Kapitan gratulował sobie w duchu postawy. Odparł pierwszy w tej wojnie atak, a przeprowadził go ich własny samolot. Ale odparł. Szczęście dopisywało nie tylko tamtej stronie.
Morris, półdrzemiąc w fotelu na mostku, dumał nad tym, co się w jego życiu zmieniło. Nie musiał już, jak dotąd, poświęcać popołudni na papierkową robotę. Zobowiązany był wprawdzie przesyłać co cztery godziny drogą radiową komunikat o pozycji okrętu i ewentualnych kontaktach, ale cała reszta biurokracji, która zżerała mu tyle czasu, należała już do przeszłości. Żałował tylko, że to właśnie wojna go od niej uwolniła. Teraz czasami myślał, że lubił tamtą pracę.
„Pharris", który stanowił wysunięty punkt hydrolokacyjny, ciągle płynął w odległości dwudziestu mil na południowy wschód od konwoju. Jego zadaniem było wykrywanie, lokalizacja i niszczenie próbujących zbliżyć się do konwoju okrętów podwodnych wroga. W tym celu fregata na przemian wyrywała do przodu – „wchodziła w sprint" – i zwalniała, czym zapewniała sonarom optymalne funkcjonowanie. Gdyby konwój posuwał się prosto z szybkością dwudziestu węzłów, byłoby to niewykonalne. Ale uformowane w trzy kolumny niezdarne jednostki handlowe posuwały się zygzakiem, co bardzo ułatwiało eskorcie życie. Dla załóg statków handlowych trzymanie równego szyku było rzeczą równie egzotyczną jak forsowny marsz lądem. Morris wypił łyk coli. Było gorące popołudnie i preferował zimną kofeinę.
– Meldunek z „Talbota" – powiedział młodszy oficer pokładowy.
Morris podniósł się i przeszedł na prawe skrzydło mostka. Był dumny, że potrafił czytać alfabet Morse'a równie biegle jak sygnalista.
– ISLANDIA ZAJĘTA PRZEZ WOJSKA RADZIECKIE X NIEBEZPIECZEŃSTWO ATAKU ROSYJSKIEGO LOTNICTWA I OKRĘTÓW PODWODNYCH X
– Miłe wieści, sir – zauważył cierpko oficer pokładowy.
– No cóż.
– Jak to im się udało? – zdumiał się głośno Chip.
– Do cholery, to już nieważne – odparł Toland. – Trzeba natychmiast powiadomić szefa.
Wykonał szybki telefon i ruszył do kwatery dowództwa. Prawie zabłądził. „Nimitz" liczył sobie ponad dwa tysiące pomieszczeń. W jednym z nich mieszkał admirał, a Roland był u niego tylko raz. U drzwi natknął się na strażnika – żołnierza piechoty morskiej. W środku zastał też dowódcę lotniskowca, kapitana Svensona.
– Sir, otrzymaliśmy pilną depeszę, że Rosjanie zajęli Islandię. Mają już tam wojsko.
– A lotnictwo? – zapytał natychmiast Svenson.
– Nie wiemy. Brytyjczycy podobno starają się umieścić nad wyspą satelitę zwiadowczego, ale od sześciu godzin nie mamy żadnych wiadomości. Nasz ostatni ptaszek przeleciał tam dwie godziny temu, a następny pojawi się dopiero za dziewięć.
– W porządku, jakimi informacjami dysponujemy? – zapytał admirał.
Toland przekazał skąpe dane, które nadeszły z Norfolk.
– Na ile się orientujemy, był to plan wręcz nieprawdopodobny, ale, jak widać, powiódł się.
– Nikt nie twierdzi, że Iwan jest tępy – odparł z kwaśnym uśmiechem Svenson. – Czy nadeszły też jakieś rozkazy?
– Jeszcze nie.
– Jakimi siłami Rosjanie operują na Islandii?
– Ani słowa na ten temat, sir. Załoga P-3 zaobserwowała dwa nawroty czterech radzieckich poduszkowców. Każdy z nich mieścił stu żołnierzy, co w sumie daje ośmiuset; co najmniej batalion – a najprawdopodobniej pułk. Ich statek jest wystarczająco duży, by przetransportować brygadę z pełnym wyposażeniem. W jednej ze swoich książek Gorszkow napisał, że barkowce są wyjątkowo przydatne do operacji desantowych.
– To zbyt wielkie siły dla naszej jednostki amfibii morskich – odparł Svenson.
W skład oddziału amfibii wchodził zaledwie wzmocniony batalion żołnierzy.
– Z trzema wspierającymi lotniskowcami? – parsknął admirał Baker, po czym zajął bardziej ugodowe stanowisko. – Może zresztą ma pan rację. Czy ich lotnictwo stanowi dla nas zagrożenie?
