Edwardsowi myśl ta przyszła do głowy dopiero teraz. Czy Amerykanie naprawdę będą próbowali odzyskać Islandię? Czy są w stanie to zrobić? Co się dzieje na tym pieprzonym świecie? Czy w ogóle ma sens to, co robią? Doszedł do wniosku, że niekoniecznie. Ale po kolei, nie wszystko naraz. Wiedział jedno: nie chce wpaść w ręce Rosjan, a przez radio mogą dowiedzieć się, jaki los spotkał Keflavik.
Edwards uruchomił silnik i ruszył autostradą 41. Gdzie ukryć samochód? W Hafnarfjórdurze mieści się duże centrum handlowe… i jedyny na Islandii punkt, gdzie można dostać kurczaka, jakiego podają w Kentucky. Gdzież znajdę lepsze miejsce do ukrycia samochodu? Młody porucznik uśmiechnął się mimowolnie. Żyli i dysponowali najgroźniejszą bronią, jaką wymyślił człowiek – radiem. Jeśli pojawią się kłopoty, to będzie o nich myślał. Na razie muszą przeżyć i złożyć raport. Może wtedy ktoś im powie, co mają robić. Nie wszystko naraz – powtórzył w myślach. Ktoś, do licha, z pewnością wie, co się dzieje…
– Wygląda na to, że uporali się z ogniem – odezwał się kwaśno drugi pilot.
– Ale jak im się to udało? Do diabła, taki statek powinien pójść z dymem jak… ale nie poszedł.
Obserwowali żołnierzy wsiadających do poduszkowców. Pilotowi dopiero teraz przyszło do głowy, że dwa myśliwce Eagle – obecnie zbliżające się już do wybrzeży brytyjskich – należało skierować przeciw tym poduszkowcom, a nie na ogromny, czarny statek. Jesteś dupa, nie oficer – strofował się w duchu. Pingwin Osiem dysponował osiemdziesięcioma pławami sonarowymi, czterema torpedami Mk-48 do zwalczania okrętów podwodnych i inną nowoczesną bronią, ale żadna z nich nie nadawała się do ataku na tak wielki cel jak barkowiec. Chyba, że odegrałbym rolę kamikadze – pomyślał pilot. Potrząsnął głową…
– Jeśli zamierzamy dostać się do Szkocji, to zostaje nam paliwa jeszcze na trzydzieści minut – ostrzegł mechanik.
– W porządku. Rzucimy jeszcze okiem na Keflavik. Polecę na wysokości dwóch tysięcy. Musimy uważać na SAM-y.
Dwie minuty później byli już nad wybrzeżem. Lebied zbliżał się właśnie do stacji SOSUS i SIGINT niedaleko Hafnir. Na ziemi widzieli jakiś ruch i pierścienie dymów bijących z budynków. Pilot niewiele wiedział o działaniu SIGINT, ale SOSUS – morski system zwiadu hydrolokacyjnego – był newralgicznym ośrodkiem wykrywania celów, które następnie atakowały samoloty P-3C Orion. Stacja ta obejmowała swą siecią tereny rozciągające się od Grenlandii, przez Islandię, aż do Wysp Owczych i stanowiła skuteczną zaporę broniącą szlaki handlowe przed atakiem okrętów podwodnych. Obecnie system ten miał zostać zniszczony. Wspaniale.
Niebawem w dole pojawił się Keflavik. Siedem lub osiem maszyn nie zdążyło wystartować. Teraz wszystkie płonęły. Pilot dokładnie zbadał przez lornetkę pasy startowe i z przerażeniem skonstatował, że nie są uszkodzone.
– Tacco, masz kontakt z Sentry?
– W każdej chwili możesz mówić. Na linii jest Sentry Dwa.
– Sentry Dwa, tu Pingwin, słyszysz mnie?
– Słyszę cię, Pingwin. Tu starszy kontroler. Jesteś nad Keflavikiem. Jak tam wygląda?
– Osiem maszyn na ziemi. Zniszczone i płoną. Rakiety nie uszkodziły pasów startowych; powtarzam – nie uszkodziły.
– Jesteś tego pewien, Ósemka?
– Na sto procent. Cały teren zbombardowany, ale nie pasy. Zbiorniki z paliwem wyglądają na nieuszkodzone. Na magazyn paliwa pod Hakotstangar też chyba nic nie spadło. Zostawiliśmy naszym przyjaciołom całe lotnisko i magazyny z benzyną. Sama baza… zobaczmy. Wieża kontrolna stoi. Budynek operacji powietrznych płonie. Masa dymu… baza wygląda na kompletnie zniszczoną, ale pasy są w porządku.
– A jak ze statkiem?
