Выбрать главу

Samoloty te dochodziły już kresu pracowitego żywota. Na skrzydłach pojawiały się pęknięcia, a turbiny odrzutowych silników były wytarte, co zmniejszało skuteczność i ekonomikę lotu.

Dwieście mil za nimi bombowce Backfire kończyły operację tankowania w powietrzu paliwa. TU-22M po uzupełnieniu benzyny poleciały na południe, poruszając się nieco na zachód od badgerów. Pod skrzydłami widniały podwieszone rakiety AS-6 Kingfish. Backfire'y również przedstawiały sobą w miarę łatwy cel dla myśliwców, ale ich stosunkowo duża szybkość sprawiała, że miały sporą szansę im umknąć. Piloci backfire'ów stanowili elitę radzieckiego lotnictwa morskiego. Mieli bardzo wysokie pobory i posiadali w swojej ojczyźnie wysoki status społeczny, co podczas odpraw nieustannie przypominali im dowódcy. Teraz przyszło ten dług spłacać.

Wszystkie trzy grupy leciały na południe z optymalną prędkością. Załogi na pokładach w napięciu kontrolowały zużycie paliwa, temperaturę silników i wiele innych parametrów, od których zależy powodzenie dalekich rejsów nad oceanem.

USS „Nimitz"

Toland wyszedł na pokład, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Był piękny ranek, promienie wschodzącego słońca barwiły na różowo białe obłoki. Na horyzoncie, w odległości ośmiu mil majaczyły sylwetki „Saratogi" i „Focha"; nawet z tak daleka robiły wrażenie swoim ogromem. Bliżej pruł półtorametrowe fale „Ticonderoga". W jego podwójnych wyrzutniach bielały rakiety. Lampy sygnalizacyjne przesyłały wiadomości. Pozostałe widoczne jednostki były tylko szarymi, milczącymi cieniami. Eskadra czekała. Na pokładzie startowym „Nimitza" drzemały samoloty. Każdy wolny skrawek powierzchni zajmowały myśliwce przechwytujące F-14 Tomcat. Dwa z nich, znajdujące się w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od Tolanda, zostały już umieszczone w katapultach; obok czuwały dwuosobowe załogi. Myśliwce były uzbrojone w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Bombowcom atakującym zamiast broni podczepiono dodatkowe zbiorniki z paliwem, którym w powietrzu miały uzupełniać baki myśliwców. Dzięki temu samoloty mogły pozostawać w powietrzu dwie godziny dłużej. Wokół maszyn roili się technicy i mechanicy poubierani w różnobarwne koszule, lotniskowiec zaczął powoli wykonywać zwrot przez lewą burtę, wystawiając się na zachodni wiatr. Przygotowywał się do wystrzelenia samolotów. Toland popatrzył na zegarek. Piąta pięćdziesiąt osiem. Czas wracać do centrum informacji. Za dwie minuty lotniskowiec przyjmie pozycję bojową. Oficer wachtowy wywiadu głęboko zaczerpnął świeżego, morskiego powietrza. Zadawał sobie pytanie, czy nie jest to ostatni oddech.

Północny Atlantyk

– Kontakt! – odezwał się przez interkom technik beara. – Sygnały wskazują na powietrzny, amerykański nadajnik radarowy. Typ instalowany na lotniskowcach.

– Podać współrzędne! – rozkazał niecierpliwie pilot.

– Cierpliwości, towarzyszu majorze – technik dokonał korekt na tablicy rozdzielczej. Jego radiowe interferometry odmierzały sygnały w miarę przechwytywania ich przez anteny rozmieszczone wzdłuż całego kadłuba samolotu. – Południowy wschód. Pozycja: jeden-trzy-jeden. Siła sygnału: jeden. Cel bardzo odległy. Pozycja niezmienna. Na razie proponuję stały kurs.

Piloci w milczeniu wymienili spojrzenia. Gdzieś po lewej stronie znajdował się amerykański samolot radarowy E-2C Hawkeye, który mógł w każdej chwili sprowadzić tu setkę wrogich maszyn. Załoga złożona, z oficera nasłuchowego i dwóch operatorów radaru w kilka sekund po wykryciu ich obecności podałaby odpowiednie namiary uzbrojonym w rakiety myśliwcom przechwytującym. Radziecki pilot zastanawiał się więc, z jaką precyzją działa aparatura hawkeya. A jeśli już zlokalizował beara? Znał odpowiedź na to pytanie. Pierwsze ostrzeżenie mogło pojawić się dopiero wraz z impulsem sterującego ogniem radaru w pędzącym im na spotkanie amerykańskim myśliwcu F-14 Tomcat. Bear utrzymywał kurs jeden-osiem-zero, a nawigator śledził i nanosił na nakres zmiany położenia źródła sygnałów. Za dziesięć minut powinni mieć dokładny namiar. Jeśli do tego czasu przeżyją… Nie mogli przerwać ciszy radiowej aż do chwili dokładnego ustalenia pozycji przeciwnika.

