– Zapewne tak – przyznał sierżant Smith.
Edwards obserwował helikopter do chwili, gdy ten skrył się za dachami budynków. Po niecałej minucie maszyna pojawiła się znowu, ale tym razem skierowała się na północny zachód. Porucznik zlustrował dokładnie horyzont.
– Chyba widzę tam jakiś okręt.
Kierow zbliżył się powoli do stołu nakresowego. Towarzyszył mu lekarz wojskowy. Pompy z trudem dawały sobie radę z wdzierającą się do wnętrza statku wodą. Dziób był już zanurzony o pół metra głębiej niż zwykle. Przenośne urządzenia do usuwania wody umieszczono w zęzach tak, by mogły wylewać wodę przez dziurę wybitą przez amerykańską rakietę. Kapitan uśmiechnął się słabo pod nosem. Lekarz podążał za nim krok w krok. Generał przystawił Kierowowi do głowy pistolet, nastając, by ten pozwolił zaaplikować sobie kroplówkę z osoczem i zrobić zastrzyk z morfiny. Za to ostatnie kapitan był Andriejewowi wdzięczny – choć ciągle jeszcze czuł ból, lecz nie tak silny jak poprzednio. Irytowała go natomiast butelka z plazmą, którą medyk trzymał cały czas w górze, nie odstępując kapitana na krok. Ale Kierow zdawał sobie sprawę, że jest to konieczne. Musiał przeżyć jeszcze kilka godzin. I kto wie? – pomyślał. – Jeśli lekarz okaże się dobry, może wyjdzie z tego…
Miał na głowie ważniejsze sprawy. Nigdy nie był w tym porcie i znał go wyłącznie z mapy, a nie dysponował pilotem. Ponadto nie mógł znaleźć holowników, zaś te, które wiózł i które służyły do przemieszczania barek, były zbyt słabe, aby wciągnąć jego jednostkę do basenu portowego.
Nad statkiem pojawił się wracający z pierwszego kursu helikopter. Cud, że w ogóle lata – pomyślał kapitan, mając w pamięci drugi śmigłowiec, zniszczony podczas nalotu. Ten też dostał. Mechanicy natychmiast ugasili ogień, zalewając wszystko potężną kurtyną wody. Maszyna wymagała wprawdzie kilku drobnych napraw w miejscach, gdzie trafiły ją pociski i odłamki, ale oto teraz wisiała nad statkiem, szykując się do lądowania na pokładzie.
– Jak się czujecie, kapitanie? – zapytał generał.
– A jak wyglądam? – odparł z bolesnym uśmiechem Kierow.
Generał zdawał sobie sprawę, że powinien po prostu siłą zaprowadzić rannego do izby chorych; ale kto wtedy wprowadziłby ich do portu? Kapitan Kierow umierał na jego oczach, a on był bezradny. Lekarz powiedział to wystarczająco wyraźnie. Wewnętrzny krwotok nie ustawał. Samo osocze i bandaże nie mogły załatwić sprawy.
– Czy wasi ludzie zajęli już wyznaczone obiekty?
– Wedle najnowszych doniesień w bazie lotniczej trwają jeszcze walki. Ale niebawem przejmiemy pełną kontrolę. Pierwszy oddział nie napotkał oporu przy głównym nabrzeżu. Ten obiekt już zabezpieczyliśmy. Powinniście trochę odpocząć.
Kierow potrząsnął głową i zatoczył się jak pijany.
– Jeszcze trochę. Jeszcze tylko piętnaście kilometrów. Musimy posuwać się jak najszybciej. Amerykanie mogą w każdej chwili przysłać kolejne samoloty. Przed południem należy być w porcie i rozładować statek. Straciłem zbyt wielu ludzi, by ich śmierć poszła na marne.
– Trzeba o tym koniecznie zameldować – powiedział cicho Edwards.
Zdjął z pleców pakunek. Widział, jak operatorzy posługiwali się takim radiem, ponadto na ściance odbiornika była instrukcja obsługi. Sześć odcinków anteny łatwo weszło w uchwyt pistoletowy. Porucznik nałożył słuchawki i włączył urządzenie. Powinien nakierować antenę na trzydziesty południk, ale ponieważ nie dysponował kompasem, trudno mu było ustalić kierunek. Smith zatem rozwinął mapę i wyznaczył na niej pewne punkty obserwacyjne. Edwards skierował tam antenę i obracał nią tak długo, dopóki nie namierzył sygnału satelity.
