Выбрать главу

– W porządku, ale bądź cały czas w kontakcie z Keflavikiem. Trzymaj namiar na nasz radar. Może odkryjemy, skąd płyną. Rakiety Harpoon też miej gotowe…

Keflavik, Islandia

Edwards, przykładając do oczu lornetkę, próbował właśnie oszacować straty, kiedy dotarł do niego komunikat; nie mógł jednak na niego odpowiedzieć. Co mam robić? – pomyślał. Rozejrzał się i ujrzał jedyną użyteczną rzecz: radio „Hammer Ace". Szybko nałożył na plecy nosiłki z urządzeniem i zbiegł po schodach. Musiał ostrzec piechotę morską.

Poduszkowiec przemknął po wodach zatoki Djupivogur i minutę później dobił do brzegu, kilometr od bazy lotniczej. Żołnierze odetchnęli z ulgą, kiedy ich pojazd ruszył po płaskim, skalistym, porośniętym kolczastym jałowcem terenie w kierunku bazy lotniczej NATO.

– Co to jest, do diabła… – odezwał się kapral piechoty morskiej. Na horyzoncie pojawiła się masywna sylwetka, niczym wynurzający się z wody i udający na piknik dinozaur. Pojazd szybko przemieszczał się w jego stronę.

– Hej, żołnierzu, do mnie! – krzyknął Edwards. Jeep z trzema żołnierzami w środku przyhamował gwałtownie, po czym ruszył w stronę porucznika. – Natychmiast wieźcie mnie do dowódcy.

– Dowódca nie żyje, sir – odparł sierżant. – Punkt dowodzenia zniszczony, poruczniku. Kurwa, zniszczony…

– Gdzie zastępca?

– W szkole podstawowej.

– Jedźmy. Od morza, kurwa mać, zbliżają się niegrzeczni chłopcy. Macie radio?

– Próbowaliśmy się łączyć, sir, ale nie było odpowiedzi.

Sierżant skierował samochód na południe, na międzynarodową autostradę. Sądząc z ilości dymu, trafiły tutaj co najmniej trzy rakiety. Niewielkie miasteczko, jakie stanowiła baza lotnicza w Keflaviku, zamieniło się w skupisko dymiących ognisk i zgliszczy. Wszędzie widać było zwijających się jak w ukropie i biegających bezładnie ludzi w mundurach.

Czy ktoś tu jeszcze sprawuje władzę? – pomyślał Edwards.

Szkoła podstawowa również została trafiona. Jedna trzecia zabudowań płonęła.

– Sierżancie, czy pańskie radio działa?

– Działa, sir, ale nie jest nastrojone na odbiornik straży.

– To proszę je przestroić.

– Tak jest – sierżant pochylił się nad urządzeniem.

Lebiedy ustawiły się parami czterysta metrów od granic bazy. Otworzyły się przednie wrota pojazdów i z każdego wytoczyły się dwa transportery opancerzone BMD, za nimi moździerze, których obsługi natychmiast zaczęły przygotowywać się do walki. Odezwały się 73-milimetrowe działa wozów bojowych, a wyrzutnie rakiet bombardowały linie obronne amerykańskich marines. Potem do ataku przystąpiła piechota. Żołnierze posuwali się powoli i ostrożnie, kryjąc się za pancernymi ścianami pojazdów i korzystając ze wsparcia ogniowego. Oddział szturmowy został dokładnie wyselekcjonowany z jednostek, które przeszły kampanię w Afganistanie, toteż każdy z żołnierzy miał już za sobą chrzest bojowy. Lebiedy, niczym ogromne kraby, zawróciły w stronę morza po kolejne posiłki. Obecnie już część elitarnych oddziałów powietrznodesantowych zaangażowała do walki pojedyncze kompanie amerykańskiej piechoty morskiej.

Gorączkowe słowa płynące z krótkofalówek były aż nadto jasne. Elektrownia zasilająca bazę została zniszczona, większość odbiorników radiowych umilkła. Oficerowie piechoty morskiej polegli i nie było nikogo, kto zorganizowałby obronę. Edwards zastanawiał się, czy jest jeszcze ktoś, kto ogarnia sytuację. Doszedł do wniosku, że to zapewne i tak już nie ma znaczenia.

– Sierżancie, musimy wydostać się z tego piekła!

– Ma pan na myśli ucieczkę, sir?