– Mam – odezwał się oficer. – Przybliżona odległość do celu: trzysta pięćdziesiąt mil, pozycja: czterdzieści siedem stopni, dziewięć minut szerokości północnej i trzydzieści cztery stopnie, pięćdziesiąt minut długości wschodniej.

– Przekażcie to dalej – polecił pilot. Kierunkowa antena wysokiej częstotliwości zamontowana w stateczniku pionowym ogona obróciła się i przesłała wiadomość do dowódcy eskadry, którego samolot znajdował się sto mil z tyłu.

Dowódca porównał tę informację z danymi satelity. Miał teraz dwa fragmenty informacji. Trzy godziny wcześniej Amerykanie znajdowali się o sześćdziesiąt mil dalej na południe od obecnej pozycji hawkeye'a. Przeciwnik dysponuje zapewne dwoma takimi samolotami, na północno-wschodniej i północno-zachodniej flance formacji. Amerykanie zawsze tak postępowali. Zatem grupa lotniskowców powinna być… tutaj. Badgery pędziły wprost na nią. Amerykańskie radary wykryją ich obecność za… dwie godziny. W porządku – mruknął pod nosem. Wszystko szło zgodnie z planem.

USS „Nimitz"

Toland w milczeniu obserwował nakres. Obraz radarowy z hawkeye'ów transmitowany był na lotniskowce za pośrednictwem radiowej linii cyfrowej. Pozwalało to dowódcy grupy śledzić na bieżąco przebieg wypadków. Te same dane otrzymywał szef grupy lotniczej na „Ticonderodze", a każdy z pozostałych okrętów włączony był w system morskich danych taktycznych. Podobnie jednostki francuskie, które od dawna już były przystosowane do ścisłej współpracy z marynarką amerykańską. Jak dotąd radary nie wykazywały obecności innych maszyn z wyjątkiem wojskowych i cywilnych samolotów transportowych przewożących przez ocean do Europy ludzi i sprzęt. Piloci DC-10 i C-5A, ostrzeżeni o możliwości bitwy powietrznej, trzymali się z daleka, nadkładając tym samym drogi, mimo iż znaczyło to dodatkowe lądowanie celem uzupełnienia paliwa.

W powietrzu znajdowało się już czterdzieści osiem tomcatów przeczesujących teren w promieniu trzystu mil. Każdej parze myśliwców towarzyszył samolot zaopatrzeniowy z paliwem. Myśliwce atakujące Corsair i Intruder miały powiększone baki i tomcaty już teraz, jeden po drugim, tankowały z nich benzynę. Po skończonej operacji corsairy natychmiast wracały na lotniskowce po nowy zapas paliwa. Dzięki tej taktyce myśliwce mogły cały czas przebywać w powietrzu. Pozostawione na pokładach maszyny były gotowe do startu. W razie nalotu zostałyby natychmiast wystrzelone z katapult i włączyłyby się do walki.

Procedura ta ciągle zdumiewała Tolanda, choć znał ją dobrze. Wszystko szło tutaj zgrabnie jak w balecie. Maszyny zajmowały w powietrzu wyznaczone pozycje i, lecąc z ekonomiczną prędkością, zataczały na niebie szerokie łuki. Lotniskowce przyspieszyły i posuwały się na wschód z szybkością trzydziestu węzłów, nadrabiając stracony podczas operacji wystrzelenia samolotów dystans. Doganiały „Saipana", „Ponce" i „Newport", okręty desantowe wiozące na pokładach piechotę morską. Jednostki te osiągały prędkość zaledwie dwudziestu węzłów i były praktycznie bezbronne. Na wschód od grupy bojowej operowały dwa samoloty: pochodzący z lotniskowca S-3A viking oraz przybyły z bazy lądowej P-3C orion. Obie maszyny specjalizowały się w niszczeniu okrętów podwodnych i cały czas znajdowały się w bezpośrednim kontakcie z dowódcą operacji zwalczania podwodnej floty, którego kwatera mieściła się na niszczycielu „Caron". Wszędzie jednak panował pozorny spokój. Stara historia znana każdemu żołnierzowi. Należało cierpliwie czekać.