Sonarzysta wskazał monitor kaskad. Na czarnym tle widniały serie cyfrowych symboli tworzących liczne, zielone cienie. Sześć ustawionych w rzędzie cyferek różniło się od innych, rozrzuconych przypadkowo na ekranie. Potem pojawiła się siódma. To, że ustawiły się w pionowym rządku, znaczyło, iż dźwięk pochodził z jednego źródła znajdującego się na północny zachód od okrętu. Jak dotąd znali tylko z grubsza kierunek. Nie potrafili określić, czy to okręt podwodny, czy też jakaś łódź rybacka o bardzo głośnym silniku albo zgoła zwykłe zaburzenie w środowisku wodnym. Źródło dźwięku zamilkło na minutę, po czym znów się odezwało. I znów zamilkło.
Morris i towarzyszący mu oficer ASW spojrzeli na wydruk batytermografu. Co dwie godziny opuszczali instrument, który opadając aż na samo dno informował o zmianach temperatury w poszczególnych warstwach wodnych. Wzór wykazywał nierówną linię. Temperatura opadała wraz z głębokością, ale nierównomiernie.
– To może być coś – powiedział cicho oficer – do zwalczania okrętów podwodnych.
– Pewnie, że może – przyznał kapitan. Zbliżył się do ekranu hydrolokatora. To ciągle tam tkwiło. Rząd cyfr pozostawał w bezruchu już od dziewięciu minut. Jak daleko? Woda doskonale przewodziła dźwięk, dużo lepiej niż powietrze, ale tutaj też obowiązywały pewne prawa. Trzydzieści metrów pod „Pharrisem" znajdowała się interklina, w której następowała gwałtowna zmiana temperatury wody. Jak szklany pryzmat światło, przepuszczała ona pewne dźwięki, ale wiele z nich odbijała. Część energii dźwiękowej mogła przechodzić między warstwami i nie tracąc nic ze swego natężenia, docierać bardzo daleko. Źródło hałasu, które namierzyli, mogło znajdować się równie dobrze w odległości pięciu mil jak i pięćdziesięciu. Kiedy obserwowali ekran, rządek symboli przesunął się lekko w lewo, co znaczyło, że „Pharris" przemieścił się nieco na wschód… albo źródło dźwięku przesunęło się na zachód, jakby śledzony okręt podwodny prześlizgiwał się za rufę swej ofiary, przyjmując pozycję bojową. Morris udał się do stołu nakresowego.
– Myślę, że jeśli nawet jest to okręt podwodny, to musi znajdować się bardzo daleko – odezwał się cicho jeden z podoficerów.
Zadziwiające – pomyślał Morris. – Podczas takiego polowania na głębinach, załoga zawsze mówi szeptem. Jakby bała się, że nieprzyjaciel może podsłuchać rozmowę.
– Sir – odezwał się oficer ASW. – Pozycja pozostaje bez zmian, więc cel musi znajdować się w odległości dobrych piętnastu mil. A to znaczy z kolei, że mamy do czynienia z jakimś bardzo silnym źródłem dźwięku, zapewne zbyt odległym, by stanowiło dla nas bezpośrednie zagrożenie. Jeśli to atomowy okręt podwodny, to po krótkim sprincie możemy wziąć go w namiar krzyżowy.
Morris zajrzał do centrum informacji bojowej, po czym sięgnął po słuchawkę interkomu.
– Mostek, tu stanowisko bojowe.
– Tak jest, tu mostek. Mówi pierwszy oficer.
– Joe, daj na pięć minut szybkość dwudziestu węzłów.
Zobaczymy, czy uda się wziąć namiar krzyżowy. Minutę później Morris poczuł, jak kotły parowe zaczęły popychać fregatę przez dwumetrowej wysokości fale i stopniowo nadawały jej coraz większą prędkość. Czekał zamyślony, żałując w duchu, że jego okręt nie dysponuje bardziej czułymi antenami 2X, jakie zainstalowano na szybkich fregatach klasy Perry. Pięć minut zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Ale walka z okrętami podwodnymi wymagała wiele cierpliwości.
