Выбрать главу

Bear precyzyjnie już namierzył amerykańską eskadrę. Rosjanie nie potrafili określić jeszcze dokładnie typu okrętów, ale byli w stanie odróżnić większe jednostki od mniejszych oraz rozpoznać charakterystyczną emisję radarową rakietowego krążownika „Ticonderoga". W pobliżu tej jednostki musiały znajdować się lotniskowce. Załoga samolotu natychmiast przesłała wiadomość do radzieckiej flotylli powietrznej. W minutę później siedemdziesiąt bombowców Backfire wystrzeliło sto czterdzieści rakiet AS-6 Kingfish, po czym natychmiast zawróciło na północ. Kingfishe w niczym nie przypominały keltów. Rakietowe silniki na paliwo ciekłe mogły nadać im szybkość dziewięciuset węzłów, a kierunkujące radary prowadziły pociski na zaprogramowany wcześniej cel odległy o dziesięć mil. Na każdy ze statków i okrętów nadlatywało kilkanaście rakiet.

– Wampir, wampir! – odezwał się oficer operacyjny w centrali informacji bojowej na pokładzie „Ticonderogi". – Nadlatuje kilkanaście pocisków. Ognia!

Oficer kierujący obroną powietrzną przełączył system defensywny Aegis na automatyczne sterowanie. W tym właśnie celu zbudowano „Ticonderogę". Jego potężne radarowo-komputerowe urządzenia zidentyfikowały natychmiast nadlatujące pociski jako nieprzyjacielskie i obliczyły siłę ognia niezbędną do ich zniszczenia. Komputer samodzielnie określał zagrożenie i działał wedle własnej, elektronicznej woli. Przez główny ekran taktyczny przemknęły cyfry, symbole i wektory. Do podwójnych wyrzutni rakietowych umieszczonych na rufie i dziobie popłynęły komendy. Aegis był najwyższym wytworem sztuki wojennej, najlepszym z wymyślonych systemów sterujących pociskami ziemia-powietrze. Istniał tylko jeden szkopuł: „Ticonderoga" dysponowała dziewięćdziesięcioma sześcioma rakietami SM-2, klasy ziemia-powietrze, a przeciwko sobie miała sto czterdzieści nadlatujących kingfishów. Na taką okoliczność komputer nie był zaprogramowany.

Przebywający na pokładzie „Nimitza" Toland czuł, jak lotniskowiec wykonuje raptowny zwrot, a maszyny zwiększają szybkość okrętu bojowego do trzydziestu pięciu węzłów. Wyrzutnie „Virginii" i „Californii", jednostek o napędzie atomowym stanowiących jego eskortę, namierzały nadlatujące rakiety.

Pędzące na wysokości dwóch tysięcy siedmiuset metrów Kingfishe znajdowały się w odległości stu mil, z których każdą przebywały w cztery sekundy. Wszystkie pociski miały już namierzony cel. „Nimitz" i jego rakietowa eskorta były najbliższymi wielkimi okrętami.

Kiedy kingfishe znalazły się w odległości dziewięćdziesięciu dziewięciu mil, krążownik wystrzelił pierwsze cztery pociski. Pomknęły do celu, zostawiając za sobą siwą smugę. Opróżnione podstawy wyrzutni uniosły się do pionu i w leża weszły kolejne rakiety. Ponowne załadowanie i odpalenie trwało osiem sekund. Samosterujące rakiety dalekiego zasięgu mogły opuszczać wyrzutnie co dwie sekundy. Po trzech minutach wszystkie znalazły się już w powietrzu. Nad krążownikiem unosiła się chmura siwego dymu. Teraz już jedyną broń okrętu stanowiła artyleria pokładowa.

SAM-y, kierowane promieniem radarów macierzystego okrętu, mknęły ku celom z szybkością przekraczającą dwa tysiące mil na godzinę. W odległości stu pięćdziesięciu metrów od celów głowice eksplodowały. System Aegis spełnił swoje zadanie. Ponad sześćdziesiąt procent obcych rakiet zostało unieszkodliwionych. Lecz w kierunku ośmiu jednostek nawodnych szybowały jeszcze osiemdziesiąt dwie.

Do walki włączyły się kolejne okręty z wyposażeniem rakietowym. Czasem dwa lub trzy pociski niszczyły jeden wrogi obiekt. Liczba nadlatujących „wampirów" zmalała do siedemdziesięciu, potem do sześćdziesięciu, ale wciąż było ich za dużo. Każda pojawiająca się rakieta miała określony cel. Teraz na okrętach uaktywniono potężne systemy zagłuszania, a statki zaczęły wykonywać skomplikowane manewry, niczym stylizowany taniec, nie zwracając uwagi na szyk. Ewentualna kolizja stanowiła najmniejszy problem. Gdy kingfishe znajdowały się w odległości dwudziestu mil, każda jednostka zaczęła wysyłać bombki rozsiewające aluminiowe paski Mylera, które zalśniły w słońcu, tworząc dla nadlatujących rakiet tuziny nowych celów.

