Pierwsze wzbiły się w niebo badgery bombowce z dwoma silnikami Mikulina każdy. Startowały ciężko. Były tak załadowane bronią, że wydawało się, iż obsługa wieży kontrolnej musiała siłą woli pomagać im oderwać się od ziemi. Zrazu ruszyły na północ. Nad Murmańskiem uformowały się w pułki i skierowały na zachód. Za Przylądkiem Północnym szerokim łukiem skręciły w lewo, biorąc kurs na Północny Atlantyk.
Dwadzieścia mil od północnego wybrzeża Związku Radzieckiego pod wzburzoną, czarną powierzchnią morza dryfował USS „Narwhal". Ten najcichszy z amerykańskich okrętów podwodnych, przeznaczony do gromadzenia danych wywiadowczych, spędził więcej czasu u rosyjskich brzegów niż jakakolwiek jednostka floty radzieckiej. Wysunął nad powierzchnię morza trzy cienkie anteny wykrywacza radarów nieprzyjaciela oraz wart milion dolarów peryskop przeszukujący. Za pomocą radia niskiej mocy podsłuchał ustawiających się w bojowym szyku pilotów. Trzech umundurowanych pracowników wywiadu oraz cywilny funkcjonariusz Narodowej Agencji Bezpieczeństwa oszacowali siłę radzieckiej flotylli powietrznej i zdecydowali, że jest wystarczająco duża, by zaryzykować komunikat radiowy. Wysunięto więc dodatkowy maszt skierowany na odległego o dwadzieścia cztery tysiące mil satelitę komunikacyjnego. Przetransmitowanie wiadomości dzięki wielokrotnemu przyspieszeniu zajęło niecałe piętnaście sekund.
Wiadomość została automatycznie przekazana do czterech oddzielnych stacji łączności i w ciągu trzydziestu sekund dotarła do siedziby dowództwa lotnictwa strategicznego na Atlantyku. Pięć minut później Toland trzymał w dłoni żółty blankiet depeszy. Natychmiast udał się do admirała Bakera.
04:18 CZASU GREENWICH WYSTARTOWAŁA Z KOLI FORMACJA BOJOWA W SILE OKOŁO PIĘCIU PUŁKÓW KIERUNEK ZACHODNI
– Szybko się uwinęli, prawda? – Baker popatrzył na zegarek.
Dowódca grupy lotniczej przeczytał depeszę i podszedł do telefonu.
– Start za pięć minut, odwołać patrole lotnicze. Posłać dwa dodatkowe tomcaty i hummera. Wracające maszyny natychmiast wysyłać. Jedną katapultę przeznaczyć dla tankowców powietrznych.
– Za pozwoleniem, sir – zwrócił się do Bakera, gdy skończył wydawać rozkazy. – Proponuję wysłać za godzinę dwa F-14 i hummera. O szóstej wystartują wszystkie myśliwce. Dorwiemy Ruskich w odległości dwustu mil od nas i damy im kopa w dupę.
– Bardzo dobrze. Jakieś uwagi?
Svenson popatrzył zamyślonym wzrokiem na główny nakres. Linie okręgu wyznaczały maksymalny zasięg radzieckich bombowców.
– Czy do Brytyjczyków dotarło to ostrzeżenie?
– Tak jest, sir – odparł Toland. – I do Norwegów. Przy odrobinie szczęścia mogą nieco skubnąć Rosjan. Może wyślą coś ich tropem.
– Pomysł dobry, ale zanadto bym na to nie liczył. Gdybym to ja prowadził atak, poleciałbym na zachód i dopiero nad Islandią skręciłbym na południe. – Znów popatrzył na nakres. – Myśli pan, że Reporter ostrzegłby również o bear-Dach?
– Z tego, co wiem, wolno im włączać radiostację tylko wtedy, gdy pojawią się co najmniej trzy pułki lotnicze. Dziesięć lub dwadzieścia bear-D-ów to stanowczo za mało. Zresztą mogliby w ogóle ich nie zauważyć.
– W takim razie jest tam z pewnością całe stado z wyłączoną elektroniką. Po prostu wychwytują sygnały naszych radarów.
Toland potakująco skinął głową. Okręty wchodzące w skład grupy bojowej rozrzucone były w promieniu trzydziestu mil. Zgrupowane w środku lotniskowce i statki z wojskiem otaczało dziewięć mniejszych jednostek wojennych uzbrojonych w rakiety oraz sześć okrętów wyspecjalizowanych w zwalczaniu jednostek podwodnych. Wszystkie radary zostały wyłączone, a niezbędne informacje okręty otrzymywały z dwóch samolotów zwiadowczych E-2C, zwanych popularnie hummerami. Zainstalowane w maszynach radiolokatory przeczesywały przestrzeń w promieniu czterystu mil.