– Myślę o tym, żeby się stąd wydostać i powiadomić kogoś, co się tu dzieje. Ta placówka jest już stracona, sierżancie. Ktoś musi o tym poinformować dowództwo, żeby nie przysyłali tu więcej samolotów. Jak najszybciej dostać się stąd do Reykjaviku?

– Do cholery, sir, ale tam są jeszcze żołnierze piechoty morskiej.

– Chce pan zostać jeńcem Rosjan? Przegraliśmy! Mówię, że musimy złożyć raport. I tak zrobimy, sierżancie. Kapuje pan?

– Tak jest, sir.

– Skąd weźmiemy broń?

Jeden z szeregowców pobiegł do ruin szkoły. Leżał tam twarzą do ziemi żołnierz piechoty morskiej. Spod ciała wypływała kałuża krwi. Szeregowiec wrócił, niosąc należący do tamtego karabin M-16, plecak i pas z amunicją. Wręczył to Edwardsowi.

– Mamy jeszcze jeden, sir.

– Wynośmy się stąd, do diabła.

Sierżant włączył silnik.

– Ale w jaki sposób złożymy ten raport? – zapytał.

– To już mój kłopot.

– W porządku.

Sierżant zawrócił jeepa o sto osiemdziesiąt stopni i ruszył autostradą w kierunku roztrzaskanych anten satelitarnych.

MV „Julius Fućik"

– Samolot z lewej burty – krzyknął obserwator.

Kierow podniósł lornetkę i cicho zaklął. Pod skrzydłami wielosilnikowego samolotu widniały podwieszone rakiety.

Pingwin Osiem

– No dobrze, popatrzmy, co tu mamy – odezwał się pilot oriona. – Nasz przyjaciel, „Doktor Lykes". Co jeszcze jest w okolicy?

– Nic. Na obszarze stu mil nie ma żadnej innej jednostki nawodnej – zakończyli właśnie badanie horyzontu za pomocą radaru przeszukującego.

– Przecież te cholerne poduszkowce nie wyjechały z okrętu podwodnego.

Pilot skorygował kurs, przelatując w odległości dwóch mil od statku, ustawił czterosilnikową maszynę patrolową tyłem do słońca. Drugi pilot obserwował „Doktora Lykesa" przez lornetkę. Kamery telewizyjne zainstalowane w samolocie i obsługiwane przez strzelców zapewniały bardziej szczegółowy obraz. Ujrzeli dwa rozgrzewające się helikoptery. Ktoś na pokładzie „Fućika" w panice wystrzelił z ręcznej wyrzutni w stronę samolotu rakietę SA-7. Ominęła maszynę dalekim łukiem i pomknęła w kierunku stojącego nisko nad horyzontem słońca.

MV „Julius Fućik"

– Idiota! – warknął Kierow. Do samolotu nie dotarł nawet dym z rakietowego silnika pocisku. – Teraz otworzą do nas ogień. Zająć stanowiska na burtach. Sternik, alarm!

Pingwin Osiem

– W porządku – mruknął pilot, oddalając się nieco od statku handlowego. – Tacco, mamy cel dla twoich harpoonów. Połączyłeś się z Keflavikiem?

– Nie, ale Sentry Jeden transmituje wszelkie dane do Szkocji. Twierdzą, że na Keflavik spadła solidna ilość rakiet.

Pilot zaklął cicho.

– Dobrze, zatopimy tego pirata.

– Samolot, zrozumiałem – odezwał się koordynator taktyczny. – Już dwie minuty temu mogliśmy… o, cholera! Mam czerwone światło w lewym harpoonie. Jakiś dupek go nie uzbroił.

– No cóż, pobaw się ze skurwielem – warknął pilot.

Zmęczona załoga naziemna w pośpiechu nie podłączyła dokładnie linki sterowej rakiety.

– W porządku, mam drugą. Gotowa!

– Strzelaj!

Pocisk oderwał się od skrzydła i opadł z dziesięć metrów, zanim włączył się silnik. Na otwartym pokładzie „Fućika" tłoczyli się spadochroniarze. Wielu z nich, w nadziei, że trafią w nadlatujący pocisk powietrze-woda trzymało w rękach wyrzutnie SAM-ów,

– Tacco, może uda ci się tu ściągnąć F-15. Niech potraktuje trochę tego przyjemniaczka swoim dwudziestomilimetrowym kalibrem.

– Właśnie to robię. Nadlatuje już dwójka, ale mają mało paliwa. Wszystko, co mogą zrobić, to jedno czy dwa podejścia.