– W porządku – pokręcił gałką częstotliwości, wybrał odpowiedni kanał i wcisnął klawisz nadawania.
– Do wszystkich na tej fali. Tu mówi Mikę Edwards, porucznik sił powietrznych Stanów Zjednoczonych nadający z Islandii. Proszę o potwierdzenie odbioru.
Odpowiedziała mu martwa cisza. Edwards ponownie przestudiował instrukcję, by upewnić się, że zrobił wszystko, jak należy. Potem jeszcze trzykrotnie powtórzył wezwanie.
– Do nadajnika na tej fali. Proszę o identyfikację – odezwał się w końcu głos.
– Michael D. Edwards, porucznik sił lotniczych Stanów Zjednoczonych, numer seryjny nadajnika: 328-61-4030. Jestem oficerem meteorologii w 57. Dywizjonie Myśliwców Przechwytujących w Keflaviku. Kto mówi?
– Skoro, chłoptasiu, tego nie wiesz, nie należysz do naszej sieci. Wyłącz się. Potrzebujemy tej fali dla oficjalnej komunikacji – odparł chłodny głos.
Edwards spojrzał ze złością na głośnik i wybuchnął:
– Zamknij się, dupku cholerny! Facet, który wiedział, jak pracować na tym radiu, nie żyje i masz już tylko mnie. Przed siedmioma godzinami radzieckie wojska powietrzne i lądowe przeprowadziły atak na Keflavik. Baza zajęta przez Rosjan, do portu w Hafnarfjórdurze wpływa właśnie ruski okręt, a wy mi każecie bawić się w jakieś idiotyczne hasła. Kapuje pan?
– Przyjąłem. Proszę zaczekać. Musimy sprawdzić, kim jesteś – w głosie nie było ani śladu skruchy.
– Do cholery jasnej, to urządzenie pracuje na bateriach. Będziecie sobie grzebać w szafach z kartotekami, a tu wysiądą baterie.
– Edwards, tu starszy oficer dyżurny – wtrącił się jakiś nowy głos. – Wyłącz się. Mogą być na nasłuchu. Sprawdzimy i znów będziemy na fali za pół godziny. Zrozumiałeś?
Porucznik spojrzał na zegarek.
– Przyjąłem, zrozumiałem. Za trzydzieści minut – Edwards wyłączył radio. – Ruszajmy stąd. Nie wiem, czy nie byliśmy podsłuchiwani.
Spakowanie nadajnika zajęło dwie minuty. Niebawem znów podjęli marsz.
– Sierżancie, prowadź na wzgórze 152. Ze szczytu będziemy mieli dobry widok na okolicę, a po drodze jest woda.
– To bardzo gorąca woda, sir. Pełna siarki. Nie chcę nawet próbować tego gówna.
– Zrobi pan, jak pan uważa.
Edwards ruszył lekkim kłusem. Kiedyś, gdy był jeszcze dzieckiem, zameldował przez telefon o pożarze. Uwierzyli mu wtedy bez zastrzeżeń. Czemu więc nie mieliby uwierzyć teraz?
Kierow zdawał sobie sprawę, że bardzo łatwo może dokończyć dzieła zaczętego przez Amerykanów. Wpłynięcie do portu z szybkością osiemnastu węzłów było czymś więcej niż szaleństwem. Dno morskie stanowiły tu skały, nie muł i każda mielizna oznaczała ostateczne rozdarcie kadłuba. Ale wiedział też, że w każdej chwili mogą znów pojawić się amerykańskie myśliwce obciążone rakietami i bombami, które udaremnią spełnienie jego życiowej misji.
– Ster zero! – zawołał.
– Ster zero – potwierdził sternik.
Przed paroma minutami kapitan dowiedział się, że wskutek odniesionych ran zmarł jego pierwszy oficer.
Jeszcze wcześniej widział straszną śmierć pierwszego sternika i wielu starych marynarzy. Był teraz jedynym człowiekiem, który umiał na podstawie obserwacji nabrzeża ustalić pozycję statku. Mógł się opierać wyłącznie na swoim doświadczeniu.
– Zredukować prędkość o połowę – rozkazał.
Sternik przekazał polecenie przez telegraf do maszynowni.
– Ster cała w prawo.
Patrzył, jak dziób statku szerokim łukiem kieruje się w prawo. Stał na środku mostka i z uwagą naprowadzał drzewce dziobowe na nabrzeże. Nie było tam nikogo, kto umiałby posługiwać się linami cumowniczymi. Zastanawiał się, czy żołnierze sobie z tym poradzą.