Rozgrywający się dramat stopniem komplikacji przewyższał najbardziej zawiłą grę. Występował w nim tuzin zmiennych czynników, których permutacja sięgała tysięcy. Zasięg radaru zależał od wysokości, a – w konsekwencji – od odległości do horyzontu, którego żaden radiolokator nie był w stanie przebić. Samolot, lecąc bardzo nisko, mógł uniknąć wykrycia przez radar lub poważnie ten moment opóźnić. Przebywanie na małej wysokości niebywale zwiększało zużycie paliwa, a tym samym ograniczało długość lotu.
Rosjanie musieli wykryć grupę bojową, sami pozostając nie zauważeni. Wiedzieli wprawdzie, gdzie okręty się znajdują, ale te, podczas czterech godzin potrzebnych bombowcom na dotarcie do celu, zmieniły już pozycje. Radzieckie rakiety, skoro miały trafić w cel, musiały otrzymać dokładne współrzędne dwóch amerykańskich i jednego francuskiego lotniskowca. W przeciwnym razie cała akcja nie miałaby sensu.
Również amerykańskie myśliwce wysłane na spotkanie bombowców potrzebowały precyzyjnych informacji o kierunku i szybkości nadlatujących maszyn. Zadanie było proste: zlokalizować i zniszczyć samoloty wroga, zanim te zdążą namierzyć lotniskowce.
Obie strony stały przed poważnym dylematem: używać radarów czy nie. Każde rozwiązanie miało dobre i złe strony, nie było rozwiązania „najlepszego". Właściwie wszystkie amerykańskie okręty dysponowały potężnymi radarami, zdolnymi wykryć napastników z odległości dwustu mil lub więcej. Ale ich sygnały można było namierzyć z odległości dużo większej, co pozwoliłoby Rosjanom okrążyć formację, precyzyjnie określić cele i zaatakować z czterech stron świata. Była to zabawa w chowanego rozgrywana na milionach mil kwadratowych oceanu. Przegrywający umierał.
Dziesięć radzieckich bombowców rekonesansowych Bear-D przeleciało nad południową Islandią. Przeczesywały obszar tysiąca mil w głąb morza. Potężne samoloty pełne były sprzętu elektronicznego, a ich załogi stanowili ludzie z wieloletnim doświadczeniem w tropieniu grup amerykańskich lotniskowców. Z nosów maszyn, z ogonów i końcówek skrzydeł wysunięto anteny poszukujące sygnałów emitowanych przez radary okrętowe. Oficerowie pokładowi starannie nanosili na mapy wszelkie przechwycone impulsy, ale samoloty pozostawały cały czas poza zasięgiem wykrywania radiolokatorów nieprzyjaciela. Najbardziej obawiano się tego, by Amerykanie nie wyłączyli swych radarów całkowicie lub nie włączali ich w nierównych odstępach czasu. W takim przypadku bowiem maszyny mogłyby dostać się niezauważenie w pobliże uzbrojonego okrętu lub samolotu nieprzyjaciela. Bear mógł przebywać w powietrzu dwadzieścia godzin, lecz cenę za to stanowił kompletny brak broni na pokładzie. Ten model był zbyt powolny, by wymknąć się myśliwcom przechwytującym i nie mógł z nimi walczyć. Słowa załóg tych samolotów: „zlokalizowaliśmy formację bojową wroga" transponowano na szydercze: „doswidanija, rodina". Niemniej piloci tych maszyn stanowili grupę dumnych zawodowców. Od nich zależał los bombowych samolotów… i los ich ojczyzny.
Osiemset mil na północ od Islandii badgery zmieniły kurs na jeden-osiem-zero i leciały teraz na południe z szybkością pięciuset węzłów. Choć uniknęły ciągle jeszcze groźnych Norwegów, musiały strzec się Brytyjczyków. Załogi nerwowo spoglądały przez okna, a czujniki elektroniczne prowadziły ciągły nasłuch. W każdej chwili spodziewano się odwetowego uderzenia myśliwców taktycznych na Islandię, a lotnicy dobrze wiedzieli, że każdy godny tego określenia pilot NATO bez wahania wyrzuci swe bomby do morza, byle tylko stoczyć powietrzną potyczkę z tak łatwym przeciwnikiem, jakim były dwudziestoletnie badgery.