– Na Islandii stacjonowała eskadra F-15 i kilka samolotów z radarowym systemem ostrzegania AWACS. Siły, które miały nas bronić… już nie istnieją. Straciliśmy możliwość nalotów, akcji odwetowych i wczesnego ostrzegania – mówił Svenson z grymasem niezadowolenia. – Powinniśmy sobie wprawdzie poradzić z ich backfire'ami, ale gdybyśmy dysponowali myśliwcami Eagle, wszystko byłoby dużo prostsze.
Baker podniósł do ust kubek z kawą.
– Nasze rozkazy, jak dotąd, nie uległy zmianie.
– A co jeszcze dzieje się na świecie? – zapytał Svenson.
– Potężne uderzenie na Norwegię, ale szczegółów brak. To samo w Niemczech. Nasze lotnictwo zadało podobno Rosjanom dotkliwy cios, ale i tu nie znamy szczegółów. Trochę zbyt wcześnie na jakiekolwiek pełniejsze dane wywiadu na temat rozwoju sytuacji.
– Jeśli Iwan zdołał podbić Norwegię i całkowicie wyeliminować Islandię, jego lotnictwo będzie w tej chwili podwójnie groźne dla naszej grupy bojowej – wtrącił Svenson. – Muszę porozumieć się z moją formacją lotniczą.
Kapitan wyszedł. Admirał Baker milczał parę minut. Toland musiał zostać; jeszcze go nie odprawiono.
– Uderzyli na Keflavik?
– Owszem, sir.
– Proszę zebrać wszelkie dostępne informacje i natychmiast się u mnie zameldować.
– Tak jest, sir.
Wracając do sekcji wywiadu, Toland przypomniał sobie, co powiedział żonie: Lotniskowiec jest najlepiej strzeżonym okrętem we flocie.
Ale kapitan wyraźnie się bał.
Czuli się już tu jak u siebie w domu. Pozycja była łatwa do obrony. Do wzgórza 152 nikt nie mógł zbliżyć się niepostrzeżenie; najpierw musiałby przebyć rozległe pole lawy, a następnie sforsować stromy, nagi stok. W odległości niecałego kilometra Garcia odkrył niewielkie jeziorko powstałe ze stopniałego niedawno śniegu. Sierżant Smith zauważył, że ta woda najlepiej smakowałaby z burbonem.
Gdyby naturalnie mieli burbona.
Od czterech dni żywili się takimi delikatesami jak puszkowana fasola i szynka. Edwards zdążył już wymyślić kilka nowych i niezbyt pochlebnych nazw dla tych smakołyków.
– Czy ktoś potrafi upiec owcę? – zapytał Rodgers.
Kilka kilometrów na południe widać było duże stado tych zwierząt.
– A na czym upiec? – spytał Edwards.
– No tak – Rodgers rozejrzał się po okolicy. W zasięgu wzroku nie było ani jednego drzewa. – Jak to jest, że tu nic nie rośnie?
– Rodgers jest tu dopiero od miesiąca – wyjaśnił Smith. – Żołnierzu, nie widziałeś jeszcze, jak tu wygląda wietrzny, zimowy dzień. Gdybyś drzewo umieścił w betonie, może by i przetrwało. Spotkałem tu już takie wichury, że potrafiły zerwać pasy namalowane na szosie.
– Samoloty – Garcia przycisnął do oczu lornetkę i skierował ją na północny wschód. – Dużo samolotów.
Edwards odebrał od niego instrument. Początkowo dostrzegł tylko ciemne punkciki, które szybko przybrały znajome kształty.
– Sześć. Ogromne, wyglądają jak C-141… to iły-76. Chyba mają eskortę myśliwców. Sierżancie, notes i pióro. Liczymy.
Trwało to parę godzin. Najpierw lądowały myśliwce. Natychmiast kołowały do stacji paliw, po czym odjeżdżały na krótsze pasy. Transportowce nadlatywały co trzy minuty i Edwards nie potrafił ukryć wrażenia, jakie na nim wywarł ich widok. Iły-76 – w krajach NATO określano je mianem candidów – posiadały równie niezgrabną sylwetkę jak ich amerykańskie odpowiedniki. Piloci lądowali, zatrzymywali maszyny, po czym samoloty opuszczały główny pas startowy północ-południe. Manewry te wykonywane były tak sprawnie, jakby piloci ćwiczyli ten element od miesięcy. Edwards podejrzewał, że właśnie tak było. Wyładunek następował przy głównym terminalu lotniska. Potem maszyny podjeżdżały do stacji paliw i ponownie startowały dokładnie w chwili, gdy nad lotniskiem pojawiały się kolejne. Przelatywały tak blisko wzgórza, że Edwards mógł nawet notować numery umieszczone na ogonach. Kiedy naliczyli już pięćdziesiąt maszyn, włączył radio.