Pierwszy pilot przyłożył lornetkę do oczu i obserwował pomalowaną na biało rakietę, pomykającą tuż nad falami. Daj im popalić koteczku – szepnął do siebie.
– Rakieta z lewej burty. Nisko nad horyzontem.
Ostatecznie obserwatorów mamy dobrych – pomyślał Kierow. Szybko obliczył odległość od horyzontu i doszedł do wniosku, że rakieta mknie z szybkością tysiąca kilometrów na godzinę…
– Ster, cała w prawo! – krzyknął. Sternik przekręcił błyskawicznie koło do oporu.
– Nie uciekniesz przed rakietą, Kierow – odezwał się cicho generał.
– Wiem o tym. Popatrz, przyjacielu.
Czarny kadłub statku obrócił się gwałtownie na prawą burtę, po czym pochylił się w stronę przeciwną, jak samochód po gwałtownym skręcie na gładkiej szosie. Sprawiło to, iż na zagrożonej, lewej burcie poziom wody niebezpiecznie się podniósł.
Kilku stojących na pokładzie oficerów marynarki handlowej wystrzeliło race sygnałowe w nadziei, że przyciągną one uwagę rakiety. Ale elektroniczna pamięć pocisku była skoncentrowana na potężnym wyskoku lampy oscyloskopowej systemów samonaprowadzania. Urządzenia spostrzegły, że statek zmienia lekko pozycję i zgodnie z tym wprowadziły odpowiednie korekty. Pół mili od celu lecący trzy metry nad wodą harpoon wzniósł się nieco i wykonał ostateczny, zaprogramowany „podskok". Zgromadzeni na pokładzie „Fućika" żołnierze strzelali nieustannie z tuzina wyrzutni pocisków woda-powietrze. Trzy rakiety przeszły nawet przez smugę spalin silników harpoona, lecz nie potrafiły skręcić wystarczająco szybko, by trafić w sam pocisk.
Harpoon przechylił się i znurkował…
– W porządku – szepnął pilot.
Teraz już nic nie mogło powstrzymać rakiety. Trafiła w kadłub statku dwa metry nad poziomem wody. Trochę za mostkiem. Głowica eksplodowała natychmiast, lecz całe cielsko pocisku mknęło jeszcze do przodu i na najniższym pokładzie towarowym detonowało sto kilogramów odrzutowego paliwa. Statek spowiła chmura dymu. Siła wybuchu zwaliła z nóg trzech spadochroniarzy, którzy odruchowo nacisnęli spusty trzymanych w rękach wyrzutni SAM-ów. Pociski pomknęły w górę.
– Tacco, twój ptaszek w celu. Głowica eksplodowała. Wygląda, że… – pilot przyłożył do oczu lornetkę, by oszacować skutki trafienia.
– Ster zero!
Kierow spodziewał się, że wstrząs może zwalić go z nóg, ale rakieta była mała, a „Julius Fucik" ciągle miał trzydzieści pięć tysięcy ton wyporności. Kapitan pobiegł w róg mostka, starając się ocenić rozmiary zniszczeń. Kiedy statek wrócił już do normalnej pozycji, postrzępiona dziura w jego boku znalazła się trzy metry nad wodą. Bił z niej gęsty dym. Cały pokład płonął, ale Kierow uznał, że od takiej eksplozji „Fucik" nie zatonie. Istniało tylko jedno niebezpieczeństwo i kapitan wydał ekipom ratowniczym odpowiednie rozkazy.
Generał Andriejew przydzielił im jednego ze swoich oficerów. Przez ostatnie dziesięć dni setka spadochroniarzy przechodziła szkolenie przeciwpożarowe. Teraz wojsko miało pokazać, czego się nauczyło.
Kiedy z rozległego obłoku dymu wynurzył się z szybkością dwudziestu węzłów „Fucik", w jego boku ziała szeroka na pięć metrów dziura. Z otworu buchał dym, ale pilot oriona od razu spostrzegł, że uszkodzenia nie były wielkie. Widział setki ludzi na górnym pokładzie, niektórzy zbiegali już po drabinach i zaczynali walczyć z ogniem.
– Gdzie te myśliwce? – zapytał.
Koordynator taktyczny milczał. Manipulował coś przy przełącznikach radiowych.
– Pingwin Osiem, tu Kobra Jeden. Mamy dwa samoloty. Wprawdzie brak już im rakiet, ale dysponują pełnymi komorami dwadzieścia mm. Zrobią dwa nawroty, ale potem muszą zmiatać do Szkocji.
