandarmeria i żołnierze piechoty morskiej, którzy nie dotarli jeszcze na posterunki, ruszyli biegiem. Atak mógł nastąpić w każdej chwili. W bazie zostali tylko nieliczni pracownicy cywilni, gdyż pasażerski ruch lotniczy praktycznie nie istniał. Z drugiej strony, ludzie w Keflaviku od tygodnia pozostawali na posterunkach właściwie bez przerwy i byli już mocno zmęczeni. Czynności, które w normalnych warunkach zajmowały im pięć minut, obecnie wykonywali w siedem lub osiem.
Edwards wrócił do punktu meteorologicznego, gdzie przebrał się w mundur polowy, na który włożył niemiecką kurtkę artylerii przeciwlotniczej, a na głowę wcisnął „szwabski" hełm. Jego miejsce – porucznik nie myślał o nim jako o „stanowisku bojowym" – znajdowało się tutaj. Zupełnie jakby ktoś, by zaatakować nadlatujące bombowce, potrzebował dokładnej prognozy pogody. Ale na każdą okoliczność obowiązuje plan – pomyślał Edwards. – Musi być plan. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu. Zszedł na dół do Wydziału Operacji Lotniczych.
– Od Bandjty Osiem oderwały się dwa obiekty. Komputer mówi, że to pociski klasy powietrze-ziemia AS-4 – odezwał się kontroler łączności z sentry. Starszy oficer natychmiast przesłał tę wiadomość drogą radiową do Keflaviku.
Dwadzieścia mil na południowy zachód od Keflaviku pokład „Doktora Lykesa" zaroił się ludźmi. Każdy z dowódców dywizjonu radzieckich bombowców, które wypuściły pociski powietrze-ziemia, przesłał drogą radiową do „Fućika" ustalone hasło. Teraz nadszedł już czas działań statku.
– Ster lewo – rozkazał kapitan Kierow. – Dziób na nawietrzną.
Pułk wojsk powietrznodesantowych – mimo że wielu żołnierzy cierpiało od dwóch tygodni na chorobę morską – przystąpił do ostatnich przygotowań przed desantem. Załoga „Fućika" zdejmowała deski, którymi przykryto cztery znajdujące się na rufie „barki"; w rzeczywistości były to bojowe poduszkowce typu Lebied. Sześcioosobowe załogi odsłaniały wloty powietrza prowadzące do silników, traktowanych od miesiąca z niezwykłą troską. Dowódcy pojazdów natychmiast odpalili wszystkie, to znaczy po trzy w każdym z poduszkowców.
Pierwszy oficer statku zajął stanowisko w centrali dźwigów na rufie. Na dany ręką znak do każdego z pojazdów wsiadła składająca się z osiemdziesięciu pięciu żołnierzy kompania piechoty wzmocniona drużyną obsługującą moździerz. Silniki zaczęły pracować na wysokich obrotach, pojazdy uniosły się na poduszkach powietrznych i wyciągarki przeciągnęły je na rufę. Po czterech minutach oba poduszkowce spoczywały na platformie wyładowczej, która stanowiła rufę barkowca.
– W dół – polecił pierwszy oficer. Operatorzy dźwigu zaczęli opuszczać platformę. Morze było wzburzone i w rozwidloną rufę „Fućika" tłukły ponad metrowej wysokości fale. Kiedy platforma dotarła do powierzchni wody, oba pojazdy zwiększyły obroty, a lebiedy oddaliły się nieco od statku. Dźwig natychmiast uniósł platformę na najwyższy pokład barkowca. Dwa bojowe poduszkowce krążyły w pobliżu. Po pięciu minutach wszystkie cztery pojazdy ruszyły w szyku w kierunku półwyspu Keflavik.
„Fućik" trzymał się północnego kursu, by skrócić kolejne rajdy poduszkowców. Jego otwarty pokład zatłoczony był żołnierzami uzbrojonymi w przenośne wyrzutnie pocisków woda-powietrze i w karabiny maszynowe. Andriejew trwał na mostku, wiedząc, że tu właśnie jest jego miejsce. Sercem jednak towarzyszył żołnierzom, którzy szli do boju.
– Tu wydział operacyjny w Keflaviku. Bandyci po wystrzeleniu pocisków powietrze-ziemia natychmiast zawrócili. Każdy z samolotów odpalił po dwie rakiety. Pięćdziesiąt, obecnie pięćdziesiąt sześć; kolejne są wystrzeliwane. Ale za bombowcami nie nadlatują dalsze maszyny, powtarzam, nie nadlatują. Nie nadlatują też samoloty ze spadochroniarzami. Chłopcy, teraz już leci sześćdziesiąt rakiet – usłyszał Edwards, kiedy przekroczył próg swego stanowiska bojowego.
– Przynajmniej nie mają głowic nuklearnych – odezwał się kapitan.