Выбрать главу

– Wystrzelili w nas sto pocisków… oni, kurwa, nie potrzebują broni jądrowej! – odparł ktoś inny.

Edwards obserwował przez ramię jednego z oficerów wskazania lampy oscyloskopowej. Duże, powoli poruszające się wyskoki, oznaczały samoloty. Mniejsze, szybsze – to były rakiety Mach-2.

– Ma go! – krzyknął operator radaru.

Prowadzący eagle zbliżył się do budgera na odległość strzału i w dziesięć sekund po tym, jak rosyjski bombowiec wypuścił swoje rakiety, zniszczył go pociskiem Sparrow. Drugi pocisk nie trafił w cel, ale trzeci dosięgnął obiektu. Pierwszy myśliwiec strącił kolejny radziecki samolot. Rosjanie atakowali znad całego północnego wybrzeża – jak stwierdził Edwards – a bombowce znajdowały się w tak dużej odległości od siebie, że amerykańskie myśliwce mogły się zająć najwyżej jednym lub dwoma przeciwnikami naraz. Wyglądało to zupełnie jakby…

– Czy nikt nie sprawdza geometrii ataku? – zapytał Edwards.

– O co chodzi? – kapitan obejrzał się. – Skąd się pan tutaj wziął? Opuścił pan, poruczniku, swój posterunek.

Edwards pominął tę uwagę.

– Jaka jest szansa, że próbują odciągnąć nasze myśliwce?

– Byłaby to bardzo droga przynęta – odparł kapitan. – Twierdzi pan, że mogliby wystrzeliwać swoje rakiety z większej odległości? Może mają mniejszy zasięg, niż nam się wydaje. Ale cały problem polega na tym, że pierwsza rakieta doleci tu za dziesięć minut. A kolejne zaczną spadać w pięcio-, siedmiosekundowych odstępach. A my, do cholery, nie możemy nic zrobić.

– To racja – skinął głową Edwards.

Budynek mieszczący wydziały operacji lotniczych i meteorologii był jednopiętrową, prostokątną budowlą, która drżała teraz co chwila w podmuchach wiejącego z szybkością dziewięćdziesięciu kilometrów wiatru. Porucznik wyjął pasek gumy do żucia i włożył go do ust. Za dziesięć minut spadnie tu pierwsza ze stu rakiet – każda z nich zawierać będzie około tony materiału wybuchowego. A może nawet głowice nuklearne. Najgorszy los czekał ludzi na zewnątrz: załogi naziemne i pilotów przygotowujących maszyny do startu. Zadaniem Edwardsa było po prostu trzymać się od tego wszystkiego jak najdalej. Powodowało to w nim uczucie wstydu. Smak strachu mieszający się z miętowym smakiem gumy wstyd ów jeszcze powiększał.

Wszystkie maszyny Eagle znalazły się już w powietrzu – mknęły na północ. Ostatni z backfire'ón wypuścił rakiety i pełną mocą silników odlatywał na północny wschód. Za rosyjskimi samolotami ruszyły w pościg z szybkością dwóch tysięcy kilometrów na godzinę myśliwce Eagle. Trzy z nich wystrzeliły pociski, niszcząc dwa rosyjskie samoloty i jeden uszkadzając. Główny kontroler z Sentry Jeden spostrzegł, że myśliwce, które przybyły z odsieczą, przywołane hasłem „Zulu" nie są w stanie dogonić backfire'ów. Klął w duchu, że nie posłał ich za starszymi i mniej cennymi badgerami. Wiele z nich mogłyby przechwycić. W tej chwili więc polecił im zwolnić i zaczął podawać namiary ponaddźwiękowych, radzieckich rakiet.

Na pasie startowym dwa-dwa nabierał właśnie szybkości Pingwin Osiem, jeden z samolotów klasy P-3C Orion do zwalczania okrętów podwodnych. Pracę zakończył zaledwie przed pięcioma godzinami, więc jego załoga nie zdążyła jeszcze w pełni otrząsnąć się ze snu. Teraz uruchamiała na betonie turbośmigłowy samolot.

– Zaczyna opadać – odezwał się operator radaru.

Pierwsza rosyjska rakieta znajdowała się już prawie nad nimi i zaczynała wchodzić w lot nurkowy. Eagle strącił dwa z nadlatujących pocisków, ale kursy i wysokości rakiet były bardzo niekorzystne, toteż większość wystrzelonych Sparrowów nie mogła dogonić machów-2. Piloci krążących nad środkową Islandią w dużej odległości od bazy myśliwców F-15 zastanawiali się usilnie, czy znajdą jeszcze lotnisko, na które będą mogli wrócić.

