Выбрать главу

Gdyby nie to posunięcie, z całą pewnością pokazałby już zęby radzieckiej flocie. Ale ktoś na górze wystraszył się nowej taktyki radzieckich okrętów rakietowych i, o ile kapitan orientował się w sytuacji, żadna ze stron niczego nie osiągnęła. Rosyjskie okręty podwodne opuszczające Półwysep Kolski nie popłynęły wcale, jak się spodziewano, na Morze Norweskie. Niemniej zainstalowany na „Chicago" sonar dalekiego zasięgu wykrył na północy hałas, który mogła powodować kierująca się na zachód łódź podwodna. Czyżby Iwan wysyłał swoje okręty do Cieśniny Duńskiej? – pomyślał McCafferty. – Ze względu na linię systemu zwiadu hydrolokacyjnego, która rozciągała się między Islandią a Grenlandią, może go to bardzo drogo kosztować.

USS „Chicago" płynął na głębokości stu siedemdziesięciu metrów, nieco na północ od sześćdziesiątego dziewiątego równoleżnika, sto mil na zachód od skalistych brzegów Norwegii. W okolicy kryło się wiele norweskich jednostek o napędzie klasycznym, strzegących granic ojczyzny. McCafferty rozumiał to, ale nie był tym zachwycony. Sprawy szły źle i McCafferty bardzo się tym trapił. Ale powinien spodziewać się takiego przebiegu wydarzeń. Musiał polegać wyłącznie na własnym doświadczeniu i kwalifikacjach, jak też na możliwościach powierzonego mu okrętu. Wiedział również, na co stać okręty podwodne przeciwnika. Zawsze do któregoś z Rosjan mogło uśmiechnąć się szczęście. Była wojna i obowiązywały inne prawa, nie podlegające żadnym sądom czy regulaminom. Błąd nie pociągał za sobą karnej adnotacji w dokumentach. A ponadto, jak dotąd, szczęście zdawało się dopisywać stronie przeciwnej.

Rozejrzał się po twarzach załogi. Był przekonany, że jego ludzi nurtują takie same wątpliwości; ale to on był dowódcą. Załoga to tylko wykonawca tego, co on sam wymyśli. Kapitan stanowił centralny ośrodek decyzyjny skomplikowanej istoty, jaką był USS „Chicago". Dopiero teraz w pełni dotarł do niego ciężar spoczywającej na nim odpowiedzialności. Jeśli coś spaskudzi, wszyscy ci ludzie umrą; on także – ale ze świadomością, że zawiódł załogę. Nie myśl o tym – skarcił się w duchu. – To cię tylko wykończy. Lepiej już znaleźć się w ogniu walki, gdzie całe myślenie sprowadza się do natychmiastowych decyzji. Spojrzał na zegarek. W porządku.

– Wychodzimy na peryskopową – rozkazał. – Pora rozejrzeć się w sytuacji. Sprawdzimy wykrywaczem radarów, co słychać.

Nie było to takie proste. Okręt podwodny szedł w górę powoli, ostrożnie, tak by hydrolokacja mogła upewnić się, że na powierzchni nie kręci się żadna jednostka.

– Wysunąć wykrywacz.

Elektronik nacisnął guzik zwalniający maszt szerokozakresowego odbiornika. Tablica rozdzielcza natychmiast zapłonęła światełkami.

– Wiele szumu elektronicznego, sir. Trzy urządzenia przeszukujące w paśmie J, masa innych urządzeń. Dużo świergotu na VHF i UHF. Wszystko nagrywamy.

To wykresy – pomyślał McCafferty. – Ale istnieje niewielka szansa, by coś nas wykryło.

– Peryskop w górę.

Kapitan ustawił soczewki pod odpowiednim kątem i szybko ogarnął wzrokiem niebo w poszukiwaniu samolotu. Następnie omiótł spojrzeniem horyzont. Kątem oka dostrzegł coś niepokojącego i natychmiast zmienił ustawienie soczewek.

W odległości niecałych dwustu metrów ujrzał smugę zielonego dymu. McCafferty skulił się odruchowo i przekręcił peryskop. Spostrzegł wynurzający się z mgły wielosilnikowy samolot. Leciał prosto na nich. Kapitan błyskawicznie wyprostował się i przekręcił koło. Peryskop natychmiast opadł do studzienki.

– Pełne zanurzenie! Głębokość dwieście siedemdziesiąt! Skąd się tu, do cholery, wziął?

Po kilku sekundach silniki okrętu podwodnego pracowały już na pełnych obrotach.

– Torpeda z prawej! – krzyknął sonarzysta.

– Ster, cała w lewo! – zareagował natychmiast McCafferty.