Niektóre kingfishe, zmylone aluminium, rozpoczęły pościg za „duchami Mylera". Dwa z nich zboczyły z kursu i skierowały się na nowy obiekt, daleko od flotylli. Obraz radarowy na „Nimitzu" zmatowiał. Prezentujące pozycje poszczególnych jednostek impulsy na ekranach lamp oscyloskopowych przemieniły się w bezkształtne obłoki. Spowodowane to było obecnym w powietrzu metalem. Pozostały tylko linie pocisków uformowane w kształt litery V opatrzone danymi dotyczącymi kierunku i szybkości nadlatujących obiektów. Ostatnia fala SAM-ów zestrzeliła jeszcze trzy. Liczba „wampirów" spadła do czterdziestu jeden. Toland ujrzał pięć kierujących się na „Nimitza" rakiet.

Ostatnią bronią była artyleria przeciwlotnicza zainstalowana nad głównym pokładem. Stanowiły ją 20-milimetrowe sterowane radarem działa Gatlinga CIWS, przeznaczone do niszczenia rakiet w odległości mniejszej niż dwa tysiące metrów. Całkowicie zautomatyzowane armaty wysunęły do góry swe lufy, nakierowały je na tor lotu dwóch pierwszych kingfishów. Poszła salwa z baterii ulokowanej po lewej stronie burty. Rozległ się ogłuszający terkot przypominający dźwięk monstrualnej maszyny do szycia. Urządzenia radarowe namierzyły rakiety i skierowały ogień na oba cele.

Pierwszy kingfish eksplodował osiemset metrów przed lewą burtą „Nimitza". Eksplozja tysiąca kilogramów ładunku wybuchowego wstrząsnęła okrętem i Toland w pierwszej chwili myślał, że lotniskowiec został trafiony. Wokół Boba zwijali się niczym w ukropie dyżurni z centrum informacji bojowej. Z ekranu zniknął jeden obiekt. Pozostały jeszcze cztery.

Kolejny kingfish pojawił się od strony dziobu. Trafiony pociskiem CIWS eksplodował jednak zbyt blisko okrętu. Na pokład spadł deszcz odłamków, zabijając dwanaście osób. Trzecią rakietę zmyliły paski aluminium. Pocisk runął do morza pół mili od lotniskowca, wzbijając wysoką na trzysta metrów fontannę wody. Okręt ponownie zadrżał.

Czwarty i piąty kingfish pojawiły się od strony rufy, lecąc w odległości niecałych stu metrów od siebie. Lufy dział natychmiast tam się skierowały, ale komputer nie mógł podjąć decyzji, w który uderzyć i ponownie zaczął przestrajać namiary. Ostatecznie w ogóle nie zareagował. Rakiety trafiły w sekundowym odstępie; jedna w pokład startowy, druga w urządzenie numer dwa, służące do przechwytywania lądujących na lotniskowcu samolotów.

Wstrząs rzucił Tolanda na odległą o pięć metrów konsolę radaru. Bob ujrzał różową ścianę ognia, a po sekundzie dotarł do niego grzmot eksplozji. Potem krzyki. Centrum informacji bojowej zamieniło się w morze ognia. W odległości siedmiu metrów od siebie Toland widział płonących jak pochodnie ludzi. Krzyczeli i miotali się, jakby popadli w szaleństwo. Myślał tylko o ucieczce. Runął w stronę wodoszczelnych drzwi. Jak pod wpływem magicznego zaklęcia otworzyły się, gdy przylgnął do nich rękami.

Znalazł się na pokładzie z prawej burty. Zainstalowane na okręcie urządzenia przeciwpożarowe pracowały już na najwyższych obrotach, zalewając wszystko strumieniami morskiej wody. Wybiegł na pomost lądowiska. Paliła go twarz. Miał osmalone włosy i żarzył się na nim mundur. Kierujący pompami wodnymi marynarz skierował na oficera sikawkę. Strumień wody prawie zwalił komandora z nóg.

– Centrum bojowe płonie! – wysapał Toland.

– Wszędzie panuje piekło! – odkrzyknął marynarz.

Toland opadł na kolana i spojrzał za burtę. Pamiętał, że „Foch" powinien znajdować się na północ od „Nimitza". Zobaczył tam słup dymu. Na jego oczach trzydzieści metrów nad pokładem startowym „Saratogi" eksplodował ostatni kingfish. Sam lotniskowiec wydawał się być nie uszkodzony. Trzy mile dalej nad nadbudówką „Ticonderogi" wybuchła rakieta. Na horyzoncie inna kula ognia znaczyła pozycję jakiegoś okrętu. Boże Święty – pomyślał Toland. – To chyba „Saipan". Wiózł dwa tysiące marines…