Kiedy spadła pierwsza rakieta, Edwards przypadł do ziemi. A może wcale nie spadła? Pociski powietrze-ziemia zaopatrzone były w radarowe detonatory zbliżeniowe. Bomba eksplodowała dwadzieścia metrów nad płaszczyzną gruntu. Skutek był przerażający. Wybuch nastąpił dokładnie nad międzynarodową autostradą w odległości dwustu metrów od budynku operacji lotniczych. Na zabudowania bazy spadł grad odłamków; największych uszkodzeń doznała remiza straży ogniowej. Edwards kulił się na podłodze, podczas gdy w górze świstały odłamki, które przechodziły przez drewniane ściany jak przez papier. Podmuch wyrwał drzwi z zawiasów i całe pomieszczenie wypełniło się gęstym kurzem. W chwilę później eksplodowała stacja „Esso". Paliwo do ciężarówek wystrzeliło w niebo olbrzymią kulą ognia, a na okolicę spadł deszcz płonącej benzyny. Natychmiast zniszczone zostały instalacje elektryczne. Radary, radia i lampy pogasły, a zasilane bateriami światła awaryjne nie zapaliły się od razu. Przez straszną chwilę Edwards myślał, że rakieta uzbrojona była w głowicę nuklearną. Podmuch eksplozji spowodował, że stracił dech, poczuł mdłości. Rozejrzał się i ujrzał nieprzytomnego człowieka trafionego spadającą z sufitu lampą jarzeniową. Nie pamiętał, czy on sam zapiął hełm, czy też nie. Był to w tej chwili w jakiś sposób problem niebywale istotny, ale Edwards nie wiedział dlaczego.

W dużej odległości wylądowała kolejna rakieta, a po minucie rozległa się cała seria gromów. Porucznik prawie dławił się kurzem. Czuł, że za chwilę straci przytomność. Odruchowo zerwał się z ziemi i runął ku wyjściu, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przywitała go ściana żaru. Stacja „Esso" przekształciła się w ryczące kłębowisko ognia, który pochłonął już laboratorium fotograficzne i centrum handlowe bazy. Jeszcze więcej dymu unosiło się nad terenem koszar. Na pasach startowych, z których nigdy już nic nie miało wystartować, stało pół tuzina samolotów. Eksplodująca nad skrzyżowaniem pasów rakieta, pourywała im skrzydła niczym zabawkom. Przed oczyma Edwards miał zgruchotany, płonący wielkim ogniem E-3A sentry. Odwrócił wzrok ku wieży kontrolnej. Też była uszkodzona. Wszystkie szyby zostały wybite. Nie myśląc wcale o jeepie, porucznik pobiegł w stronę wieży.

Dwie minuty później, wstrzymując oddech, wszedł do środka. Nikt nie przeżył. Ciała były pocięte odłamkami szkła, kafelki na podłodze śliskie od krwi. Z głośników ciągle dobiegał szum radia, ale nie pracował żaden nadajnik.

Pingwin Osiem

– Cóż to jest, do licha? – mruknął pilot oriona. Przechylił gwałtownie maszynę na lewe skrzydło i dodał gazu. Znajdowali się w odległości szesnastu kilometrów od Keflaviku. Obserwowali kłęby dymu unoszące się nad ich lotniskiem. Pod nimi płynęły cztery masywne kształty.

– To… – drugi pilot głośno wciągnął powietrze. – Gdzie…

Po powierzchni morza, rozbijając gwałtownie ponad metrowej wysokości fale, posuwały się z prędkością czterdziestu węzłów cztery lebiedy. Każdy z nich miał dwadzieścia sześć metrów długości i dwanaście szerokości. Na górze majaczyły po dwa pędniki tunelowe wznoszące się pochyło nad wysmukłym statecznikiem typu lotniczego z wymalowanym emblematem radzieckiej marynarki wojennej: czerwonym sierpem i młotem na błękitnym pasie. Pojazdy były zbyt blisko brzegu, by orion mógł wykorzystać swoją broń.

Pilot przyglądał się z niedowierzaniem. Po chwili dopiero wystrzelił w kierunku lebiedów z trzydziestomilimetrowego działka. Nie trafił. Ostrym skrętem skierował oriona na zachód.

– Tacco, przekaż sekcji zwalczania okrętów podwodnych w Keflaviku, że zaraz będą mieli towarzystwo. Cztery opancerzone poduszkowce nieznanego typu. Rosyjskie. Wypełnione wojskiem.

– Do samolotu – odezwał się po trzydziestu sekundach koordynator taktyczny. – Keflavik wyeliminowany. Centrum zwalczania okrętów podwodnych zniszczone. Wieża kontrolna również. Próbuję wezwać inne sentry. Może uda się sprowadzić jakieś myśliwce.