– Jedno mocne trafienie. Widziałem eksplozję rakiety. Potem dwie z waszych piętnastek złoiły im nieco tyłek, ale to za mało. Pewnie dotrze do celu. Myślę, że popłynie do Reykjaviku lub Hafnarfjórduru, by wyładować towar. Wiezie masę ładunku. To czterdziestotysięcznik. Jeśli czegoś nie wymyślimy, wykona zadanie za dwie lub trzy godziny.
– Nie licz na to. Ile masz paliwa?
– Musimy wracać do Stornoway. Chłopcy od zdjęć obfotografowali cały teren bazy i statek. Tylko tyle mogliśmy zrobić.
– W porządku, Pingwin. Znajdź sobie dobre miejsce do lądowania. My też za parę minut wracamy. Powodzenia.
Edwards zatrzymał samochód w centrum handlowym. Przy wjeździe do miasteczka spotkali kilka osób. Ludzie spoglądali na zachód, w stronę Keflaviku. Obudził ich dobiegający stamtąd huk i byli ciekawi, co się dzieje. My też jesteśmy ciekawi – pomyślał porucznik. Na szczęście w samym centrum nie spotkali nikogo. Zatrzasnął drzwiczki samochodu i odruchowo schował kluczyki do kieszeni.
– Co teraz, poruczniku? – zapytał sierżant Smith.
– Sierżancie, uściślijmy parę rzeczy. Jest pan żołnierzem piechoty morskiej i z pewnością ma pan wiele pomysłów. Chciałbym je znać.
– No cóż, sir. Powiedziałbym, że należy ruszyć na wschód, oddalić się od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych i znaleźć jakieś ustronne miejsce, by pobawić się radiem. Musimy zrobić to szybko.
Edwards rozejrzał się. Ulice były jeszcze puste. Należało to wykorzystać. Nie mogli sobie pozwolić, by ktoś ich zobaczył. Skinął głową i sierżant polecił jednemu z żołnierzy iść przodem. Zdjęli hełmy, a karabiny zawiesili na pasach. Mieli wrażenie, że zza zasłoniętych okien śledzą ich setki oczu. Cóż za początek wojny – pomyślał Edwards.
– Dzięki Bogu, ogień opanowany – oznajmił Andriejew. – Wprawdzie sporo sprzętu zostało uszkodzone, głównie przez wodę, ale pożar ugasiliśmy!
Kiedy jednak spojrzał na Kierowa, twarz mu spoważniała. Kapitan był trupio blady. Choć wojskowy lekarz opatrzył mu ranę, wewnętrzny krwotok nie ustawał. Mężczyzna, ściskając kurczowo róg stołu nakresowego, z trudem trzymał się na nogach.
– Kurs w prawo. Zero-zero-trzy.
Za kołem stał młodszy oficer.
– W prawo zero-zero-trzy, towarzyszu kapitanie.
– Musicie się położyć, drogi kapitanie – powiedział miękko Andriejew.
– Najpierw muszę doprowadzić statek do portu.
„Fućik" płynął dokładnie na północ, a pędzone zachodnim wiatrem fale obmywały ranę spowodowaną uderzeniem rakiety. Cały poprzedni optymizm kapitana zniknął. Pocisk rozpruł niektóre szwy w dole kadłuba i do najniższych luków towarowych wdzierała się woda. Pompy, jak dotąd, nieźle sobie radziły, ale przecież na statku znajdowało się dwadzieścia tysięcy ton ładunku.
– Kapitanie, musi się wami zająć lekarz – upierał się Andriejew.
– Zajmę się sobą, jak osiągniemy cel. Musimy mieć port po zawietrznej. Proszę utrzymywać swoich żołnierzy w gotowości bojowej. Jeszcze jeden atak i będzie po nas. Powiedzcie swoim ludziom, że spisali się na medal. Zawsze z radością przywitam ich na pokładzie.
– Kontakt na hydrolokatorze, prawdopodobnie okręt podwodny, współrzędne: trzy-pięć-trzy – oznajmił sonarzysta.
Zaczęło się – pomyślał Morris. Przez pierwszą część drogi od wybrzeży amerykańskich „Pharris" utrzymywał cały czas swoją pozycję. W kilwaterze ciągnął za sobą taktyczną pławę sonarową. Znajdował się teraz w odległości dwudziestu mil na północ od konwoju, sto dziesięć mil na wschód od lądu i przekraczał właśnie linię szelfu kontynentalnego, wpływając na głębokie wody kanionu Lindenkohl. Ulubiona kryjówka łodzi podwodnych.
– Proszę mi pokazać, co tam jest – polecił ASW,oficer odpowiedzialny za zwalczanie okrętów podwodnych. Morris starał się zachowywać kamienną twarz i w milczeniu obserwował pogrążoną w pracy załogę.