– Zrozumiałem, Kobra. Cel przywita was kłębami dymu. Uważajcie na ręczne SAM-y. Wystrzelili już ze dwadzieścia tych skurwieli.
– Przyjąłem, Pingwin. Co nowego w Keflaviku?
– Na razie musimy poszukać sobie nowego domku.
– Rozumiem, przyjąłem. W porządku, trzymajcie się z daleka. Nadlatujemy od słońca, nad samą wodą.
Orion krążył w odległości trzech mil. Pilot dostrzegł myśliwce dopiero w chwili, kiedy otworzyły ogień. Oba eaglle leciały tuż nad wodą, w odstępie kilku metrów od siebie. Ich nosy ziały ogniem z dwudziestomilimetrowych, obrotowych działek.
Nikt na statku nie zauważył nadlatujących maszyn. W jednej chwili wokół burty zakotłowała się woda, a w sekundę później główny pokład spowiły tumany kurzu. Pomarańczowa kula ognia oznajmiła, że eksplodował jeden z radzieckich helikopterów. Struga płonącego paliwa dotarła aż do mostka, cudem tylko omijając generała i kapitana.
– Co to? – wychrypiał Kierow.
– Amerykańskie myśliwce. Nadleciały nad samą wodą. Muszą dysponować tylko działkami, bo w przeciwnym razie wystrzeliłyby już rakiety. Ale to jeszcze nie koniec, mój kapitanie.
Myśliwce rozdzieliły się; jeden z lewej, drugi z prawej minęły płynący z szybkością dwudziestu węzłów statek. Nie ścigał ich żaden SAM. Maszyny ponownie uformowały szyk i ruszyły na „Fućika" od strony dziobu. Teraz celem była nadbudówka. W mostek barkowca trafiło kilkaset pocisków, wybijając wszystkie okna i zabijając całą znajdującą się tam załogę. Na szczęście system integralności wodoszczelnej statku nie został naruszony.
Kierow obserwował rzeź. Sternika rozerwało sześć pocisków; wszyscy obecni na mostku zginęli. Po kilku sekundach dopiero, kiedy minął szok, kapitan poczuł przejmujący ból w brzuchu. Marynarkę miał mokrą od krwi.
– Zostaliście trafieni, kapitanie. – Tylko generałowi starczyło refleksu, by skryć się za jakimś sprzętem. Przez chwilę dziwił się własnemu szczęściu.
– Muszę doprowadzić statek do portu. Proszę iść na rufę i polecić pierwszemu oficerowi, by kontynuował akcję desantową. Wy, towarzyszu generale, zajmijcie się pożarem na górnym pokładzie. Musimy doprowadzić mój statek do portu.
– Przyślę wam pomoc – generał wyszedł, a kapitan wrócił do steru.
– Stań tutaj! – krzyknął Edwards.
– O co chodzi, poruczniku? – zapytał sierżant, ale posłusznie zatrzymał jeepa obok parkingu przy budynku kwater oficerskich.
– Dalej pojedziemy moim samochodem. Jeep od razu wzbudzi podejrzenia – porucznik wyskoczył z pojazdu i wyciągnął z kieszeni spodni kluczyki. Żołnierze piechoty morskiej popatrzyli po sobie i ruszyli jego śladem. Przed kilkoma miesiącami Edwards odkupił od opuszczającego wyspę oficera dziesięcioletnie volvo, po którym widać było, że poprzedni właściciel odbył nim niejedną podróż po bezdrożach Islandii.
– Dobra, wsiadamy – mruknął porucznik, otwierając drzwiczki.
– Przepraszam, sir, ale o co, do licha, tu chodzi?
– Pomyślcie, sierżancie. Przed nami otwarta przestrzeń. A jeśli Iwan ma helikoptery? Jak pan myśli, co zrobią, jeśli z góry zobaczą wojskowy samochód?
– Ach tak, rozumiem – sierżant skinął głową. – Ale jaki mamy plan?
– Samochodem dojedziemy co najmniej do Hafnarfjórduru. Tam ukryjemy go w krzakach i dalej ruszymy pieszo na pustkowia. Kiedy znajdziemy jakieś bezpieczne miejsce, uruchomimy radio. Mam ze sobą nadajnik satelitarny. Musimy powiadomić Waszyngton, co się tutaj wyprawia, ale najpierw należy się zorientować, czym dysponują Rosjanie. Być może nasi będą chcieli odbić ten skalisty kawałek lądu. Za wszelką cenę, sierżancie, musimy przeżyć i im to ułatwić.