Kiedy „Pharris" wreszcie zwolnił, obraz na ekranie hydrolokatora wskazywał już tylko chaotyczną lawinę dźwięków, coś, co dużo łatwiej było odczuć niż opisać. Kapitan, oficer ASW i sonarzysta obserwowali ekran z uwagą przez dziesięć minut. Nieprawidłowy wzór dźwiękowy więcej się nie pojawił. Gdyby to były prowadzone w czasie pokoju ćwiczenia, zdecydowaliby, że to zwykła anomalia, wytworzony przez wodę dźwięk, który ginie równie szybko, jak się pojawia; zapewne jakiś niewielki wodny wir na powierzchni morza. Obecnie jednak wszystko, co spotykali, mogło mieć czerwoną gwiazdę i peryskop. Oto mój pierwszy dylemat – pomyślał Morris. Mógł posłać tym tropem jeden ze swoich helikopterów; mógł też wezwać oriona. Z drugiej strony, mógł wysłać je na próżno, a co więcej, odciągnąć od rzeczywistego celu. Morris czasami pragnął, by kapitanowie mieli monety, gdzie na jednej stronie widniałoby: „TAK", a na drugiej: „NIE"! Nazywałoby się to zapewne „werbalnym generatorem decyzji", zgodnie z tak ukochaną przez marynarkę elektroniczną nomenklaturą.
– Tam chyba nic nie było – odezwał się do oficera ASW.
– Chyba nie, sir – odparł mężczyzna, zły na siebie, że w ogóle zawracał kapitanowi głowę. – Jeszcze nie tym razem.
– No cóż, nie pierwszy raz i nie ostatni.
KONIEC PODRÓŻY, POCZĄTEK PODRÓŻY
Sierżant JameTs Smith pełnił w kompanii rolę kancelisty i dlatego tylko miał ze sobą komplet map Islandii. Wiadomość ta niebywale uradowała Edwardsa. Niemniej porucznik straciłby wiele ze swego samozadowolenia, gdyby wiedział, co Smith naprawdę sądzi o nim samym i ich przedsięwzięciu. Kompanijny kancelista miał zapewne również za zadanie nosić siekierę, ale skoro Islandia była prawie całkowicie pozbawiona drzew, to niechybnie dawno już spalił nawet trzonek tej siekiery. Posuwali się w milczeniu na wschód, a nisko stojące słońce nieprzyjemnie raziło ich w oczy.
Ostatnie dwa kilometry szli terenem pokrytym lawą, która stanowiła niezbity dowód wulkanicznego pochodzenia Islandii.
Poruszali się szybko i bez odpoczynku. Za plecami mieli morze i zdawali sobie sprawę, że tak długo, jak długo je widzą, mogą zostać dostrzeżeni z wybrzeża. Wzbijany butami kurz był widoczny z daleka, toteż zamykający pochód szeregowy Garcia co pewien czas zatrzymywał się, robił parę kroków do tyłu i bacznie obserwował okolicę. Pozostali rozglądali się na boki, patrzyli przed siebie, a przede wszystkim w niebo. Wiedzieli, że Iwan musi dysponować jednym lub dwoma helikopterami, a niewiele rzeczy mogło sprawić, by człowiek czuł się bardziej bezbronny niż wtedy, gdy widział unoszący się nad głową śmigłowiec.
Okolica była prawie całkiem jałowa. Wprawdzie tu i ówdzie widzieli kępki rachitycznej trawy torującej sobie drogę przez skały ku słońcu, ale generalnie teren sprawiał wrażenie martwego jak powierzchnia Księżyca. Ostatecznie to właśnie na Islandii trenowali astronauci z „Apolla" – przypominał sobie Edwards. Lekki wiatr omiatający łagodnie zbocze wzbijał drobiny kurzu, co powodowało, że porucznik nieustannie kichał. Zastanawiał się, co będzie, kiedy skończy im się żywność. Tu nie było łatwo przeżyć. Ponadto Edwards spędził na Islandii zaledwie parę miesięcy i nie miał jeszcze okazji odbyć samotnej wycieczki w głąb wyspy. Nie łap dwóch srok za ogon – mruknął do siebie. – Ludzie wszędzie potrafią się wyżywić. Muszą tu istnieć jakieś farmy. Znajdziemy je na mapie.
– Śmigłowiec! – krzyknął Garcia.
Edwards już wcześniej zorientował się, że ten żołnierz ma sokoli wzrok. Jeszcze nie słyszeli nawet dźwięku silnika, ale porucznik był pewny, że maszyna musi znajdować się gdzieś nad horyzontem i nadlatuje od strony morza.
– Wszyscy na ziemię! Sierżancie, proszę podać mi lornetkę – odezwał się Edwards, siadając na kawałku lawy. Obok przycupnął Smith.
– To hip, sir. Transporter piechoty – powiedział i wręczył porucznikowi szkła.
– Wierzę panu na słowo – odparł Edwards. Obserwował z uwagą niezgrabny kształt znajdujący się w odległości jakichś pięciu kilometrów. Obiekt kierował się na południowy wschód w stronę Hafnarfjórduru. – Wygląda na to, że leci do portu. Och, przybyli na okręcie. Chcą tam zacumować, a wojsko ma przygotować teren do tej operacji.