– Tak jest, cała w lewo.

Log wskazywał szybkość dziesięciu węzłów; prędkość błyskawicznie rosła. Okręt opadł na głębokość trzydziestu metrów.

– Pozycja względna torpedy: jeden-siedem-pięć. Wysyła impulsy. Jeszcze nas nie namierzyła.

– Wystrzelić generator szumów.

Za rufą okrętu pojawił się dwunastocentymetrowej długości pojemnik. Natychmiast zaczął emitować wszelkie możliwe hałasy, mające przywabić torpedę.

– Generator szumów wystrzelony.

– Ster piętnaście stopni w prawo – McCafferty zdążył się już opanować. Niejednokrotnie brał udział w takich grach. – Nowy kurs: jeden-jeden-zero. Sonar, dokładne namiary torpedy.

– Tak jest, sir. Torpeda, współrzędne: dwa-zero-sześć, nadchodzi od lewej na prawą burtę.

„Chicago" opadł dalszych siedemdziesiąt metrów. Przechylił się pod kątem dwudziestu stopni. Marynarze i technicy przypięci byli do foteli pasami. Oficerowie i ci, którzy musieli być w ciągłym ruchu, chwytali się poręczy i podpór pokładowych.

– Dowodzenie, tu sonar. Wydaje się, że torpeda krąży po torze kolistym. Przemieszcza się od prawej burty w lewo. Współrzędne: jeden-siedem-pięć. Ciągle wysyła impulsy, ale nie sądzę, by nas namierzyła.

– Bardzo dobrze. Cały czas obserwuj. – McCafferty przeszedł po pochyłej podłodze do nakresu. – Chyba im się nie udało.

– Może… – odparł nawigator. – Ale jak, do licha…

– Musiał to być MAD, detektor anomalii magnetycznych. Czy taśma szła? Nie miałem czasu na dokładną identyfikację – kapitan popatrzył na nakres.

Znajdowali się już półtorej mili od miejsca, gdzie torpeda osiągnęła wodę.

– Hydrolokacja, szczegóły o ścigającej nas rybce.

– Pozycja: jeden-dziewięć-zero. Za rufą. Nadal krąży. Wygląda na to, że opadła trochę niżej. Myślę, że przyciągnął ją generator szumów. Stara się go dostać.

– Dwie trzecie naprzód.

Pora zwolnić – pomyślał McCafferty. Oddalili się już od miejsca spotkania, a załoga samolotu, nim przystąpi do dalszych poszukiwań, musi poświęcić parę minut na ocenę skuteczności ataku. W tym czasie „Chicago" znajdzie się dwie, trzy mile dalej, ochronią go warstwy wody, a ponadto będzie się poruszał cicho.

– Tak jest, dwie trzecie naprzód. Głębokość dwieście siedemdziesiąt.

– No, możemy odetchnąć – powiedział zmienionym nieco głosem McCafferty.

Dopiero teraz zauważył, że trzęsą mu się ręce. Jak po wypadku samochodowym – pomyślał. – Kiedy człowiek jest już bezpieczny, zaczyna się trząść.

– Ster piętnaście stopni w lewo. Kurs w lewo: dwa-osiem-zero.

Nie mogli płynąć prosto; samolot zawsze mógł zrzucić następną torpedę. Ale niebezpieczeństwo już chyba minęło. Spostrzegł, że wszystko razem trwało niecałe dziesięć minut. Kapitan zbliżył się do przedniej grodzi, przewinął taśmę wideo i puścił ją od początku. Ujrzał jak peryskop wynurza się na powierzchnię, omiata horyzont… potem smugę dymu. W chwilę później pojawił się samolot. McCafferty zamarł. Samolot do złudzenia przypominał model Lockheeda P-3 Orion

– To jeden z naszych – zauważył dyżurny elektryk.

Kapitan przeszedł do hydrolokacji.

– Rybka niknie już za rufą, kapitanie. Prawdopodobnie wciąż próbuje trafić w generator szumów. Myślę, że torpeda po wystrzeleniu poszła w złym kierunku. Była za daleko.

– A dźwięk?

– Podobny do naszego marka-46. – Główny konarzysta wzdrygnął się. – Naprawdę, przypominał nasze czterdziestki szóstki.

Przewinął taśmę i włączył głośnik. Skrzeczący dźwięk zaopatrzonej w dwie śruby torpedy jeżył włos na głowie. McCafferty mruknął coś pod nosem i wycofał się na tył okrętu.

– Zgadza się, mógł to być norweski P-3. Ale też i rosyjski maj. Są bardzo do siebie podobne i służą temu samemu. Dobra robota, chłopcy! Wynosimy się stąd.